Category: marathon

3 Kołobrzeg Maraton 2015

By , 5 maja 2015 20:11

grape_49 (640x411)1. Czym się różni Kołobrzeg Maraton od innych?
Tym, że powstał dzięki ludziom znających i kochających ten sport. To widać i czuć!
Z daleka od komercji, w przyjaznym kameralnym gronie i w pięknych okolicznościach polskiego Bałtyku.
Super organizacja, piękna trasa, wspaniała atmosfera, pakiet startowy, imponujący medal, obsługa, masaże i gastronomia na mecie  – wszystko zaplanowane w najdrobniejszym szczegółe i z wielkim sercem. I love KG-Mara!

2. Najważniejsze wydarzania tegorocznej edycji?
– Debiut na imprezie KG Kids-Mara: Kseni Kuczery, Hani Chudzikiewicz i Poli Tomczak w kategorii do lat 5-ciu.
– 1-sze miejsce Kseni Kuczery na dystansie 420m. Brawo Ksenia!
– Debiut Kacpra Chudzikiewicz na pełnym dystansie 42.2km.

3. Kacper Chudzikiewicz – ksywa Chudzik.
Kacper od kilkunastu miesięcy, z wielką pasją uprawia poszczególne dyscypliny triathlonu, jak i sam triathlon. Po startach w półmaratonie, tym razem pod wpływem spontanicznej decyzji na dzień przed zawodami, Chudzik przebiegł maraton. Fantastyczny wyczyn! Jego radość udało się uwiecznić na zdjęciu! :)

Kacper wyraził chęć przyłaczenia się do klubu Hurpaguns, co zostało z dużym zadowoleniem przyjęte do wiadomości. Oficjalne głosowanie w tej sprawie, odbędzie się podczas walnego zgromadzenia klubu w Madrycie 29-tego maja w godzinach wieczornych. O wynikach poinformujemy na stronie. ;)

4. Refleksje.
Nie był to dla mnie najlepszy występ pod kątem uzyskanego czasu a włożonego wysiłku. Wiem jak „łatwy” i szybki może być maraton po odpowiednim przygotowaniu. Po KG-Mara wiem teraz również, jak ciężki i wolny może być po braku odpowiednich przygotowań.
Myślę, że wnioski pomogą mi w kolejnych edycjach.

5. Podziękowania.
Podziękowania dla organizatorów!
Podziękowania dla kibiców i wielbicieli Hurpaguns na mecie!
Szczególne podziękowania dla mojej mamy za asystę na trasie!

Hurpa! Wyniki Zdjęcia

Engadin Ski-Marathon 2015

By , 8 marca 2015 17:16

 

FullSizeRender3 (480x640)

Tydzień po Biegu Piastów, przyleciał Marlon i pojechaliśmy do Sankt Moritz.

Po całych 30 minutach pierwszego w tym sezonie treningu, Marlon stwierdził, że jest w pełni przygotowany do zawodów.
Udaliśmy się więc do LaPunt, gdzie pod dowództwem Ernsta przygotowaliśmy narty. Najpierw czyszczenie, potem dwa woski, przerwa, skrobanie, szczotkowanie wiertarką, proszek na przód narty, inny proszek na tył narty, polerka, nałożenie struktury, magiczny płyn, polerka. Trwało to około dwóch godzin, po których Ernst oświadczył, że narty są gotowe. Alleluja!

Później spaghetti i wino w towarzystwie Bea’y, Ernsta i jego znajomej. Pysznie!

Rano śniadanie i szybko na dedykowany na zawody pociąg do Sankt Moritz, a później autobusem do Maloji.

Byliśmy na miejscu 30min przed startem mojej grupy, także nie było czasu na głupoty. Szybkie zdjęcie do kronik Hurpaguns, zdanie ciuchów i biegiem na linie startu.

Nawet nie było tak zimno! Normalnie trzęsę się z zimna do samego strzału, w tym roku wyjątkowo mnie to ominęło – było ciepło.

Zmieniono procedurę startu – Tuż przed, zawodnicy ustawiają się w dedykowanych boksach. Na sygnał wybiega się z nartami w ręku na trasę, zakłada narty i heja…
Myślę, że mniej kolizyjne rozwiązanie niż w poprzednich latach. Niestety imponujący widok tysiąca par nart leżących, gotowych do startu to już niepowtarzalna historia.

Tuż po starcie, między trzecim a czwartym kilometrem widok para medyków robiących gościowi masaż serca. To zawszę daje do myślenia.

Warunki były wymarzone, najlepsze ze wszystkich moich startów – pełna lampa, twarda, szybka trasa i idealna temperatura.

Udało mi się również dojechać w rekordowym czasie – 2h35. Co prawda lokata dużo gorsza od roku 2011 (po którym zakwalikowałem się do ElityC), ale bieg super przyjemny, po którym zamiast zmęczenia, czułem się jak nowonarodzony.

Marlon stawił się na mecie trochę bardziej wyczerpany, ale mając na uwadze jego „30-minutowy program przygotowawczy” było to całkiem zrozumiałe. Byłem pełen podziwu, że mimo braku treningu jest w stanie: A) stanąć na starcie, B) dobiec do celu! Imponujące!

….i tak po raz kolejny zaczęła się wiosna.

Hurpa! Wyniki Zdjęcia

Ps. Dzięki Słonko za opiekę nad bąblami, podczas wypadu.

Poznań Maraton czyli kolejny debiut Fabiana

By , 12 października 2014 18:04

Październikowy poranek, obserwując ostatnie lata można powiedzieć, że jak zwykle ładna pogoda, wyjątkowo ciepło (15-17 stopni), największa coroczna impreza biegowa w Poznaniu – 15 Poznań Maraton.

