Maratona Ticino

By , 12 listopada 2013 0:44

10.11.13 8:45 – Po raz kolejny, w drodze z hotelu na start maratonu zatrzymujemy się, tym razem na stacji benzynowej. Wcześniej próbowaliśmy kiosków z gazetami. Niestety, nie mają kleju. Jak to możliwe, że w tutejszym „kiosku ruchu” nie mają tzw. „kropelki”. Jesteśmy we włoskiej części Szwajcarii, a po włosku to umiem tylko poprosić, podziękować i przekląć, co generalnie pozwala na przetrwanie, ale gdy chodzi o zakup „kropelki” jest niewystarczające. Próbuję więc, po angielsku – brak reakcji, po niemiecku – pudło, na migi – jest, jest jakaś pozytywna reakcja, pani się uśmiecha i wygląda na to że wie o co mi chodzi, prowadzi mnie do półki i podaje naklejkę CH. Zrezygnowany dziękuję i biegnę z powrotem do samochodu. Nawet, na tzw. „CPN-ie” nie mają kropelki. Jak to jest możliwe, że nie mają kleju, którym można wszystko naprawić i wszystko skleić – np. buta, kolczyk z odpadającą perełką, …, i przede wszystkim dwa palce. Chwila refleksji i dochodzę do wniosku, że chyba niezaprzeczalnie  jestem dzieckiem komuny i wychowankiem Adama Słodowego. „Zrób to sam” – chyba na stałe zakodowane jest w moją podświadomość. Kolejny wniosek to to, że w tym wysoko rozwiniętym kapitalistycznym kraju o wszystko prosi się wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, i nikt nie zniży się do sklejenia czegoś samemu, stąd brak „kropelek” w obiegu. Wniosek numer trzy to, że „kropelkę” należy mieć zawsze przy sobie. Postanawiam, podnieść jej rangę i nieoficjalnie wozić jeden egzemplarz w samochodzie.
Niestety, dzisiaj, jest duża szansa, że częściowo odklejona podeszwa w moich „startówkach” (który to defekt odkryłem tuż przed wyjazdem z domu) całkowicie odklei się od góry buta i bez podeszw, w dziurawych od asfaltu skarpetach, dobiegnę do mety.
8:55 – dojeżdżamy do miejsca startu. Od rana pada deszcz. Szybko przebieram się pod kawałkiem dachu pobliskiego centrum sklepowego. Wciągam banana. Buziaki dla rodzinnej draki i biegnę w kierunku startu.
9:05 – jestem niedaleko startu. Pee-stop. Wciągam żel.
9:07 – miejsce startu jest przy hali sportowej przy krórej jest hotel. Wchodzę, pytam się o kropelkę. Facet mówi, że „moment” i przynosi skrzynkę pierwszej pomocy. Otwiera skrzynkę i oczywiście „kropelki” nie ma. Wyjaśniam mu, że chodzi mi o „kropelkę”. Mówi, że ma i daje mi klej biurowy do papieru. Przepraszam, dziękuję i wychodzę. Nie ma czasu. Co za kraj! Adam byłby rozczarowany.
9:09 – jestem na starcie. Na rozgrzewkę nie ma już czasu. Rozciągam delikatnie łydki i czwórki. Rozgrzeję się po drodze. Muszę zacząć delikatnie. Pada deszcz. Temperatura około 5 – 7 stopni.
9:10 – Strzał! Zaczynamy. Pierwsze kroki mocno zwolnione przez tłok. Po chwili jest już luźniej. Czuję, że opada mi pasek mierzący tętno. Podciągam go, a on dalej spada. Poddaję się i opada mi całkowicie na biodra. Zapomniałem, że go ostatnio poluzowałem… No cóż będę miał zmierzone tętno brzucha. Nie chcę mi się kombinować z jego podciąganiem. Mam na górze ortalion i sprawa jest utrudniona. Gdybym się rozgrzał, problem wyszedłby podczas rozgrzewki. Niestety…
9:12 – Coś jest nie tak. Nie wiem ile na starcie było ludzi za mną, ale przede mną jest dużo. Zbyt dużo. Czy większość biegnie tutaj poniżej 3h? O co chodzi?
1km – Zegarek pokazuje 4:18. Hmm… trochę szybko jak na początek bez rozgrzewki. Czuję, że banan i żel podchodzą mi do gardła. Powinienem go zjeść 20-30 minut przed startem.
3km – Duża grupa zdecydowanie oddala się ode mnie. Czuję się ciężko – jakbym ważył 10kg więcej. Banan i żel jest zdecydowanie zbyt wysoko. Chyba to nie jest mój dzień. Jest szaro, zimno, pada deszcz. Chyba ostatnie trzy tygodnie bez normalnego trenowania i leczenia kontuzji miało wpływ na to jak się czuję.
