HurpaBulls Etap 2

By , 31 maja 2015 20:15

Z Toledo na camping do parku narodowego De Cabaneros. 125km po pustych wymarzonych dla rowerzystów drogach. Teraz jest jasne dlaczego Hiszpania jest mekką dla kolarzy.

image

Wszyscy zadowoleni i coraz bardziej opaleni. Jedyna kontuzja do tej pory jest obolała lewa łydka naszego serwis man’a Godika. Zbyt często musi wciskać sprzęgło.

Z ogromna przyjemnością oznajmiamy, iż Mathew O’Connell (Matt) został jednogłośnie przyjęty do klubu HURPAGUNS. Matt pochodzi z Liverpool i aktualnieimage zamieszkuje w Zürich, Szwajcaria.

Pozdrowienia dla HURPA funs!

image

HurpaBulls Etap1

By , 30 maja 2015 21:46

Na początek delikatnie ponad 100km z Madrytu do Toledo. Madryt imponujący, Toledo przepiękne. Dużo przygód po drodze. Jest super!

Z wielka przyjemnością informujemy iż Kacper Chudzikiewicz ksywa Chudzik jednomyślna decyzja Hurpaguns został przyjęty do klubu.

 

image

3 Kołobrzeg Maraton 2015

By , 5 maja 2015 20:11

grape_49 (640x411)1. Czym się różni Kołobrzeg Maraton od innych?
Tym, że powstał dzięki ludziom znających i kochających ten sport. To widać i czuć!
Z daleka od komercji, w przyjaznym kameralnym gronie i w pięknych okolicznościach polskiego Bałtyku.
Super organizacja, piękna trasa, wspaniała atmosfera, pakiet startowy, imponujący medal, obsługa, masaże i gastronomia na mecie  – wszystko zaplanowane w najdrobniejszym szczegółe i z wielkim sercem. I love KG-Mara!

2. Najważniejsze wydarzania tegorocznej edycji?
– Debiut na imprezie KG Kids-Mara: Kseni Kuczery, Hani Chudzikiewicz i Poli Tomczak w kategorii do lat 5-ciu.
– 1-sze miejsce Kseni Kuczery na dystansie 420m. Brawo Ksenia!
– Debiut Kacpra Chudzikiewicz na pełnym dystansie 42.2km.

3. Kacper Chudzikiewicz – ksywa Chudzik.
Kacper od kilkunastu miesięcy, z wielką pasją uprawia poszczególne dyscypliny triathlonu, jak i sam triathlon. Po startach w półmaratonie, tym razem pod wpływem spontanicznej decyzji na dzień przed zawodami, Chudzik przebiegł maraton. Fantastyczny wyczyn! Jego radość udało się uwiecznić na zdjęciu! :)

Kacper wyraził chęć przyłaczenia się do klubu Hurpaguns, co zostało z dużym zadowoleniem przyjęte do wiadomości. Oficjalne głosowanie w tej sprawie, odbędzie się podczas walnego zgromadzenia klubu w Madrycie 29-tego maja w godzinach wieczornych. O wynikach poinformujemy na stronie. ;)

4. Refleksje.
Nie był to dla mnie najlepszy występ pod kątem uzyskanego czasu a włożonego wysiłku. Wiem jak „łatwy” i szybki może być maraton po odpowiednim przygotowaniu. Po KG-Mara wiem teraz również, jak ciężki i wolny może być po braku odpowiednich przygotowań.
Myślę, że wnioski pomogą mi w kolejnych edycjach.

5. Podziękowania.
Podziękowania dla organizatorów!
Podziękowania dla kibiców i wielbicieli Hurpaguns na mecie!
Szczególne podziękowania dla mojej mamy za asystę na trasie!

Hurpa! Wyniki Zdjęcia

Engadin Ski-Marathon 2015

By , 8 marca 2015 17:16

 

FullSizeRender3 (480x640)

Tydzień po Biegu Piastów, przyleciał Marlon i pojechaliśmy do Sankt Moritz.

Po całych 30 minutach pierwszego w tym sezonie treningu, Marlon stwierdził, że jest w pełni przygotowany do zawodów.
Udaliśmy się więc do LaPunt, gdzie pod dowództwem Ernsta przygotowaliśmy narty. Najpierw czyszczenie, potem dwa woski, przerwa, skrobanie, szczotkowanie wiertarką, proszek na przód narty, inny proszek na tył narty, polerka, nałożenie struktury, magiczny płyn, polerka. Trwało to około dwóch godzin, po których Ernst oświadczył, że narty są gotowe. Alleluja!

