Everest Marathon 2013

By , 6 czerwca 2013 19:23

Udało się – zacznę nietypowo od końca – dotarłem na lotnisko w Kathmandu. Tak nie pomyliłem się, nie chodzi mi o przekroczenie mety maratonu ale dotrwanie do końca tej niesamowitej imprezy, która nie miała zbyt wiele wspólnego z zawodami, w których miałem okazję dotychczas uczestniczyć. Często mówi się, że maraton zaczyna się na 30tym kilometrze – Everest Marathon zaczyna się 60km przed linią startu i kończy dwa dni po przekroczeniu mety – ale od początku.

Lot z Poznania do Katmandu przebiegł standardowo, oczywiście z uwagi na czas podróży (24h) na miejscu wylądowaliśmy dość zmaltretowani ale ponieważ był już wieczór szybko wtargnęliśmy do naszego pokoju i poszliśmy spać. Pierwszy dzień był dniem organizacyjnym, otrzymaliśmy wszystkie materiały dot. wyprawy, zostaliśmy podzieleni na 4 grupy po ok. 20 osób i zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę po stolicy Nepalu, która poza ciekawym centrum historycznym nie budziła mojego zachwytu – wyglądała jak dziesiątki podobnych miast w tej części świata – zgiełk, brud, hałas, ogólny nieład etc. Niemniej jednak zamiłowanie do Azji pozwoliło mi w pełni rozkoszować się tym egzotycznym jak dla Europejczyka krajobrazem.

Tak więc w bardzo radosnych nastrojach poszliśmy spać aby o 4:30am wstać i wyruszyć na przygodę życia.

Krajowe lotnisko w Kathmandu robi wrażenie bynajmniej nie liczbą startujących odrzutowców ale liczbą małp przechadzających się po placu manewrowym dla samolotów. Poza tym jest to miejsce przypominające dworzec autobusowy z okresu głębokiego PRLu. Niemniej jednak po kilkukrotnej kontroli, ważeniu bagażu (mieliśmy limit 15+5kg) i odebraniu karty pokładowej znaleźliśmy się na pokładzie pierwszego w tym dniu 20 osobowego samolotu do Lukli. Krótki 40 minutowy lot upłynął spokojnie chociaż w ogromnym huku, z uwagi na fakt, że ów samolot bardzo dobrze wkomponywał się w krajobraz samego lotniska i niczym jemu nie ustępował zarówno pod względem stanu technicznego, hałasu jak i czystości. Miła stewardesa rozdała każdemu watę do uszu i cukierka, który miał chyba odwrócić naszą uwagę od stanu latającej „puszki” w której nas zamknięto.

Po trzech kwadransach przez kokpit pilota ukazał się „zawieszony” na skarpie pas lotniska w Lukli (w 2010 roku lotnisko zostało uznane za najbardziej niebezpieczne na świecie). Mając świadomość, że nieuchronnie zbliżamy się do końca podróży wszyscy w skupieniu i z zaciśniętymi zębami obserwowaliśmy pilota próbującego celnie nakierować samolot na skierowany pod dość dużym kątem bardzo krótki pas startowy rozpoczynający się od przepaści a kończący pionową ścianą góry. Połączenie dobrej pogody i umiejętności pilota przyniosły owoc w postaci szczęśliwego lądowania na najwyżej położonym lotnisku w Himalajach – 2.900mnpm.

Po kilkugodzinnym oczekiwaniu na resztę biegaczy i bagaży ruszyliśmy całą naszą grupą na pierwszy etap trekkingu będącego częścią Everest Marathon’u.

Nasza 20 osobowa grupa wspierana była przez 40 Nepalczyków odpowiedzialnych za bezpieczne i w miarę możliwości wygodne przetrwanie całej wyprawy. Byli wśród nich: przewodnik, lekarze, kucharz, obsługa „techniczna”, tragarze i poganiacze jaków oraz same jaki.

I w takim towarzystwie pokonywaliśmy kolejne kilometry przemieszczając się w kierunku Everest Base Camp, gdzie umiejscowiony był start maratonu.

Z uwagi na fakt, że znajdowaliśmy się w Himalajach, cały trekking prowadzony był zgodnie z zasadami obowiązującymi przy przebywaniu na dużych wysokościach, co wiązało się ze stosunkowo wolnym pokonywaniem przewyższeń w taki sposób aby kolejne noclegi nie przekraczały różnicy 400-500m. Dodatkowo mieliśmy trzy razy tzw. postoje aklimatyzacyjne podczas których wchodziliśmy na wyższe wysokości aby następnie z powrotem wrócić na noc do obozu położonego kilkaset metrów niżej.