21 kilometr mijają koleni zawodnicy, w tym zające na 4h, następnie 4:15, mijają długie minunuty -na horyzoncie majaczą baloniki na 4:30. Tuż przed nimi pojawia się debiutujący na królewskim dystansie Fabian, jest 5.340-ty. Nie jest specjalnie zmęczony, wręcz przeciwnie, ma dużo energii i woli dalszej rywalizacji. Pierwszą połowę pokonał w 2h i 13 minut – czyli zgodnie z planem, który przewidywał, że dalej będzie już tylko szybciej – pomimo tego, że trasa będzie zdecydowanie trudniejsza.

Jak mówił tak też zaczął robić. Mijają kolejne kilometry, pomimo paru długich podbiegów wyprzedza kolejnych zawodników – i żeby było jasne nie kilku czy kilkunastu kolejnych zawodników – wyprzedza kilkuset innych, którzy po prostu nie dają sobie rady z trudami drugiej połowy trasy.

Po drodze jak zawsze w Poznaniu – mnóstwo kibiców, przeróżne kapele – doskonała atmosfera, która zdecydowanie zachęca do biegania i rywalizacji. I tak jest przez kolejne kilometry.

Przy punkcie żywieniowym na 40tym km mały kryzys – ale i tak to nic w porównaniu z tym co przeżywają inni. Fabian ciągle wyprzedza, kolejni biegacze zostają w tyle. Na ostatnich dwóch kilometrach znów przyspiesza i wpada na metę po 4 godzinach i 24 minutach (drugą połowę pomimo zdecydowanie trudniejszej trasy biegnie szybciej) i ostatecznie jest 4.471-szym zawodnikiem.

Tym samym na ostatnich 21km wyprzedza prawie dziewięćset osób – niesamowity rezultat, który jest wynikiem dobrego przygotowania i przyjęcia zdecydowanie właściwej strategii na dzisiejszy dzień.

Skąd to wszystko wiem? Kupiłem sobie pakiet startowy i na 21km dołączyłem do Fabiana będąc jego zającem przez kolejne 2h i 11minut. Przyznam, że nigdy w życiu nie miałem okazji wyprzedzić tylu zawodników – Fabian ogromne brawa dla Ciebie za siłę i wolę walki – zrobiłeś to w wielkim stylu. Ogromne gratulacje za determinację, wytrzymałość i przyłączenie się do grona maratończyków. Po raz kolejny pokazałeś dzisiaj że stać Cię na wiele :-)

PS. Ten weekend był dla mnie wyjątkowy – miałem okazję bezpośrednio uczestniczyć w dwóch historycznych wydarzeniach:

  1. w sobotę na żywo oglądałem na stadionie narodowym zwycięstwo Polski nad Niemcami
  2. w niedzielę bezpośrednio przyglądałem się walce Fabiana, który we wspaniałym stylu dołączył do grona maratończyków.

Było wybornie!

ks

D’ESPAGNAC FABIAN 4:24:14 4.471/6.315

PS Chłopaki jakie plany na 2015? Może Challange Family?

Patagonian Marathon 2014

By , 9 października 2014 10:18

Już ponad trzynaście godzin w samolocie z Frankfurtu, zaraz mamy lądować w Buenos Aires ale z głośników rozlega się głos kapitana informującego, że właśnie skręcamy i lecimy do Montevideo w Urugwaju z powodu mgły w boskim Buenos. No cóż – byłem kiedyś w Paragwaju ale nie zachwyciło mnie, może w Urugwaju będzie fajniej. Problem tylko w tym, że za 7 godzin mamy kolejny samolot (na oddzielnej rezerwacji więc nikt nie będzie na nas czekał) z oddalonego o 40km innego lotniska do El Calafate na południu Argentyny.

Spokojnie lądujemy w Montevideo – ponieważ prognozy są optymistyczne przez kolejne trzy godziny siedzimy w samolocie na lotnisku w oczekiwaniu na komunikat, który się w końcu pojawia – lecimy dalej. Po kolejnej (osiemnastej) godzinie lądujemy bezpiecznie w Buenos. Szybko przechodzimy kontrolę graniczną, odbieramy plecaki i taksówką zasuwamy na przeciwległą stronę miasta aby lecieć dalej- niestety nie mamy czasu nawet na krótkie tango w Buenos. Rzutem na taśmę się odprawiamy i siadamy w kolejnym samolocie aby po następnych 3,5 godzinach lądować 3 tyś. km „niżej” w argentyńskim El Calafate – bramie do lodowców Patagonii.

Już z samolotu widać, że ta kraina powinna nas oczarować, góry, jeziora, rozległe pastwiska, całkowity brak jakichkolwiek miast, wsi, dróg itp. – zapowiada się naprawdę dobrze.

Samo lotnisko (małe ale b.nowoczesne) położone bezpośrednio nad największym w Argentynie jeziorem Argentino robi wrażenie. Już idąc rękawem podziwiamy przepiękny widok na jezioro i ośnieżone Andy.

Hotel, który mamy na najbliższe trzy dni położony jest na wzgórzu z bezpośrednim widokiem na jezioro, po którym pływają samotne góry lodowe, będące zapowiedzią niezliczonej masy lodu, którą zobaczymy w ciągu następnych dni.