Później spaghetti i wino w towarzystwie Bea’y, Ernsta i jego znajomej. Pysznie!

Rano śniadanie i szybko na dedykowany na zawody pociąg do Sankt Moritz, a później autobusem do Maloji.

Byliśmy na miejscu 30min przed startem mojej grupy, także nie było czasu na głupoty. Szybkie zdjęcie do kronik Hurpaguns, zdanie ciuchów i biegiem na linie startu.

Nawet nie było tak zimno! Normalnie trzęsę się z zimna do samego strzału, w tym roku wyjątkowo mnie to ominęło – było ciepło.

Zmieniono procedurę startu – Tuż przed, zawodnicy ustawiają się w dedykowanych boksach. Na sygnał wybiega się z nartami w ręku na trasę, zakłada narty i heja…
Myślę, że mniej kolizyjne rozwiązanie niż w poprzednich latach. Niestety imponujący widok tysiąca par nart leżących, gotowych do startu to już niepowtarzalna historia.

Tuż po starcie, między trzecim a czwartym kilometrem widok para medyków robiących gościowi masaż serca. To zawszę daje do myślenia.

Warunki były wymarzone, najlepsze ze wszystkich moich startów – pełna lampa, twarda, szybka trasa i idealna temperatura.

Udało mi się również dojechać w rekordowym czasie – 2h35. Co prawda lokata dużo gorsza od roku 2011 (po którym zakwalikowałem się do ElityC), ale bieg super przyjemny, po którym zamiast zmęczenia, czułem się jak nowonarodzony.

Marlon stawił się na mecie trochę bardziej wyczerpany, ale mając na uwadze jego „30-minutowy program przygotowawczy” było to całkiem zrozumiałe. Byłem pełen podziwu, że mimo braku treningu jest w stanie: A) stanąć na starcie, B) dobiec do celu! Imponujące!

….i tak po raz kolejny zaczęła się wiosna.

Hurpa! Wyniki Zdjęcia

Ps. Dzięki Słonko za opiekę nad bąblami, podczas wypadu.

39. Bieg Piastów – 2015

By , 1 marca 2015 21:47

BiegPiastowOd kilku lat chciałem pobiec w Biegu Piastów i w tym roku się udało.

Zatrzymałem się w Szklarskiej na weekend i w niedzielę wystartowałem na 30km łyżwą.

Trasa bardzo fajna, biegnąca lasem i urozmaicona pod względem wysokości. Pierwsze kilometry to lekki podbieg, później góra/dół. Rzadko zdarzały sie zupelnie płaskie odcinki. Warunki ciężkie: silny wiatr i dużo starego głębokiego śniegu. Trasa nie była przejechana ratrakiem przed zawodami i na niektórych odcinkach biegło sie fatalnie. Narty, buty, kijki wypożyczyłem w Jakuszycach i czułem różnice podczas całego biegu – nie ma to jak własny sprawdzony sprzęt. Na dodatek byłem przeziębiony cały tydzień poprzedzający zawody i jedynym moim celem było ukończenie zawodów.
Było ciężko pod każdym względem, ale w drugiej cześci przyzwyczailem się do tempa i dojechałem do mety po 2h:05m.

To były moje pierwsze zawody od listopada 2013. Z wielu przyczyn w 2014 zaliczyłem tylko trzy DNS (did not start) i nic poza tym. Ponad rok przerwy! Musiałem odpuścic Engadin, połówkę IM w Poznaniu i Jungfrau marathon. Chciałem też wystartować w maratonie i triathlonie w Kołobrzegu. Niestety z planów nic nie wyszło, ale tym większą radość sprawiło mi ukończenie Biegu Piastów.

Hurpa!

Wyniki
Zdjęcia

biegPiastowWyniki

 

 

55926-BPN15-3537-30FT-000101-bpn15_21_s01_20150301_113801_1

HURPA bulls 2015

By , 11 stycznia 2015 14:00

HurpaBulls2
HURPA bulls Espania 2015 – czyli tydzień w siodle roweru szosowego w Hiszpanii.
trasa:
Madryt (MAD) – Malaga (AGP)
>650km
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=fwzpnkgodfkwgqsh
(ew. jak damy radę to zahaczymy o Gibraltar)

termin:
29 maj 2015 – 6 czerwiec 2015

Format: Rowery szosowe + bagażnik + dwie torby na tyle. Noclegi: kampingi – namioty.