Pomimo ogromnej troski ze strony bardzo życzliwych nam Nepalczyków, warunki obozowania były dość ciężkie (oczywiście jak na takich mieszczuchów jak my). Noclegi w namiotach, jedzenie mało zróżnicowane i ubogie w świeże warzywa i mięso, duża wilgotność powietrza, zmieniająca się pogoda, brak prądu, wody, toalet itp – wszystko to powodowało, że z dnia na dzień pomimo, iż trasa trekkingu wiodła przez zapierające dech w piersiach okolice, czuliśmy się coraz bardziej zmęczeni. Z upływem dni pojawiały się też różnego rodzaju przypadłości wynikające z osłabienia organizmu. Dodatkowym elementem, istotnie wpływającym na naszą fizyczność i psychikę była wysokość. W miarę pokonywania kolejnych setek metrów pojawiały się objawy choroby wysokościowej takie jak: drętwienie rąk i nóg, ból głowy, brak apetytu, częste oddawanie moczu (w nocy), częste budzenie się z powodu braku możliwości zaczerpnięcia odpowiedniej ilości tlenu. W zasadzie mogę powiedzieć, że nikt z naszej grupy nie przespał ani jednej nocy podczas całego trekkingu. Brak tlenu powodował wieczne przerywanie snu któremu towarzyszyło przedziwne uczucie braku możliwości oddychania. Ponadto powyżej 4,5tys. metrów każde zbyt szybkie podejście pod nawet  najmniejszy pagórek kończyło się koniecznością natychmiastowego zatrzymania w celu uspokojenia oddechu i umożliwienia zaczerpnięcia chociaż trochę powietrza ubogiego w tlen. Niemniej jednak pomimo tych dosyć ciężkich warunków było wspaniale. Nieziemskie widoki, które wraz z wysokością stawy się coraz bardziej księżycowe osiągając punkt kulminacji w Everest BC, w całości rekompensowały trud wyprawy. Ponadto byliśmy jednak (w zdecydowanej większości) przygotowani do wysiłku, więc nie było mowy o zakwasach, urazach, kontuzjach itp. – dokuczało jedynie ogólne zmęczenie organizmu.

Podczas trekkingu było wiele momentów, które zapewne pozostaną całe życie w mojej pamięci, cudowne krajobrazy, ciągle mijane na szlaku jaki, pierwsze spojrzenie na Mt Everest, Lhotse, pomniki poświęcone ofiarom gór, flagi modlitewne opasające całe Himalaje, zdobycie Kala Pattar (5.643mnpm) skąd widok na Everest, Lhotse i Nuptse dosłownie powala człowieka wywołując ogromne wzruszenie i łzy w oczach. Wszystko to sprawiało, że z dużą determinacją szliśmy na linię startu (ostatecznie na start nie dotarło ok. 15% z wszystkich uczestników).

Po 12 dniach w nieprzychylnej nam pogodzie, przy padającym deszczu, „przeciskając się” przez chmury dotarliśmy do Everest Base Camp (5.364mnpm). Jest to w zasadzie bardzo prymitywne „pole namiotowe” usytuowane na ciągle poruszającym się lodowcu – ostatnie miejsce gdzie można dojść bez użycia specjalistycznego sprzętu wspinaczkowego, dalej już są tylko kolejne cztery obozy prowadzące wprost na dach świata.

Dwudniowy pobyt w Everest BC był przeżyciem trudnym do opisania, jest to miejsce z jednej strony bardzo tajemnicze, odosobnione, o księżycowym krajobrazie bardzo nieprzyjaznym człowiekowi, z drugiej strony miejsce w którym wszyscy się w jakiś sposób martwią o wszystkich zdając sobie sprawę, jak istotną sprawą jest możliwość liczenia na pomoc innego człowieka w sytuacji kryzysowej o którą w wysokich górach bardzo łatwo.

Majowe noce w EBC nie należą do najchłodniejszych, niemniej jednak temperatura spada do ok. 5-10 stopni poniżej zera, powodując urocze oszronienie wszystkich rozbitych namiotów. Poruszanie się po bazie wymaga dużej koncentracji z uwagi na fakt iż podłoże stanowi lód pokryty sypkim żwirkiem, co bardzo ułatwia wywinięcie klasycznego orła. Ponadto zarówno wysokość jak i ukształtowanie terenu wymusza osiąganie prędkości porównywalnych z tymi które w standardzie zarezerwowane są dla ślimaków. Na szczęście pierwszy ranek w EBC powitał nas powoli wyłaniającym się słońcem, co sprawiło, że po skromnym śniadaniu mieliśmy klasyczną „lampę” wymuszającą wysmarowanie wszystkich wystających części ciała kremem z dużym filtrem oraz szczelne przyłożenie okularów lodowcowych do oczu. Dzień spędziliśmy na spacerze i „próbnym” starcie na potrzeby nepalskiej TV – cały Nepal żyje maratonem. Niestety popołudnie dla mnie nie było już tak przyjazne – przeleżałem w namiocie z powodu udaru słonecznego (za późno się nasmarowałem) co w połączeniu z grypą sprzed 3ech dni oraz zapaleniem pęcherza na trasie biegu odbiło się na ogólnej formie mojego organizmu.