Od razu organizujemy wyjazd wraz z trekkingiem na lodowiec Perito Moreno – tak na wszelki wypadek, żeby nie okazało się np. że jest za dużo chętnych albo lodowiec stopniał. Na szczęście jesteśmy w off season i turystów praktycznie brak co stanowi solidną podstawę do zadowolenia ☺

Następnego ranka po pokonaniu 70km stajemy na tarasie przed czołem lodowca i … stoimy tak z rozdziabionymi gębami długie chwile. To co widzimy jest po prostu niesamowite, oczarowujące, wprost nie do uwierzenia, warte przezwyciężenia trudów każdej podróży. Masy lodu spływające z gór o wysokości ponad 70m powodują dreszcze na skórze i debilne latanie w tę i we tę, żeby zobaczyć lodowiec z każdej strony i zrobić kolejne zdjęcie. Jest to dopiero preludium do naszej „epoki lodowcowej”.

Małym stateczkiem przedostajemy się na drugą stroną jeziora bezpośrednio pod czoło lodu. Po godzinnym marszu w górę (razem z przewodnikiem) docieramy do „leśnej bazy” gdzie zakładamy na buty raki i uprząż alpinistyczną (bynajmniej nie będziemy się nigdzie wspinać – jest to tylko ułatwienie na wypadek gdyby jakiś delikwent wpadł w lodową szczelinę i trzeba by go jakoś z niej wyłuskać). Wchodzimy na lodowiec! Pokonując różnego rodzaju przeszkody, oczka wodne, szpary, zaglądając w różne dziury maszerujemy gęsiego przez ponad 4 godziny oglądając z bliska to w co cały czas nie do końca wierzymy – jest obłędnie.

Niestety wszystko co fajne się kończy. Następny dzień spędzamy w El Calafate (przy okazji odkrywam, że w Argentynie wcale nie jest tak drogo – są tylko dwa kursy dolara, oficjalny i czarnorynkowy – dwa razy wyższy) snując się po okolicy, podglądając mnóstwo różnych ptaków i podziwiając otaczające krajobrazy.

Kolejnego ranka wsiadamy w autobus do Chile i po 6 godzinach podróży po całkowitym odludziu (po drodze mijamy dosłownie kilka samochodów) „lądujemy” w chilijskim Puerto Natales. Kolacja, nocleg i następny autobus do Parku Narodowego Torres del Paine – droga zachwyca widokami gór, jezior, pagórków, lam, strusi, kondorów…

Wysiadamy „na pętli” skąd mamy ok. 20km marszu szutrową drogą do hotelu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy jakiegoś pick up’a i bez problemów dojeżdżamy do hotelu. I tu znów rozdziabione gęby na naszych twarzach – z tarasu jak również okien naszego pokoju, wylegując się z brzuchem do góry obserwujemy masyw Torres del Paine, wypełnione całą masą lodowych gór jezioro Grey i lodowiec – naprawdę nie możemy uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Nakładamy czapki i w drogę na kilkugodzinny spacer brzegiem jeziora „pomiędzy lodowymi skałami”.

Kolejne dni spędzamy na trekkingach po okolicy, wspinamy się na okoliczne góry, zdobywamy „podstawę” Torres del Paine. W międzyczasie zmieniamy hotel, który położony jest w równie malowniczym miejscu, otoczony meandrami rzeki, jeziorami, górami… Jest po prostu bajecznie, mamy dużo szczęścia – piękna pogoda i baaardzo mało turystów, ponadto jest to jedno z najmniej skomercjalizowanych turystycznych miejsc w jakich byłem na świecie- widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Wspaniała podróż, która niestety się kończy i zmusza do pokonania drogi powrotnej do Poznania wg tej samej marszruty co zajmuje nam cztery dni.

A cha i jeszcze jedno… w międzyczasie będąc w parku Torres del Paine biegniemy maraton ☺

Pogoda jest piękna – kilka stopni Celsjusza, słońce, tylko okropnie wieje nie zawsze w plecy– w porywach 70-80km/h. Trasę biegu już znamy, pokonaliśmy ją podróżując po parku – jest zachwycająca, w mojej opinii jeden z najpiękniejszy maratonów na świecie (osobiście nr 1 ex aequo z Everestem). Oczywiście jak na bieg górski trasa prowadzi po górach (plus 1.200m minus 1.100) – jest trudna ale nie zabójcza. Pierwszą połówkę pokonuję w miarę swobodnie w 2h i 15minut, druga trudniejsza (mocno w górę) zajmuje mi trochę ponad 2,5h. Dobiegam do mety po 4:53h – jestem 95 na 163 startujących w maratonie, zmęczony ale niesamowicie zadowolony, generalnie bez żadnych problemów, kontuzji, ponadprzeciętnego bólu. W trakcie biegu trudno skupić się na rywalizacji i biegu, oczy cięgle latają dookoła głowy nie mogąc nadążyć z przekazaniem wszystkich danych do mózgu, jeszcze długo po przekroczeniu mety wyobraźnia ciągle projektuje mi krajobrazy z trasy. Po drodze nie było żadnych kibiców, co w ogóle nie przeszkadzało (ostatnio się do tego przyzwyczaiłem ☺) jedynie stada lam i latające nad głowami kondory przyglądały nam się uważnie pewnie nie mogąc się nadziwić o co tym ludziom chodzi, żeby tak biegać bez większego celu…

Tomek ukończył bieg w 5:13 i dobiegł do mety równie rozentuzjazmowany jak ja co wieczorem uczciliśmy zimnym piwem.

Udało się ☺ – wspaniała wyprawa, super maraton, piąty kontynent – uwielbiam to…

ks

Trochę zdjęć tutaj

Baikal Ice Marathon by Krzysztof Stępień.