Jak jesteś zainteresowany – daj nam znać. Więcej aktualnych informacji na f/hurpaguns.

Hurpa!

HURPA Carlo 2013:
http://www.hurpaguns.com/?m=201308
http://www.hurpaguns.com/?p=2338
http://www.hurpaguns.com/?p=2340
http://www.hurpaguns.com/?p=2358
http://www.hurpaguns.com/?p=2370
http://www.hurpaguns.com/?p=2378
http://www.hurpaguns.com/?p=2388
http://www.hurpaguns.com/?p=2393
http://www.hurpaguns.com/?p=2406
http://www.hurpaguns.com/?p=2409
http://www.hurpaguns.com/?p=2426

 

Hurpaguns na facebooku

By , 11 stycznia 2015 13:03

facebook_like_logo_1
Od wczoraj mamy też stronę na facebooku:
http://www.facebook.com/Hurpaguns

Poznań Maraton czyli kolejny debiut Fabiana

By , 12 października 2014 18:04

Październikowy poranek, obserwując ostatnie lata można powiedzieć, że jak zwykle ładna pogoda, wyjątkowo ciepło (15-17 stopni), największa coroczna impreza biegowa w Poznaniu – 15 Poznań Maraton.

21 kilometr mijają koleni zawodnicy, w tym zające na 4h, następnie 4:15, mijają długie minunuty -na horyzoncie majaczą baloniki na 4:30. Tuż przed nimi pojawia się debiutujący na królewskim dystansie Fabian, jest 5.340-ty. Nie jest specjalnie zmęczony, wręcz przeciwnie, ma dużo energii i woli dalszej rywalizacji. Pierwszą połowę pokonał w 2h i 13 minut – czyli zgodnie z planem, który przewidywał, że dalej będzie już tylko szybciej – pomimo tego, że trasa będzie zdecydowanie trudniejsza.

Jak mówił tak też zaczął robić. Mijają kolejne kilometry, pomimo paru długich podbiegów wyprzedza kolejnych zawodników – i żeby było jasne nie kilku czy kilkunastu kolejnych zawodników – wyprzedza kilkuset innych, którzy po prostu nie dają sobie rady z trudami drugiej połowy trasy.

Po drodze jak zawsze w Poznaniu – mnóstwo kibiców, przeróżne kapele – doskonała atmosfera, która zdecydowanie zachęca do biegania i rywalizacji. I tak jest przez kolejne kilometry.

Przy punkcie żywieniowym na 40tym km mały kryzys – ale i tak to nic w porównaniu z tym co przeżywają inni. Fabian ciągle wyprzedza, kolejni biegacze zostają w tyle. Na ostatnich dwóch kilometrach znów przyspiesza i wpada na metę po 4 godzinach i 24 minutach (drugą połowę pomimo zdecydowanie trudniejszej trasy biegnie szybciej) i ostatecznie jest 4.471-szym zawodnikiem.

Tym samym na ostatnich 21km wyprzedza prawie dziewięćset osób – niesamowity rezultat, który jest wynikiem dobrego przygotowania i przyjęcia zdecydowanie właściwej strategii na dzisiejszy dzień.

Skąd to wszystko wiem? Kupiłem sobie pakiet startowy i na 21km dołączyłem do Fabiana będąc jego zającem przez kolejne 2h i 11minut. Przyznam, że nigdy w życiu nie miałem okazji wyprzedzić tylu zawodników – Fabian ogromne brawa dla Ciebie za siłę i wolę walki – zrobiłeś to w wielkim stylu. Ogromne gratulacje za determinację, wytrzymałość i przyłączenie się do grona maratończyków. Po raz kolejny pokazałeś dzisiaj że stać Cię na wiele :-)

PS. Ten weekend był dla mnie wyjątkowy – miałem okazję bezpośrednio uczestniczyć w dwóch historycznych wydarzeniach:

  1. w sobotę na żywo oglądałem na stadionie narodowym zwycięstwo Polski nad Niemcami
  2. w niedzielę bezpośrednio przyglądałem się walce Fabiana, który we wspaniałym stylu dołączył do grona maratończyków.

Było wybornie!

ks

D’ESPAGNAC FABIAN 4:24:14 4.471/6.315

PS Chłopaki jakie plany na 2015? Może Challange Family?

