Sahara Marathon 2012

By , 4 marca 2012 16:06

Trudno mi zacząć opisanie wydarzenia jakim był udział w Sahara Marathon 2012. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że chyba nie jestem w stanie przekazać wszystkich odczuć i wrażeń jakie przywiozłem z tygodniowego pobytu w miejscu, o istnieniu którego jeszcze kilka tygodni temu nie miałem pojęcia.

Zapisując się na ten bieg głównym powodem był oczywiście udział w maratonie i podjęcie kolejnej próby pokonania magicznego dystansu w jakże egzotycznych warunkach. Ponadto była to doskonała okazja do połączenia w jedną całość moich trzech pasji: fotografii, podróży i sportu. Z dzisiejszego punktu widzenia maraton okazał się tylko jednym z elementów tej jakże niecodziennej wyprawy.

Miejsce w którym już po raz 12 zorganizowano bieg to tereny położone w południowo zachodniej części Algerii w prowincji Tindouf (w tym, że jest to miejsce egzotyczne utwierdził mnie sprzedawca w sklepie wolnocłowym na lotnisku w Madrycie nie ukrywając zdziwienia na widok mojej karty pokładowej – gdzie to do cholery jest?). To obszar na który składa się kila obozów dla uchodźców (łącznie ok. 250tysięcy osób) z okupowanego przez Maroko terytorium Sahary Zachodniej. Obywatele Demokratycznej Arabskiej Republiki Sahrawi osiedlili się w tym miejscu ponad 30 lat temu w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi po wygnaniu ich z obszarów na których mieszkali od pokoleń. Dzisiaj mają swojego prezydenta, rząd, parlament i … niewiele więcej.

My zostaliśmy zakwaterowani w największym obozie Smara, w domach i namiotach miejscowych rodzin. Było to o tyle naturalne, że o jakichkolwiek hotelach czy pensjonatach nikt tam nawet nie słyszał. Nasz domek (dostałem „przydział” z 3 kolegami z Rumunii) jak i wszystkie pozostałe oczywiście nie wiele miał wspólnego z wyobrażeniem nt nieruchomości w Europie. Była to jednoizbowa budowla z piaskowych cegieł z kilkoma otworami okiennymi zabitymi blachą, niezamykającymi się drzwiami i dachosufitem z blachy falistej. Ponieważ dom posiadał wiele nieszczelności ☺ pustynne noce okazały się trudniejsze niż przypuszczałem z uwagi na bardzo niskie temperatury.

Oczywiście o prądzie i bieżącej wodzie nie było mowy. Jednak pomimo tych prostych warunków było doskonale. Rodziny u których mieszkaliśmy starały się jak tylko mogły abyśmy czuli się jak „u siebie w domu”, a trzeba przyznać, że na środku pustyni nie jest to łatwe. Mam ogromny szacunek dla tych wszystkich mieszkańców Smary, dla których byliśmy po prostu bohaterami biegnącymi przez pustynie, a o tym, że setki tysięcy kilometrów kwadratowych pisku nie są łatwe do funkcjonowania i przeżycia to oni wiedzieli najlepiej. Nasza gospodyni dbała o nas lepiej niż o swoich bliskich starając się przygotowywać nam możliwie najbardziej wykwintne i energetyczne posiłki, na które najczęściej składał się ryż, kuskus lub makaron z warzywami i odrobina mięsa np. z wielbłąda (lokalny przysmak – z uwagi na cenę rzadko pojawiający się na miejscowych stołach) lub kurczaka. Także pomimo spartańskich warunków nie mogliśmy narzekać. Na szczęście zachowanie, wymaganej na takich wyjazdach, minimum ostrożności (woda do picia tylko z butelek) pozwoliło uniknąć jakichkolwiek problemów żołądkowych.

I tak po dwóch dniach zwiedzania Smary, przesiadywania z tubylacami, oglądania parady z okazji święta narodowego i wypicia mnóstwa herbaty (najważniejszy rytuał w ciągu całego dnia, powtarzany wielokrotnie – pewnie z braku innych zajęć) doczekaliśmy do dnia maratonu.

Pobudka o 5:15, mycie zębów przy świetle z czołówki, kompletacja garderoby i w drogę na wspólne dla wszystkich maratończyków śniadanie w świetlicy kulturalnej w centrum Smary. Idąc wśród gwiazd napotkany patrol policyjny uznał, że jednak lepiej będzie nas podwieźć, tym samym po kilku minutach byliśmy na miejscu. Po śniadaniu (bagietki z dżemem) zapakowaliśmy się do dwóch autobusów (mój niestety nie miał wielkiej szyby z boku, więc było trochę zimno) i po około godzinie jadąc w konwoju policyjnym dojechaliśmy do miejsca startu – innego obozu o nazwie El Ayun. Po drodze powoli wschodziło słońce ukazując nam przerażające krajobrazy i obszary na których będziemy walczyć z przeciwnościami losu i swoimi słabościami.