Niemniej jednak nastała ostatnia noc w EBC i o godz. 7 rano, po skonsumowaniu tradycyjnie podawanej tutaj wstrętnej owsianki i dwóch tostach z dżemem, wszyscy zameldowaliśmy się na środku lodowca – na linii startu 11go Everest Marathon’u.

Trasa biegu była nam „dobrze” znana, ponieważ to właśnie nią w dużej części pokonaliśmy wspinając się do EBC. Niemniej jednak zupełnie inaczej to wszystko wygląda podczas trekkingu a inaczej podczas biegu. Pierwsze kilometry pokonałem razem z Tomkiem bardzo ostrożnie, wręcz asekuracyjnie, miałem bowiem świadomość, że wysokość, brak tlenu w połączeniu z bardzo kamienistą ścieżką po lodowcu może okazać się zgubna w przypadku zbyt dużej fantazji. Druga dziesiątka była chyba najprzyjemniejsza, zmęczenie jeszcze nie dawało się za bardzo odczuć, trasa trochę się „wyprostowała”, spadła wysokość, nie było wielu podbiegów, intensywność przechadzających się po wąskich ścieżkach jaków również spadła udrażniając trasę – ruch nie był wstrzymany :-)

Tuż przed połową dystansu był 3km podbieg, który pomimo iż nie był bardzo stromy to znajdował się powyżej 4tys mnpm i dał mocno się we znaki. I jak dla mnie był to ostatni odcinek, który pokonałem czując zapas energii. Szybko za połową dystansu okazało się, że pomimo dosyć dobrego (jak na mnie) przygotowania biegowego (przez ostatnie 5 miesięcy przygotowywałem się pod okiem Huberta – trenera triathlonu, który opracowywał mi plany treningowe na poszczególne tygodnie), mój organizm był za bardzo osłabiony, niedawna grypa, lekki udar i nagłe zapalenie układu moczowego spowodowało, że ostatnie 20km pokonałem samotnie (Tomek poleciał przodem) zatrzymując się co kilkanaście minut i wyjąc z bólu podczas każdorazowo nieudanej próby „wysikania” się pobliskie krzaki. Dodatkowo psychiczna blokada spowodowała ograniczenie w przyjmowaniu płynów i przygotowanych batonów. W połączeniu z dwoma długimi i stromymi podbiegami po 30tym kilometrze (ponad 500m w pionie każdy) spowodowało to duże spustoszenie w moim organizmie. Na metę w Namche Bazaar (3.500mnpm) otoczoną chmurą, w deszczu dotarłem po 9 godzinach i 5 minutach czując przeogromną radość z pokonania najwyżej położonego na świecie maratonu, niemniej jednak pozbawiony całkowicie siły i jakiejkolwiek energii – jeszcze nigdy nie byłem tak wycieńczony, tak wzruszony i tak zadowolony po dotarciu do mety.

Tak jak wspominałem na początku Everest Marathon ani nie zaczyna się na starcie ani nie kończy się na mecie. Następnego dnia rano, po nocy w schronisku (niestety z powodu wymianu agregatu w wiosce nie było wody, więc nie było szansy na prysznic, który ostatnio brałem 10 dni temu) ruszyliśmy w dwudniową drogę do Lukli aby złapać samolot do Kathmandu. Niestety w Lukli okazało się, że zmiana pogody uniemożliwia jakiekolwiek lądowania samolotów, tym samym oczekując na poprawę pogody szlajaliśmy się po wiosce. Przy okazji spędziliśmy kilka miłych chwil pijąc piwo z Moniką Witkowską, która jako 10ta Polka w historii właśnie wracała ze szczytu Mt Everest – jak słucha się takich relacji na żywo to naprawdę ciarki przechodzą po plecach – jak Ci ludzie to robią…