Patagonian Marathon 2014

By , 9 października 2014 10:18

Już ponad trzynaście godzin w samolocie z Frankfurtu, zaraz mamy lądować w Buenos Aires ale z głośników rozlega się głos kapitana informującego, że właśnie skręcamy i lecimy do Montevideo w Urugwaju z powodu mgły w boskim Buenos. No cóż – byłem kiedyś w Paragwaju ale nie zachwyciło mnie, może w Urugwaju będzie fajniej. Problem tylko w tym, że za 7 godzin mamy kolejny samolot (na oddzielnej rezerwacji więc nikt nie będzie na nas czekał) z oddalonego o 40km innego lotniska do El Calafate na południu Argentyny.

Spokojnie lądujemy w Montevideo – ponieważ prognozy są optymistyczne przez kolejne trzy godziny siedzimy w samolocie na lotnisku w oczekiwaniu na komunikat, który się w końcu pojawia – lecimy dalej. Po kolejnej (osiemnastej) godzinie lądujemy bezpiecznie w Buenos. Szybko przechodzimy kontrolę graniczną, odbieramy plecaki i taksówką zasuwamy na przeciwległą stronę miasta aby lecieć dalej- niestety nie mamy czasu nawet na krótkie tango w Buenos. Rzutem na taśmę się odprawiamy i siadamy w kolejnym samolocie aby po następnych 3,5 godzinach lądować 3 tyś. km „niżej” w argentyńskim El Calafate – bramie do lodowców Patagonii.

Już z samolotu widać, że ta kraina powinna nas oczarować, góry, jeziora, rozległe pastwiska, całkowity brak jakichkolwiek miast, wsi, dróg itp. – zapowiada się naprawdę dobrze.

Samo lotnisko (małe ale b.nowoczesne) położone bezpośrednio nad największym w Argentynie jeziorem Argentino robi wrażenie. Już idąc rękawem podziwiamy przepiękny widok na jezioro i ośnieżone Andy.

Hotel, który mamy na najbliższe trzy dni położony jest na wzgórzu z bezpośrednim widokiem na jezioro, po którym pływają samotne góry lodowe, będące zapowiedzią niezliczonej masy lodu, którą zobaczymy w ciągu następnych dni.

Od razu organizujemy wyjazd wraz z trekkingiem na lodowiec Perito Moreno – tak na wszelki wypadek, żeby nie okazało się np. że jest za dużo chętnych albo lodowiec stopniał. Na szczęście jesteśmy w off season i turystów praktycznie brak co stanowi solidną podstawę do zadowolenia ☺

Następnego ranka po pokonaniu 70km stajemy na tarasie przed czołem lodowca i … stoimy tak z rozdziabionymi gębami długie chwile. To co widzimy jest po prostu niesamowite, oczarowujące, wprost nie do uwierzenia, warte przezwyciężenia trudów każdej podróży. Masy lodu spływające z gór o wysokości ponad 70m powodują dreszcze na skórze i debilne latanie w tę i we tę, żeby zobaczyć lodowiec z każdej strony i zrobić kolejne zdjęcie. Jest to dopiero preludium do naszej „epoki lodowcowej”.

Małym stateczkiem przedostajemy się na drugą stroną jeziora bezpośrednio pod czoło lodu. Po godzinnym marszu w górę (razem z przewodnikiem) docieramy do „leśnej bazy” gdzie zakładamy na buty raki i uprząż alpinistyczną (bynajmniej nie będziemy się nigdzie wspinać – jest to tylko ułatwienie na wypadek gdyby jakiś delikwent wpadł w lodową szczelinę i trzeba by go jakoś z niej wyłuskać). Wchodzimy na lodowiec! Pokonując różnego rodzaju przeszkody, oczka wodne, szpary, zaglądając w różne dziury maszerujemy gęsiego przez ponad 4 godziny oglądając z bliska to w co cały czas nie do końca wierzymy – jest obłędnie.

Niestety wszystko co fajne się kończy. Następny dzień spędzamy w El Calafate (przy okazji odkrywam, że w Argentynie wcale nie jest tak drogo – są tylko dwa kursy dolara, oficjalny i czarnorynkowy – dwa razy wyższy) snując się po okolicy, podglądając mnóstwo różnych ptaków i podziwiając otaczające krajobrazy.