By , 1 marca 2014 21:19

Korespondencja od KS z mroźnej Syberii:

„Udało sie :-)
Pozdrawiam z niesamowitego maratonu przez zamarznięty Bajkał. Po 4 godz i 32 minutach po lodzie i śniegu dotarłem do mety
Listwianka, Syberia, 1 marca 2014
KS”

Udało się dotrzeć do domu więc poniżej kilka zdań ode mnie:

Za oknem powoli zaczyna świtać, jesteśmy 7 tys km od domu po środku Syberii, dookoła las i … największe jezioro na świecie. Temperatura na zewnątrz w okolicach minus 30 stopni. Powoli wstajemy razem z Tomkiem i szykujemy się na śniadanie. Nie za bardzo mamy jakąkolwiek ochotę gdziekolwiek wychodzić – jet lag czyli zespół nagłej zmiany strefy czasowej od dwóch dni nie pozwala nam spać dłużej niż 3h na dobę – masakra, dawno tak źle nie zniosłem podróży. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Przecież nie znalazłem się tutaj, żeby marudzić, grymasić i udawać księżniczkę tylko żeby biegać.

Śniadanie w „domu wczasowym” gdzie próbowaliśmy zasnąć jest ok: naleśniki, omlet, bułka wszystkiego po trochę, do tego gorąca herbata i wracamy do pokoju aby powoli nakładać kolejne warstwy hiper-super-duper nowoczesnych wytworów dzisiejszego marketingu teoretycznie umożliwiających przeżycie kilku godzin wysiłku w wyjątkowo zimowych okolicznościach przyrody.

Jak już się uporałem z ultra lekkimi leginsami, wiatroodpornymi spodniami do biegania na nartach, golfem syntetyczno merynosowym, bluzą polarową podobno sprawiającą, że będę suchutki jak najbardziej wysuszony suchar, softshellem z membraną odprowadzającą hektolitry wody na minutę przyszedł czas na wydawało by się rzecz najistotniejszą – buty.

Przed wyjazdem długo zastanawiałem się jaką opcję wybrać – wiedziałem, że nawet w najlepszych butach terenowych nie da się przebiec 42km po lodzie, z drugiej strony kupowanie butów z kolcami tylko na jeden bieg nie przemawiało do mojego rozsądku – wybrałem opcję pośrednią: kupiłem nakładki z kolcami teoretycznie (jak się później okazało również praktycznie) wprost stworzone do biegania po lodowisku.

Tak więc przy akompaniamencie dźwięku kolców stukających po korytarzach z lastriko pochodzących od kilkudziesięciu innych pasjonatów ślizgania się na lodzie żwawo usadowiliśmy się w jednym z kilkunastu busów mających nas zawieźć 75km na linię startu tj. do wioski Tankhoy położonej na południowym brzegu Bajkału.

W międzyczasie słońce wyszło już na całego niestety nie za bardzo wpływając na wzrost temperatury otoczenia. Po wypiciu na brzegu jeziora kubka herbaty i rytuale pochlapania mlekiem czterech stron świata ruszyliśmy.

Bajkał Ice Maraton jest na pewno najbardziej płaskim maratonem na świecie, z oczywistych względów suma wzniesień na dystansie 42km wynosi 0m. Niewątpliwie jest to element znacznie ułatwiający pokonanie tej niesamowitej trasy.

Z uwagi na niewielką liczbę uczestników (stu kilkunastu) już po kilku pierwszych kilometrach stawka się znacznie rozrzedziła pozostawiając każdego samemu sobie. Przyznam, że samotne bieganie bardzo mi odpowiada i pozytywnie wpływa na nastrój umożliwiając spokojnie rozmyślania i zachłystywanie się otaczającymi krajobrazami. Ponadto z równie oczywistych względów jak ukształtowanie terenu na całej trasie nie było też kibiców – tak jest nie przebiegaliśmy przez żadną wioskę ☺.

Czas mijał a ja biegłem, wyjątkowo równo i spokojnie, miałem świadomość, że zaledwie 5 tygodni wcześniej skończyłem maraton, co prawda w temperaturze o prawie 50 stopni wyższej jednak bez wątpienia mocno obciążający mój organizm. Od początku utrzymywałem wolne tempo w okolicach 6 min/km. Wybór takiej strategii okazał się zbawienny. Idealnie wpasowałem się w swoje możliwości tego dnia, dodatkowo posilanie się lekko zmrożonymi suszonymi owocami na każdej spośród 6 stacji spowodowało że pełen optymizmu biegłem i rozmyślałem podziwiając lodowe pustkowie otaczające mnie po horyzont. Uczucie jest obłędne – dokoła biała pustka, na horyzoncie majaczą pasma górskie a pod nogami półtora kilometra wodnej otchłani od której oddziela mnie tylko kilkadziesiąt centymetrów lodu.

Jedynymi czynnikami zakłócającymi tą niesamowitą atmosferę jest stukot kolców i od czasu do czasu dochodzące, na szczęście z oddali, odgłosy pękającego lodu.