W El Ayoun przywitały nas rzesze miejscowych kibiców zgromadzonych na dużym placu przed miejscową szkołą. Były też występy dzieciaków, przemówienia lokalnych władz i ministra sportu Saharawi. Słońce powoli odnajdywało swoją orbitę i miejsce nad horyzontem rozgrzewając masy otaczającego nas powietrza, a my odnajdowaliśmy tajemnicze miejsca, które nazywane były toaletami chociaż nie wiele wspólnego z nimi miały. Niemniej jednak, jak każdego maratończyka przed biegiem, dopadła i mnie konieczność pójścia na stronę, co w tym przypadku wiązało się przede wszystkim z przełamaniem oporów psychicznych – jednak natura zrobiła swoje i odprężony stanąłem na starcie – razem z pozostałymi uczestnikami 12 Sahara Marathon.

Pierwsze kilometry to bieg w grupie po ubitej drodze przez przedmieścia El Ayoun „obstawione” przez setki Arabskich kibiców wydających charakterystyczne dla tej grupy okrzyki wywoływane przez wpadający w drgania o wysokiej częstotliwości język.

Atmosfera była doskonała, wszyscy biegli podekscytowani, podziwiając kątem oka okolicę. Po wybiegnięciu za miasto stawka zaczęła się powoli rozciągać. Zmieniał się też zdecydowanie krajobraz i po 30 minutach powoli dookoła nie pozostało już nic oprócz piasku po linię horyzontu. Zmieniła się też nawierzchnia, niemniej jednak w dalszym ciągu był to dosyć ubity piasek poprzerywany łatami luźnego piachu, pokonywanie którego każdorazowo wybijało z rytmu. Temperatura oscylowała w okolicach 20 stopni, niemniej jednak dało się odczuć, że z minuty na minutę wzrasta. W takich okolicznościach pokonałem pierwsze 21km dobiegając do małej wioski, w której był zorganizowany start dla tych którzy wybrali dystans półmaratonu. Czas i odczucia jakie miałem na półmetku (trochę ponad 2h) teoretycznie pozwalały optymistycznie patrzeć na cały bieg – jak się później okazało tylko teoretycznie ☺

Dopiero mijając wioskę i 22km tak naprawdę rozpoczął się maraton. Nagle rozpoczęły się wysokie wydmy z luźnego piasku, słońce jakby przeskoczyło od razu kilka stopni na horyzoncie i zaczęło bezlitośnie prażyć w twarz (prawie cały dystans biegliśmy na południe – tym samym pod słońce). Stawka biegu była już na tyle rozciągnięta, że w zasadzie dookoła nie było nic i nikogo. Biegłem sam pośród niezliczonych wydm, kamieni, ogromnej ilości piasku – doskonałe miejsce i okazja na rozmyślania na tematy, na które zwykle brakuje czasu. Przyznam, że tak wszechogarniająca pustka w połączeniu z przerażającym krajobrazem, palącym słońcem i zmęczeniem organizmu robi duże wrażenie.

Od czasu do czasu pojawiał się jakiś samochód 4×4 asekurujący cały wyścig. Co ok. 3km były też punkty z wodą, daktylami i pomarańczami (całe szczęście nie musiałem jeść tych „przepysznych” żeli, które miałem ze sobą).

Niestety po pokonaniu kilku kolejnych wydm mój organizm powoli odmawiał posłuszeństwa – byłem coraz bardziej zmęczony a do pokonania było jeszcze wiele kilometrów. Większe wydmy pokonywałem z założenia wolnym krokiem oszczędzając energię, bardziej płaskie odcinki powyżej 30go km biegłem i maszerowałem na przemian – niestety nie miałem już siły cały czas biec nawet w wolnym tempie, które chwilami spadało powyżej 8min/km. Po drodze musiałem się również zatrzymać aby opróżnić z piasku moje buty. Oczywistym jest, że nie dało się ustrzec przed ziarnami piasku skutecznie raniącymi stopy i powodującymi dość duży dyskomfort w trakcie biegu.