4km – Wbiegamy między pola i biegniemy po betonowych płytach. Kałuża za kałużą. Zimny wiatr w twarz. I na dodatek ten pierdolony banan…
5km – Ogromna kałuża. Nie ma jak jej ominąć. Wszyscy zmuszeni są biec przez nią. Wbiegam i ja, trzy kroki, przy których za każym razem zanurzam się po kostki. Jak w rów z wodą podczas biegu z przeszkodami. Brakuje tylko przeszkody. Zimna woda zalewa mi stopy. Cała wagowa przewaga startówek, właśnie została zniwelowana.
To chyba zdecydowanie nie jest mój dzień. Chyba podziękuję po pierwszym okrążeniu i zaliczę tylko połówkę. Szczerze mówiąc, to nie lubię okrążeń podczas zawodów. Przychodzą głupie myśli żeby dać sobie spokój w trakcie. Dodatkowo, świadomość tego trzeba to przebiec jeszcze raz…
Staram się zagłuszyć negatywne myśli pozytywnymi i skupić na technice biegu.
Stacja z napojami. Do tej pory banan i żel się nie przelały ale momentami było blisko. Łapię kubek z wodą i biorę dwa, trzy łyki.
6km-8km – Nie jest łatwo. Nie pada, tylko leje deszcz. Szczerze mówiąc, nie robi to już żadnej różnicy. Biegnę i gdy zegarek sygnalizuję kolejny kilometr, sprawdzam czy mieszczę się 4:30 na kilometr.
9km – ostatni kilometr był wolny, ale przyjął się banan. Skupiam się nad kadencją. Kończę 9-ty 4:20.
10km – wciągam żel. Dobiegam do stacji i biorę wodę. Kończę 10-ty i rzucam okiem na zegarek – 45 z hakiem. Jest ok.
11km – czuję, że wchodzę w rytm.
12km-14km – dobiegam do tzw. biustonosza. Przede mną kilometr pod górkę, później pół w dół, znowu pół pod górę i kilometr w dół. Przy podbiegu skupiam się na utrzymaniu kadencji i pracy ramion, skracam krok.
14-15km – Wciągam żel i popijam wodą. Lecę w dół. Wyprzedzam dużą grupę biegaczy. Dobiegam do centrum Locarno i przebiegam koło hotelu w którym spaliśmy.
16-20km – czuję że wpadłem w swój rytm.  Ciągle pada, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Biegnę przy jeziorze. Widok jest fantastyczny, a dodatkowo jest dużo tzw. motywatorów, czyli tych co wyprzedzam i zupełny brak demotywatorów czyli tych co mnie wyprzedzają. Jest sympatycznie.
21,1km – półmetek. 1h32 z hakiem. Rozglądam się za rodzinką, ale ich nie widzę. Nie był to najłatwiejszy początek, ale zaczynam drugie okrążenie w niezłej formie. Ciągle pada.
21,1-26km – mało ludzi, bardzo mało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że większość biegła połówkę. W promieniu 400m nie ma nikogo. Dobiegam do rowu z wodą… chlup, chlup, chlup. Podeszwy się trzymają. Wciągam żel i popijam wodą.
27-32km – dobiegam do biustonosza. Przede mną kilometr pod górę. Przestaje padać.
33km – włączam muzę na podtrzymanie tempa. Wspomaga mnie Prodigy. Staram się utrzymać kadencję, skracam krok, pracuję ramionami. Wbiegam na pierwszą górkę.
34km – Prodigy jest fantastyczne. Mówią „Let’s go, everybody is in the place!”. Przerabiam trochę tekst na „Everything is in the place” – ani śladu po kontuzji, czuję się dobrze, podeszwy się trzymają, a więc: Let’s go….
35-38km – Druga górka. Wciagam żel i popijam wodą. Czuję, że jest ok. Kryzysu brak. Lecę w dół.
38-41km – Biegnę w zasadzie sam. Było tylko trzech motywatorów. Widzę że mają już chłopaki dość i nogi mają sztywne. Moje też są mocno zmęczone, ale jakoś mniej niż zawsze na tym etapie. Dodatkowo staram się trzymać się wysoko i utrzymać kadencję, nawet kosztem krótszego kroku. Wyprzedzam kolejnego.
42-42,2km – Ok, nie zostało mi nic innego, jak finiszować. Dochodzę motywatora, ale zaczyna przyspieszać i mi ucieka. Przyspieszam, ale on też przyspiesza. Odpuszczam na 30metrów przed metą, ale dochodzę babkę i widzę, że nagle rowijają taśmę na mecie. Domyślam się, że taśma to raczej nie dla mnie. Zwalniam i wpadam na metę sekundę po pierwszej kobiecie. Zegar pokazuje 3h05 z hakiem. Życiówka!
Na mecie moi najwspanialsi kibice: Ania, Pola i Maksiu.

GPS, Wyniki, HURPA

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com