Jak to na maratonie bywa i tym razem z pokonaniem kolejnych kilometrów zmęczenie dawało się coraz bardziej odczuć, bardzo istotnym czynnikiem bezpośrednio wpływającym na organizm była temperatura, która cały czas oscylowała wokół minus kilkunastu stopni – ja jednak cały czas biegłem ☺

Dopiero po 37-38 km mina mi trochę zrzedła, a w zasadzie to zastygła – nasilił się wiatr, który w połączeniu z niską temperaturą i znacznym wyczerpaniem organizmu (za mną już 4 godziny biegu) spowodował, że powoli zacząłem zamarzać. Pomimo naciągnięcia wysoko kominiarki doznałem uczucia zamarznięcia jednego policzka i powieki – uczucie nie tyle dziwne co upierdliwe – spuchnięta powieka ograniczała sprawne widzenie. Na szczęście trasa nie była zbyt kręta i nie miała wielu przeszkód ☺ więc trochę na azymut, trochę obserwując jednym okiem zabudowania na zbliżającym się brzegu jeziora dotarłem cały do mety.

Zajęło mi to 4 godziny i 32 minuty co było wynikiem zdecydowanie lepszym od oczekiwanego, wprawiając mnie tym samy w stan euforii. Pokonałem kolejny niesamowity maraton z rodzaju adventure i chyba już nieuleczanie się od tego uzależniłem.

Tomek biegł razem ze mną do 27km, niestety skurcze nie pozwoliły mu utrzymać tempa wymuszając zdecydowanie zmniejszenie prędkości na końcowych 15km – z lekkim niedosytem dotarł na metę po 5 godzinach – niemniej jednak obaj będziemy wspominać wspólny wyjazd z ogromnym sentymentem.

tu kilka zdjęć z Irkucka i z nad Bajkału

a tu krótki film z samego biegu

Bahamas marathon by KS. Czwarty kontynent zaliczony.

By , 20 stycznia 2014 11:46

Krzysztof Stępień (KS) przebiegł marathon na Bahamas:

„Witam
Udało się przebiec maraton na czwartym kontynencie w 4:05
Trasa super, głownie wybrzeżem, widoki obłedne a maraton jak zwykle wyczerpujący ale dający ogrom satysfakcji :-)
Pozdrawiam”

Gratulacje KS! Mocny start na początek 2014!
Pozdrowienia.

Dzięki Szwagier za wpis, poniżej kilka zdań o maratonie, który pomimo 100 uczestników organizacyjnie w niczym nie odbiegał od naszych standardów.

Czwarta rano, dzwoni budzik, dom przy plaży nad brzegiem oceanu, za oknem urocze palmy i piasek, właściwie to nastawiłem go zupełnie niepotrzebnie, od godziny przekręcam się z boku na bok z niecierpliwością oczekując wydarzeń nadchodzącego dnia. Po porannej toalecie i śniadaniu obfitym w węglowodany (na Bahama jest to bardzo łatwe – właściwe wszystko to węglowodany importowane z pobliskich Stanów) nałożeniu stroju startowego wychodzę do hotelu położonego 300m obok skąd zabiera mnie bus podstawiony przez organizatorów.

Po 10 minutach jesteśmy razem z innymi pasażerami – uczestnikami Bahama Race Weekend – na linii startu. Jest 5:15 temperatura ok. 16-17 stopni – trochę zimno, muszę się cały czas rozgrzewać, dokoła ok 300 uczestników trzech biegów: półmaratonu, sztafety 4×10,5km i maratonu, dodatkowo przynajmniej tyle samo wolontariuszy i organizatorów wydarzenia, którym żyje cała wyspa.

Tuż przed 6 rano spiker na żywo komentujący wydarzenia intonuje dziwną pieśń – po zamarciu w bezruchu prawie całego towarzystwa domyślam się, że to hymn Wspólnoty Bahamów – archipelagu 700 wysp ulokowanych na Oceanie Atlantyckim pomiędzy Florydą i Kubą.

Na starcie bardzo różnorodny „tłumek” zawodników o wszystkich kolorach skóry w każdej kategorii wagowej i wiekowej. Zadziwiający jest odsetek osób zdecydowanie przekraczających europejskie standardy kojarzone z sylwetką biegacza – jak się później okazuje są to głównie uczestnicy sztafety, którzy mają do pokonania 10,5km – nikt tu się nie przejmuje swoją wagą i próbuje podjąć wyzwanie jakim niewątpliwie jest przebiegnięcie nawet tych 10 kilometrów – szacunek za takie podejście.

Punktualnie o godzinie 6 strzał z pistoletu i wszyscy ruszamy – pierwsze 10 km przez centrum miasta – stolicy Nassau i po Tropical Island – po pokonaniu dwóch mostów o podbiegach niespotykanych w naszej okolicy.

Dookoła panują ciemności, organizatorzy na szczęście zadbali o nasze bezpieczeństwo i na skromnych latarniach miejskich porozwieszane są dodatkowe jupitery oświetlając drogę przez zaspane jeszcze miasto. Po ok. godzinie powoli zaczyna wstawać słońce a my wybiegamy z centrum i kierujemy się na promenadę wzdłuż wybrzeża, którą będziemy biegli już do mety.

