Patagonian Marathon 2014

By , 9 października 2014 10:18

Już ponad trzynaście godzin w samolocie z Frankfurtu, zaraz mamy lądować w Buenos Aires ale z głośników rozlega się głos kapitana informującego, że właśnie skręcamy i lecimy do Montevideo w Urugwaju z powodu mgły w boskim Buenos. No cóż – byłem kiedyś w Paragwaju ale nie zachwyciło mnie, może w Urugwaju będzie fajniej. Problem tylko w tym, że za 7 godzin mamy kolejny samolot (na oddzielnej rezerwacji więc nikt nie będzie na nas czekał) z oddalonego o 40km innego lotniska do El Calafate na południu Argentyny.

Spokojnie lądujemy w Montevideo – ponieważ prognozy są optymistyczne przez kolejne trzy godziny siedzimy w samolocie na lotnisku w oczekiwaniu na komunikat, który się w końcu pojawia – lecimy dalej. Po kolejnej (osiemnastej) godzinie lądujemy bezpiecznie w Buenos. Szybko przechodzimy kontrolę graniczną, odbieramy plecaki i taksówką zasuwamy na przeciwległą stronę miasta aby lecieć dalej- niestety nie mamy czasu nawet na krótkie tango w Buenos. Rzutem na taśmę się odprawiamy i siadamy w kolejnym samolocie aby po następnych 3,5 godzinach lądować 3 tyś. km „niżej” w argentyńskim El Calafate – bramie do lodowców Patagonii.

Już z samolotu widać, że ta kraina powinna nas oczarować, góry, jeziora, rozległe pastwiska, całkowity brak jakichkolwiek miast, wsi, dróg itp. – zapowiada się naprawdę dobrze.

Samo lotnisko (małe ale b.nowoczesne) położone bezpośrednio nad największym w Argentynie jeziorem Argentino robi wrażenie. Już idąc rękawem podziwiamy przepiękny widok na jezioro i ośnieżone Andy.

Hotel, który mamy na najbliższe trzy dni położony jest na wzgórzu z bezpośrednim widokiem na jezioro, po którym pływają samotne góry lodowe, będące zapowiedzią niezliczonej masy lodu, którą zobaczymy w ciągu następnych dni.

Od razu organizujemy wyjazd wraz z trekkingiem na lodowiec Perito Moreno – tak na wszelki wypadek, żeby nie okazało się np. że jest za dużo chętnych albo lodowiec stopniał. Na szczęście jesteśmy w off season i turystów praktycznie brak co stanowi solidną podstawę do zadowolenia ☺

Następnego ranka po pokonaniu 70km stajemy na tarasie przed czołem lodowca i … stoimy tak z rozdziabionymi gębami długie chwile. To co widzimy jest po prostu niesamowite, oczarowujące, wprost nie do uwierzenia, warte przezwyciężenia trudów każdej podróży. Masy lodu spływające z gór o wysokości ponad 70m powodują dreszcze na skórze i debilne latanie w tę i we tę, żeby zobaczyć lodowiec z każdej strony i zrobić kolejne zdjęcie. Jest to dopiero preludium do naszej „epoki lodowcowej”.

Małym stateczkiem przedostajemy się na drugą stroną jeziora bezpośrednio pod czoło lodu. Po godzinnym marszu w górę (razem z przewodnikiem) docieramy do „leśnej bazy” gdzie zakładamy na buty raki i uprząż alpinistyczną (bynajmniej nie będziemy się nigdzie wspinać – jest to tylko ułatwienie na wypadek gdyby jakiś delikwent wpadł w lodową szczelinę i trzeba by go jakoś z niej wyłuskać). Wchodzimy na lodowiec! Pokonując różnego rodzaju przeszkody, oczka wodne, szpary, zaglądając w różne dziury maszerujemy gęsiego przez ponad 4 godziny oglądając z bliska to w co cały czas nie do końca wierzymy – jest obłędnie.

Niestety wszystko co fajne się kończy. Następny dzień spędzamy w El Calafate (przy okazji odkrywam, że w Argentynie wcale nie jest tak drogo – są tylko dwa kursy dolara, oficjalny i czarnorynkowy – dwa razy wyższy) snując się po okolicy, podglądając mnóstwo różnych ptaków i podziwiając otaczające krajobrazy.