Trzeciego dnia rano udało nam się dostać starym 24 osobowym, całkowicie rozklekotanym, rosyjskim śmigłowcem, który ewakuował nas do najbliższej wioski ok. 1000m niżej gdzie była już droga i skąd udało się nam pick up’em dotrzeć po kolejnych 7 godzinach do Kathmandu. Po drodze napotkaliśmy na nepalskie zamieszki pomiędzy partiami politycznymi, które skutecznie zablokowały jedyną drogę. Po krótkim rozeznaniu tematu okazało się, że szansa na przedostanie się w tym dniu jest mała – był to dla nas duży problem ponieważ już straciliśmy dwa dni w Lukli a następnego dnia mieliśmy lot do PL. Fiaskiem zakończyły się też negocjacje z policją i prośby o eskortę. Dopiero jak zacząłem robić zdjęcia moim Nikosiem (wg kumpli The bigest camera in the world) zwróciłem uwagę pewnego gościa, któremu powiedzieliśmy że jesteśmy dziennikarzami z Polski i musimy się przedostać dzisiaj do Kathmandu. Okazało się, że to miejscowy jurnalista, który wyjął swoją legitymację prasową, usiadł koło naszego kierowcy (ja z Tomkiem wylądowaliśmy na pace) i machając przez okno, pokrzykując coś do swoich współobywateli przeprowadził nas przez demonstrację – co skutecznie pozwoliło nam dotrzeć po południu do Kathmandu gdzie po długo wyczekiwanej kąpieli poszliśmy na zorganizowany dla wszystkich uczestników bankiet, który zakończył się nad ranem wizytą w hotelowym basenie…

Tak więc udało się – dotarłem na start, dotarłem na metę, dotarłem na samolot do domu. Pokonałem kolejną barierę dla swojego organizmu, spędziłem cudowne aczkolwiek wyczerpujące trzy tygodnie, zobaczyłem najpiękniejsze widoki na świecie, spotkałem ciekawych ludzi, wiele razy się wzruszałem, wiele razy byłem zły, że nie wszystko idzie tak jakbym chciał. Ale było po prostu obłędnie – życzę każdemu, żeby coś takiego przeżył chociaż raz w życiu, pomimo tego, że wymaga to wielu wyrzeczeń, godzin przygotowania, ustępstw i wiele wyrozumiałości ze strony rodziny za co jestem ogromnie wdzięczny.

I jeszcze jedna istotna sprawa trzy tygodnie przez 24h razem w jednym namiocie, norze-pokoju, samolocie, na pace, przy stole na śniadaniu, lunchu, kolacji itp – nie łatwa sprawa. Ja miałem szczęście cały ten czas spędziłem razem z Tomkiem, który okazał się super kompanem do tego typu wypraw, z którym rozumieliśmy się bez słów – dzięki Tomasz.

Pozdrawiam ks

Trochę statystyki:

dystans: ok.43km

l.odbierających pakiet startowy ok. 150

l.startujących: 136

l.na mecie: 134 w tym ok 50 Nepalczyków (osobna kategoria)

Najlepszy czas Nepalczyka: 3:59

Najlepszy czas obcokrajowca:  6:19

Tomasz Owczarski 8:35 (miejsce 77 ogólnie; 32 wśród obcokrajowców)

Krzysztof Stępień 9:05 (miejsce 89 ogólnie; 43 wśród obcokrajowców)

trochę fotek tu (opisy w przygotowaniu)

4 Responses to “Everest Marathon 2013”

  1. Kris pisze:

    Wow! Fantastyczne osiagniecie, przygoda, wyprawa, miejsce, zdjecia!
    Jestem pewien ze Twoja relacja stanie sie inspiracja dla innych.
    Ogromne gratulacje dla Ciebie i Tomka!
    Do zobaczenia na Poznan Triathlon!
    Jak bedzie Wam brakowac gorskich widokow i biegania po gorach zapraszam do mnie.
    Hurpa!

  2. Marlon pisze:

    Czesc Krzysiek,
    Mega wyprawa :) Jestem pod ogromnym wrazeniem.
    Gratuluje ukonczenia kolejnego ”maratonu”.
    Dzieki za szczegolowe sprawozdanie ktore okresami brzmi dramatycznie. Ciesze sie ze wrociles w jednym kawalku. Super zdjecia.
    Hurpa :)

  3. przemo pisze:

    Jeszcze raz Krzysiek ogromne gratulacje. Jestem pełen podziwu całej wyprawy i oczywiście ukończenia mega maratonu. Patrząc na katering przygotowany przez organizatora na pewno nie było łatwo. Do zobaczenia w Poznaniu i dalej w SUI

    HURPA!

  4. ks pisze:

    Chłopaki, dzięki za słowa uznania – było wybornie – mam nadzieję, że uda się coś podobnego powtórzyć kiedyś wspólnie.
    A póki co do zobaczenia w Poznaniu – metę już zorganizowałem :-)

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com