Słońce powoli rozgrzewa atmosferę i otaczające powietrze do temperatury ok. 22-24 stopni, przy okazji ukazując przepiękne krajobrazy. Trzy czwarte trasy poprowadzone jest promenadą i drogą bezpośrednią przy plaży – przyznam, że pomimo tego iż widziałem kilka fajnych miejsc na świecie to bieganie maratonu nad oceanem, przy plaży, palmach, luksusowych apartamentach, willach i lazurowo niebieskim oceanie sprawia ogromną przyjemność. Tym bardziej, że na trasie jest sporo kibiców, mocno dopingujących i zagrzewających do walki z samym sobą i cudowną trasą, ponadto na końcu każdej mili jest stacja z wodą i izotonikami co bez problemu pozwala zaspokoić zapotrzebowanie na płyny. Generalnie wszystko jest super – niestety tylko do 33-34km, później następuje załamanie i pomimo cudownych okoliczności przyrody i pomocy tubylców siły mnie całkowicie opuszczają – oczywiście nie jest to zbytnie zaskoczenie – wydarzenia ostatnich tygodni na pewno nie były czynnikiem ułatwiającym poprawę kondycji – ale co tam przecież nie chodzi o wynik – ważne żeby ukończyć bez kontuzji (znam ten slogan na pamięć) i tak też się dzieje, po 4 godzinach i 5 minutach dobiegam do mety na której czeka Beata z Anią, słodkie pomarańcze i ogromny medal – udało się cel osiągnięty – jestem na mecie maratonu na czwartym kontynencie, jest piękna pogoda, plaża, ocean, najbliższe osoby – jednym słowem super – było warto.

Krzysztof Stępień netto 4:05:51 (miejsce 35/112, 5 w kategorii 40-45)