Kolejnego ranka wsiadamy w autobus do Chile i po 6 godzinach podróży po całkowitym odludziu (po drodze mijamy dosłownie kilka samochodów) „lądujemy” w chilijskim Puerto Natales. Kolacja, nocleg i następny autobus do Parku Narodowego Torres del Paine – droga zachwyca widokami gór, jezior, pagórków, lam, strusi, kondorów…

Wysiadamy „na pętli” skąd mamy ok. 20km marszu szutrową drogą do hotelu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy jakiegoś pick up’a i bez problemów dojeżdżamy do hotelu. I tu znów rozdziabione gęby na naszych twarzach – z tarasu jak również okien naszego pokoju, wylegując się z brzuchem do góry obserwujemy masyw Torres del Paine, wypełnione całą masą lodowych gór jezioro Grey i lodowiec – naprawdę nie możemy uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Nakładamy czapki i w drogę na kilkugodzinny spacer brzegiem jeziora „pomiędzy lodowymi skałami”.

Kolejne dni spędzamy na trekkingach po okolicy, wspinamy się na okoliczne góry, zdobywamy „podstawę” Torres del Paine. W międzyczasie zmieniamy hotel, który położony jest w równie malowniczym miejscu, otoczony meandrami rzeki, jeziorami, górami… Jest po prostu bajecznie, mamy dużo szczęścia – piękna pogoda i baaardzo mało turystów, ponadto jest to jedno z najmniej skomercjalizowanych turystycznych miejsc w jakich byłem na świecie- widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Wspaniała podróż, która niestety się kończy i zmusza do pokonania drogi powrotnej do Poznania wg tej samej marszruty co zajmuje nam cztery dni.

A cha i jeszcze jedno… w międzyczasie będąc w parku Torres del Paine biegniemy maraton ☺

Pogoda jest piękna – kilka stopni Celsjusza, słońce, tylko okropnie wieje nie zawsze w plecy– w porywach 70-80km/h. Trasę biegu już znamy, pokonaliśmy ją podróżując po parku – jest zachwycająca, w mojej opinii jeden z najpiękniejszy maratonów na świecie (osobiście nr 1 ex aequo z Everestem). Oczywiście jak na bieg górski trasa prowadzi po górach (plus 1.200m minus 1.100) – jest trudna ale nie zabójcza. Pierwszą połówkę pokonuję w miarę swobodnie w 2h i 15minut, druga trudniejsza (mocno w górę) zajmuje mi trochę ponad 2,5h. Dobiegam do mety po 4:53h – jestem 95 na 163 startujących w maratonie, zmęczony ale niesamowicie zadowolony, generalnie bez żadnych problemów, kontuzji, ponadprzeciętnego bólu. W trakcie biegu trudno skupić się na rywalizacji i biegu, oczy cięgle latają dookoła głowy nie mogąc nadążyć z przekazaniem wszystkich danych do mózgu, jeszcze długo po przekroczeniu mety wyobraźnia ciągle projektuje mi krajobrazy z trasy. Po drodze nie było żadnych kibiców, co w ogóle nie przeszkadzało (ostatnio się do tego przyzwyczaiłem ☺) jedynie stada lam i latające nad głowami kondory przyglądały nam się uważnie pewnie nie mogąc się nadziwić o co tym ludziom chodzi, żeby tak biegać bez większego celu…

Tomek ukończył bieg w 5:13 i dobiegł do mety równie rozentuzjazmowany jak ja co wieczorem uczciliśmy zimnym piwem.

Udało się ☺ – wspaniała wyprawa, super maraton, piąty kontynent – uwielbiam to…

ks

Trochę zdjęć tutaj

4 Responses to “Patagonian Marathon 2014”

  1. stasiu pisze:

    Zięciu, zdjęcia piękne, zachwycają, co też natura potrafi wyrzeźbić. Gratuluję ukończenia maratonu!

  2. stasiu pisze:

    Zięciu, pewnie Staszek by sie ze mną zgodził , nie zmieniłam nazwy użytkownika , ale niech tak zostanie, lepiej się z tym czuje, Marysia

  3. Kris pisze:

    Fajnie, ze przebiegniecie maratonu to juz przy okazji.
    Gratulacje! Trzymam kciuki za dwa kolejne…
    Cos tak czuje ze te maratony na kazdym kontynencie to tylko rogrzewka!? ;)
    Hurpa,
    K

  4. FD pisze:

    Gratulacje za kolejny kontynent ! Rozumiem że marathon zaczyna być tylko pretekstem ;-) i masz racie !
    Twoje słowa mi przypominają mój podróż w Argentynie dawno temu, ten najpiękniejszy który zrobiłem.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com