Niemniej jednak po ponad 4 godzinach, po pokonaniu kolejnego wzniesienia, na horyzoncie ujrzałem charakterystyczne dla Smary maszty nadajników GSM. Niestety droga była tak poprowadzona, że przez następne kilkadziesiąt minut biegliśmy dookoła miasta z nadzieją wpatrując się w te maszty stanowiące drogowskaz do celu – mety zorganizowanej w samym centrum. Po drodze oczywiście wielokrotnie byłem zaczepiany przez miejscowych kibiców pytających z jakiego kraju jestem i pomimo tego, że Polska (byłem jedyny z PL) pewnie niewiele im mówi, okazywali swoją radość i entuzjazm co dodawało chociaż trochę energii i pozwalało pokonać kolejne metry w kierunku upragnionej mety, którą osiągnąłem po 5 godzinach i 1 minucie dobiegając jako 41 zawodnik (75 ukończyło) – ukończyłem maraton na Saharze!

Po przekroczeniu mety musiałem się chwilę zatrzymać i podeprzeć ponieważ traciłem przytomność a przed oczami miałem tylko czarną plamę – dobiegłem naprawdę zmęczony.

Podsumowując sam maraton przyznam, że trudno go porównać do innego biegu. Z uwagi na charakter i warunki jest nieporównywalny z maratonami ulicznymi tym samy trudno odnieść się do uzyskanego czasu. Ja przygotowywałem się dosyć solidnie przez ostatnie kilkanaście tygodni. Były to jednak treningi w zupełnie innych warunkach „drogowych” i pogodowych. Niemniej jednak uważam, że w zasadzie każdy kto już ukończył maraton może po odpowiedzialnym przygotowaniu wystartować w Sahara Marathon i jest w stanie dobiec do mety. Standardowo wszyscy potwierdzają, że należy dodać od 30 do 90 minut do swojego najlepszego wyniku (ja się zmieściłem w tych widełkach +57minut), tym samym jest to na pewno wyścig wymagający ale do pokonania.

Kolejne dni spędziłem na spacerach „po mieście”, robieniu zdjęć, dłuuugich rozmowach z tubylcami na temat ich sytuacji geopolitycznej, zwyczajów, zachowań itp. Wypiliśmy niezliczone ilości herbaty parzonej w tradycyjny arabski sposób, odwiedziłem szkołę, szpital, muzeum, centrum kultury…

Pobyt na terenie obozu dla uchodźców był dla mnie niesamowitym doświadczeniem, możliwością spojrzenia na problemy, o których wcześniej nie za bardzo miałem pojęcie, z zupełnie innego punktu widzenia. Fakt mieszkania razem z miejscowymi rodzinami, uczestnictwo w ich codziennych czynnościach, obrzędach pozwolił na poznanie w chociaż minimalnym stopniu innego świata i pomimo, iż wile miejsc na świecie już widziałem ten wyjazd pozostanie dla mnie wyjątkowy.

Sam maraton był tylko „pretekstem” do wyjazdu w ramach misji humanitarnej organizowanej przez Hiszpanów w ramach której uruchomione zostało kilka programów pomocy mających na celu ułatwienie życia mieszkańcom Saharawi. Nasz samolot na pokładzie miał wiele kartonów m.in. z wszelkiego rodzaju medykamentami, które zostały przekazane do miejscowego szpitala. Zostawiliśmy też tym ludziom nadzieję, że ktoś będzie o nich pamiętał i może przekaże wiadomość, że jest takie dziwne miejsce na ziemi, w którym też żyją ludzie mający swoje pragnienia, marzenia i wolę by kiedyś móc wrócić do swojej ojczyzny…

Krzysztof Stępień czas 5:01:04 miejsce 41/75

tutaj kilka fotek i krótka impresja filmowa.

3 Responses to “Sahara Marathon 2012”

  1. rn pisze:

    Jeszcze raz wielkie gratulacje !!!!. wysoko podniosłeś poprzeczkę :)

  2. Kris pisze:

    Nie ukrywam, ze zaskoczyles mnie po raz kolejny. Pierwszy gdy poprosiles o reke mojej siostry ;), a drugi gdy podjales wyzwanie zrobienia pierwszego triathlonu. Wiedzialem ze przygotowania do triathlonu beda nowym dla Ciebie rozdzialem, ale nie podejrzewalem ze po nim przyjda kolejne i to w takiej ilosci. Najwyrazniej zapowiada sie na wielotomowe dzielo. Ogromne gratulacje! Hurpa!

  3. przemo pisze:

    Krzysiek stajesz się zawodnikiem od zadań specjalnych, a raczej od imprez ekstremalnych. gratulacje Hurpa!

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com