ps. po drodze na Bahamy zahaczyliśmy o Nowy York – tutaj kilka fotek

Maratona Ticino

By , 12 listopada 2013 0:44

10.11.13 8:45 – Po raz kolejny, w drodze z hotelu na start maratonu zatrzymujemy się, tym razem na stacji benzynowej. Wcześniej próbowaliśmy kiosków z gazetami. Niestety, nie mają kleju. Jak to możliwe, że w tutejszym „kiosku ruchu” nie mają tzw. „kropelki”. Jesteśmy we włoskiej części Szwajcarii, a po włosku to umiem tylko poprosić, podziękować i przekląć, co generalnie pozwala na przetrwanie, ale gdy chodzi o zakup „kropelki” jest niewystarczające. Próbuję więc, po angielsku – brak reakcji, po niemiecku – pudło, na migi – jest, jest jakaś pozytywna reakcja, pani się uśmiecha i wygląda na to że wie o co mi chodzi, prowadzi mnie do półki i podaje naklejkę CH. Zrezygnowany dziękuję i biegnę z powrotem do samochodu. Nawet, na tzw. „CPN-ie” nie mają kropelki. Jak to jest możliwe, że nie mają kleju, którym można wszystko naprawić i wszystko skleić – np. buta, kolczyk z odpadającą perełką, …, i przede wszystkim dwa palce. Chwila refleksji i dochodzę do wniosku, że chyba niezaprzeczalnie  jestem dzieckiem komuny i wychowankiem Adama Słodowego. „Zrób to sam” – chyba na stałe zakodowane jest w moją podświadomość. Kolejny wniosek to to, że w tym wysoko rozwiniętym kapitalistycznym kraju o wszystko prosi się wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, i nikt nie zniży się do sklejenia czegoś samemu, stąd brak „kropelek” w obiegu. Wniosek numer trzy to, że „kropelkę” należy mieć zawsze przy sobie. Postanawiam, podnieść jej rangę i nieoficjalnie wozić jeden egzemplarz w samochodzie.
Niestety, dzisiaj, jest duża szansa, że częściowo odklejona podeszwa w moich „startówkach” (który to defekt odkryłem tuż przed wyjazdem z domu) całkowicie odklei się od góry buta i bez podeszw, w dziurawych od asfaltu skarpetach, dobiegnę do mety.
8:55 – dojeżdżamy do miejsca startu. Od rana pada deszcz. Szybko przebieram się pod kawałkiem dachu pobliskiego centrum sklepowego. Wciągam banana. Buziaki dla rodzinnej draki i biegnę w kierunku startu.
9:05 – jestem niedaleko startu. Pee-stop. Wciągam żel.
9:07 – miejsce startu jest przy hali sportowej przy krórej jest hotel. Wchodzę, pytam się o kropelkę. Facet mówi, że „moment” i przynosi skrzynkę pierwszej pomocy. Otwiera skrzynkę i oczywiście „kropelki” nie ma. Wyjaśniam mu, że chodzi mi o „kropelkę”. Mówi, że ma i daje mi klej biurowy do papieru. Przepraszam, dziękuję i wychodzę. Nie ma czasu. Co za kraj! Adam byłby rozczarowany.
9:09 – jestem na starcie. Na rozgrzewkę nie ma już czasu. Rozciągam delikatnie łydki i czwórki. Rozgrzeję się po drodze. Muszę zacząć delikatnie. Pada deszcz. Temperatura około 5 – 7 stopni.
9:10 – Strzał! Zaczynamy. Pierwsze kroki mocno zwolnione przez tłok. Po chwili jest już luźniej. Czuję, że opada mi pasek mierzący tętno. Podciągam go, a on dalej spada. Poddaję się i opada mi całkowicie na biodra. Zapomniałem, że go ostatnio poluzowałem… No cóż będę miał zmierzone tętno brzucha. Nie chcę mi się kombinować z jego podciąganiem. Mam na górze ortalion i sprawa jest utrudniona. Gdybym się rozgrzał, problem wyszedłby podczas rozgrzewki. Niestety…
9:12 – Coś jest nie tak. Nie wiem ile na starcie było ludzi za mną, ale przede mną jest dużo. Zbyt dużo. Czy większość biegnie tutaj poniżej 3h? O co chodzi?
1km – Zegarek pokazuje 4:18. Hmm… trochę szybko jak na początek bez rozgrzewki. Czuję, że banan i żel podchodzą mi do gardła. Powinienem go zjeść 20-30 minut przed startem.
3km – Duża grupa zdecydowanie oddala się ode mnie. Czuję się ciężko – jakbym ważył 10kg więcej. Banan i żel jest zdecydowanie zbyt wysoko. Chyba to nie jest mój dzień. Jest szaro, zimno, pada deszcz. Chyba ostatnie trzy tygodnie bez normalnego trenowania i leczenia kontuzji miało wpływ na to jak się czuję.
4km – Wbiegamy między pola i biegniemy po betonowych płytach. Kałuża za kałużą. Zimny wiatr w twarz. I na dodatek ten pierdolony banan…
5km – Ogromna kałuża. Nie ma jak jej ominąć. Wszyscy zmuszeni są biec przez nią. Wbiegam i ja, trzy kroki, przy których za każym razem zanurzam się po kostki. Jak w rów z wodą podczas biegu z przeszkodami. Brakuje tylko przeszkody. Zimna woda zalewa mi stopy. Cała wagowa przewaga startówek, właśnie została zniwelowana.
To chyba zdecydowanie nie jest mój dzień. Chyba podziękuję po pierwszym okrążeniu i zaliczę tylko połówkę. Szczerze mówiąc, to nie lubię okrążeń podczas zawodów. Przychodzą głupie myśli żeby dać sobie spokój w trakcie. Dodatkowo, świadomość tego trzeba to przebiec jeszcze raz…
Staram się zagłuszyć negatywne myśli pozytywnymi i skupić na technice biegu.
Stacja z napojami. Do tej pory banan i żel się nie przelały ale momentami było blisko. Łapię kubek z wodą i biorę dwa, trzy łyki.
6km-8km – Nie jest łatwo. Nie pada, tylko leje deszcz. Szczerze mówiąc, nie robi to już żadnej różnicy. Biegnę i gdy zegarek sygnalizuję kolejny kilometr, sprawdzam czy mieszczę się 4:30 na kilometr.
9km – ostatni kilometr był wolny, ale przyjął się banan. Skupiam się nad kadencją. Kończę 9-ty 4:20.
10km – wciągam żel. Dobiegam do stacji i biorę wodę. Kończę 10-ty i rzucam okiem na zegarek – 45 z hakiem. Jest ok.
11km – czuję, że wchodzę w rytm.
12km-14km – dobiegam do tzw. biustonosza. Przede mną kilometr pod górkę, później pół w dół, znowu pół pod górę i kilometr w dół. Przy podbiegu skupiam się na utrzymaniu kadencji i pracy ramion, skracam krok.
14-15km – Wciągam żel i popijam wodą. Lecę w dół. Wyprzedzam dużą grupę biegaczy. Dobiegam do centrum Locarno i przebiegam koło hotelu w którym spaliśmy.
16-20km – czuję że wpadłem w swój rytm.  Ciągle pada, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Biegnę przy jeziorze. Widok jest fantastyczny, a dodatkowo jest dużo tzw. motywatorów, czyli tych co wyprzedzam i zupełny brak demotywatorów czyli tych co mnie wyprzedzają. Jest sympatycznie.
21,1km – półmetek. 1h32 z hakiem. Rozglądam się za rodzinką, ale ich nie widzę. Nie był to najłatwiejszy początek, ale zaczynam drugie okrążenie w niezłej formie. Ciągle pada.
21,1-26km – mało ludzi, bardzo mało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że większość biegła połówkę. W promieniu 400m nie ma nikogo. Dobiegam do rowu z wodą… chlup, chlup, chlup. Podeszwy się trzymają. Wciągam żel i popijam wodą.
27-32km – dobiegam do biustonosza. Przede mną kilometr pod górę. Przestaje padać.
33km – włączam muzę na podtrzymanie tempa. Wspomaga mnie Prodigy. Staram się utrzymać kadencję, skracam krok, pracuję ramionami. Wbiegam na pierwszą górkę.
34km – Prodigy jest fantastyczne. Mówią „Let’s go, everybody is in the place!”. Przerabiam trochę tekst na „Everything is in the place” – ani śladu po kontuzji, czuję się dobrze, podeszwy się trzymają, a więc: Let’s go….
35-38km – Druga górka. Wciagam żel i popijam wodą. Czuję, że jest ok. Kryzysu brak. Lecę w dół.
38-41km – Biegnę w zasadzie sam. Było tylko trzech motywatorów. Widzę że mają już chłopaki dość i nogi mają sztywne. Moje też są mocno zmęczone, ale jakoś mniej niż zawsze na tym etapie. Dodatkowo staram się trzymać się wysoko i utrzymać kadencję, nawet kosztem krótszego kroku. Wyprzedzam kolejnego.
42-42,2km – Ok, nie zostało mi nic innego, jak finiszować. Dochodzę motywatora, ale zaczyna przyspieszać i mi ucieka. Przyspieszam, ale on też przyspiesza. Odpuszczam na 30metrów przed metą, ale dochodzę babkę i widzę, że nagle rowijają taśmę na mecie. Domyślam się, że taśma to raczej nie dla mnie. Zwalniam i wpadam na metę sekundę po pierwszej kobiecie. Zegar pokazuje 3h05 z hakiem. Życiówka!
Na mecie moi najwspanialsi kibice: Ania, Pola i Maksiu.

GPS, Wyniki, HURPA

Everest Marathon 2013

By , 6 czerwca 2013 19:23

Udało się – zacznę nietypowo od końca – dotarłem na lotnisko w Kathmandu. Tak nie pomyliłem się, nie chodzi mi o przekroczenie mety maratonu ale dotrwanie do końca tej niesamowitej imprezy, która nie miała zbyt wiele wspólnego z zawodami, w których miałem okazję dotychczas uczestniczyć. Często mówi się, że maraton zaczyna się na 30tym kilometrze – Everest Marathon zaczyna się 60km przed linią startu i kończy dwa dni po przekroczeniu mety – ale od początku.