Kolejnego ranka wsiadamy w autobus do Chile i po 6 godzinach podróży po całkowitym odludziu (po drodze mijamy dosłownie kilka samochodów) „lądujemy” w chilijskim Puerto Natales. Kolacja, nocleg i następny autobus do Parku Narodowego Torres del Paine – droga zachwyca widokami gór, jezior, pagórków, lam, strusi, kondorów…

Wysiadamy „na pętli” skąd mamy ok. 20km marszu szutrową drogą do hotelu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy jakiegoś pick up’a i bez problemów dojeżdżamy do hotelu. I tu znów rozdziabione gęby na naszych twarzach – z tarasu jak również okien naszego pokoju, wylegując się z brzuchem do góry obserwujemy masyw Torres del Paine, wypełnione całą masą lodowych gór jezioro Grey i lodowiec – naprawdę nie możemy uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Nakładamy czapki i w drogę na kilkugodzinny spacer brzegiem jeziora „pomiędzy lodowymi skałami”.

Kolejne dni spędzamy na trekkingach po okolicy, wspinamy się na okoliczne góry, zdobywamy „podstawę” Torres del Paine. W międzyczasie zmieniamy hotel, który położony jest w równie malowniczym miejscu, otoczony meandrami rzeki, jeziorami, górami… Jest po prostu bajecznie, mamy dużo szczęścia – piękna pogoda i baaardzo mało turystów, ponadto jest to jedno z najmniej skomercjalizowanych turystycznych miejsc w jakich byłem na świecie- widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Wspaniała podróż, która niestety się kończy i zmusza do pokonania drogi powrotnej do Poznania wg tej samej marszruty co zajmuje nam cztery dni.

A cha i jeszcze jedno… w międzyczasie będąc w parku Torres del Paine biegniemy maraton ☺

Pogoda jest piękna – kilka stopni Celsjusza, słońce, tylko okropnie wieje nie zawsze w plecy– w porywach 70-80km/h. Trasę biegu już znamy, pokonaliśmy ją podróżując po parku – jest zachwycająca, w mojej opinii jeden z najpiękniejszy maratonów na świecie (osobiście nr 1 ex aequo z Everestem). Oczywiście jak na bieg górski trasa prowadzi po górach (plus 1.200m minus 1.100) – jest trudna ale nie zabójcza. Pierwszą połówkę pokonuję w miarę swobodnie w 2h i 15minut, druga trudniejsza (mocno w górę) zajmuje mi trochę ponad 2,5h. Dobiegam do mety po 4:53h – jestem 95 na 163 startujących w maratonie, zmęczony ale niesamowicie zadowolony, generalnie bez żadnych problemów, kontuzji, ponadprzeciętnego bólu. W trakcie biegu trudno skupić się na rywalizacji i biegu, oczy cięgle latają dookoła głowy nie mogąc nadążyć z przekazaniem wszystkich danych do mózgu, jeszcze długo po przekroczeniu mety wyobraźnia ciągle projektuje mi krajobrazy z trasy. Po drodze nie było żadnych kibiców, co w ogóle nie przeszkadzało (ostatnio się do tego przyzwyczaiłem ☺) jedynie stada lam i latające nad głowami kondory przyglądały nam się uważnie pewnie nie mogąc się nadziwić o co tym ludziom chodzi, żeby tak biegać bez większego celu…

Tomek ukończył bieg w 5:13 i dobiegł do mety równie rozentuzjazmowany jak ja co wieczorem uczciliśmy zimnym piwem.