Lot z Poznania do Katmandu przebiegł standardowo, oczywiście z uwagi na czas podróży (24h) na miejscu wylądowaliśmy dość zmaltretowani ale ponieważ był już wieczór szybko wtargnęliśmy do naszego pokoju i poszliśmy spać. Pierwszy dzień był dniem organizacyjnym, otrzymaliśmy wszystkie materiały dot. wyprawy, zostaliśmy podzieleni na 4 grupy po ok. 20 osób i zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę po stolicy Nepalu, która poza ciekawym centrum historycznym nie budziła mojego zachwytu – wyglądała jak dziesiątki podobnych miast w tej części świata – zgiełk, brud, hałas, ogólny nieład etc. Niemniej jednak zamiłowanie do Azji pozwoliło mi w pełni rozkoszować się tym egzotycznym jak dla Europejczyka krajobrazem.

Tak więc w bardzo radosnych nastrojach poszliśmy spać aby o 4:30am wstać i wyruszyć na przygodę życia.

Krajowe lotnisko w Kathmandu robi wrażenie bynajmniej nie liczbą startujących odrzutowców ale liczbą małp przechadzających się po placu manewrowym dla samolotów. Poza tym jest to miejsce przypominające dworzec autobusowy z okresu głębokiego PRLu. Niemniej jednak po kilkukrotnej kontroli, ważeniu bagażu (mieliśmy limit 15+5kg) i odebraniu karty pokładowej znaleźliśmy się na pokładzie pierwszego w tym dniu 20 osobowego samolotu do Lukli. Krótki 40 minutowy lot upłynął spokojnie chociaż w ogromnym huku, z uwagi na fakt, że ów samolot bardzo dobrze wkomponywał się w krajobraz samego lotniska i niczym jemu nie ustępował zarówno pod względem stanu technicznego, hałasu jak i czystości. Miła stewardesa rozdała każdemu watę do uszu i cukierka, który miał chyba odwrócić naszą uwagę od stanu latającej „puszki” w której nas zamknięto.

Continue reading 'Everest Marathon 2013'»

Krzysztof Stępień na mecie Everest Marathon

By , 29 maja 2013 15:32

Sms od Krzyśka:

Po 9 godzinach i 5 minutach, walce z gorami, wysokoscia i samym soba wyczerpany ale szczesliwy dotarlem ma mete Everest Marathon – najwyzej polozonego maratonu na swiecie. Teraz tylko 2 dni marszu do najblizszego lotniska i powoli w kierunku domu. Pozdrawiam ks

Gratulacje! Szczęśliwego powrotu! Czekamy na relację i zdjęcia.
Hurpa!

 

Hurpagun na Everest Marathon

By , 15 maja 2013 20:49


Krzysztof Stępień wyleciał dzisiaj z Poznania na Everest Marathon. Jest to środek do celu osiągnięcia jego osobistej amibicji przebiegnięcia marathonu na każdym kontynencie, jednocześnie możliwość na wykorzystanie talentu fotograficznego i zrobienia niepowtarzalnych fot. Europa i Afryka już zaliczone. Teraz czas na Azję.
Powodzenia Ks! Trzymamy kciuki! Hurpa!!!
Everest Marathon

http://www.youtube.com/watch?v=oCgB7Wbiw08

Plan:

May 16 Land in Kathmandu
May 17 Half-day morning sightseeing in Kathmandu
May 18 Fly Kathmandu to Lukla
Time:  35 min
Altitude: 2860mTrek to Phakding
Distance: 8 km approximately
Time: 2-3 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 2652m
May 19 Trek to Namche Bazaar
Distance: 15 km approximately
Time: 5-6 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 3446m
May 20 Acclimatization halt at Namche Bazaar
Altitude: 3446 m
May 21 Trek to Thyangboche Monastery
Distance: 10 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 3867m
May 22 Trek to Dingboche
Distance: 12 km approximately
Time: 5-6 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 4358m
May 23 Acclimatization halt at Dingboche
Altitude: 4358m
May 24 Trek to Lobuje
Distance: 9 km approximately 
Time: 5 hrs
Difficulty: Moderate to Strenous
Altitude: 4928m
May 25 Trek to Gorakshep
Distance: 6 km approximately
Time: 5 hrs
Difficulty: Moderate to Adventurous
Altitude: 5160m
May 26 Acclimatization halt at Gorakshep.
Early morning hike up to Kalapatthar View point
Distance: 2 km
Time: 2-3 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 5545m (highest point of the trek)
May 27 Trek to Everest Base Camp
Distance: 6 km approximately
Time: 3-4 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 5364m
May 28 Rest day at Everest Base Camp
Altitude: 5364m
May 29 MARATHON DAY: Everest Base Camp to Namche Bazaar
Distance: 42.195 km (FULL MARATHON)
Time: Depends on you
Difficulty: Adventurous
Altitude: 5364m-3446m
May 30 Rest in morning. Afternoon trek to Monjo
Distance: 8 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 2850m
May 31 Trek back to Lukla
Distance: 10 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Leisurely pace
Altitude: 2860m
June 01 Morning flight to Kathmandu
Time: 35 minute
Altitude: 1336m
Afternoon at leisure
June 02 Free day in Kathmandu.
Options available:
i. Mountain Flight (Advance booking required)
ii. Sightseeing Tour
June 03 International departure.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com