Udało się ☺ – wspaniała wyprawa, super maraton, piąty kontynent – uwielbiam to…

ks

Trochę zdjęć tutaj

Triathlon Czerwonak 2014 de première main – Fabian

By , 31 sierpnia 2014 18:10

Fabian: 23/08/2014 minęło pierwsze wydarzenie Cross Triathlon w Akwenie w Czerwonaku : 750m – 26,2km – 11,3km. Koniec lata się zbliża a temperatura dużo przyjemniejsza niż w Poznaniu miesiąc temu. Startowałem z kolegą Pawłem który bardziej się koncentrował na MTB w ostatnich latach ale lubi wyzwania i wszystkie dyscypliny triathlonu.
Raczej mała impreza 105 uczestników zapisanych, 90 startujących, atmosfera kameralna która mi się podoba. Nie ma stresu a widać że ludzie są tutaj aby się bawić.
2 cudzoziemców brało udział ! Ja i anglik który mieszka w Sevilii ale rodzinę ma w Poznaniu. Prawdziwa międzynarodowa impreza !!
Nie miałem specjalnego planu jeżeli chodzi o czas. To mój pierwszy X-Tri i wiem że nie jestem dobry na rowerze a trasa biegu ma górki. Powiedziałem koledze że mogę skończyć ostatni. No i co ? Ktoś musi być ostatni wszystko jedno!
Pływanie odbywa się w jeziorze które zazwyczaj jest rezerwowane dla wędkarzy. 100 osób będą ryby budzić i ten dzień mało z nich skończy na grillu.
Start by w parach co 10 sekund. To ma taki plus że nie ma tłumu w wodzie i jak nie ma tylu uczestników, zostajemy mniej więcej razem a rywalizacja jeszcze ma sens.
Zdecydowanie lubię pływać w otwartej wodzie. 12,5 minut póżniej wchodzę do strefy zmian. W jednej książce na temat treningu triathlonskiego który KS mi dał czytałem że trzeba się spodziewać że w każdym triathlonie coś nie będzie się odbywać według planu. Mądry facet to pisał !
Zegarek GPS/Tętno wsiadł jak wychodziłem z wody. To będzie pierwszy raz od 1,5 roku że jeżdżę/biegam bez tego. Zaczynam jeździć i po kilkaset metrach spróbuję brać coś do jedzenia z torebki rowerowej i… wszystko mi wpadło z ręki.
Trasa rowerowa która się składała z dwóch pętli 13km jest trudna (jak dla mnie co najmniej) : piach na dół zjazdu po 5km i… się rozwalam raz i tak samo drugi raz na koniec pierwszej pętli tracąc czas z walką z niemiłem łańcuchem który zdecydował się zahaczyć w pedałach. Od zewnątrz wyglądam prawdopodnie śmiesznie, trochę a la Buster Keaton chyba. W drugiej pętli wiem gdzie mam jeździć a gdzie nie. Lepiej mi idzie i kończę po 1h24. Mizerny czas ale jestem cały.
Bieg się zaczyna jako trasa terenowa z dziurami i fose na ścieżce. Ciekawy początek. Wolno biegam ale dobrze się czuję. Zacząłem od 3 tygodnie trenować dla maratonu w Poznaniu na październik i czuję że naturalnie biorę tempo w którym najczęściej trenuję. Nie będę bić rekordu. Nie po to tutaj jestem i się oszczędzam ;-)
Wiem że trasa wiedzie na Dziewiczą Górę (145m) na piątym czy szóstym kilometrze ale po 4km trasa nadal jest raczej płaska. To mnie nie niepokoi bo to znaczy że kąt pochylenie będzie gwałtowny. Nie spieszę się i spróbuję odpoczywać biegnąc regularnie. Na końcu to idzie do góry.. stromo jak się bałem. 50m muszę chodzić ale resztę mogę jeszcze przebiec do szczytu wyprzedzając 2 osoby które szybszej biegały wcześniej.
Szczyt na reszcie !, Zostaje tylko 6km idąc w dół. Pierwszy raz w tych zawodach widzę wolontariuszy który rozdają wodę i kurtynę wodną.
Mam jedną pretensję do organizacji. To jest pierwszy punkt wyżywienia od początku. Już startowałem ok. 2h20 temu a ostatni nie jestem. Trochę mało nie ? Na T2 brałem z sobą 1/2l Iso który zawsze mam w skrzynce w razie czego. Dobra inspiracja, nie przeżył bym do końca bez tego.
Biegnę dalej, trasa jest łatwiejsza a… 1,3km przed metą, straż pożarna rozdaje wodę. Miłe zaskoczenie ale dziwne nie ? Osobiście widziałbym punkt wyżywienia tuż po strefie zmian i na szczycie. Tym bardziej że szczerze mówiąc, w regulaminie układ punktów nie był jasno tłumaczony.
Wszystko jedno nie skończyłem ostatni w 2h 58. Zmęczony ale zadowolony. Krajobrazy podczas biegu były fajne w polach i w lesie, pływanie wygodne i trasa rowerowa MTB dała trochę więcej doświadczenia na zawodach.
Dopingowanie miałem na trasie . Moja kochana Marcelina, KS z córeczką i większość rodzinny Pawła który kończył 13 minut przede mną z super czasem na rowerze. Oni robią wrażenie kiedy zaczynają krzyczeć ! Inny zawodnicy byli zazdrośni ! Dzięki bardzo za kibicowanie !
Czuję że dużo więcej osób będzie uczestniczyć w tej imprezie za rok. Pierwsze udane wydarzenie dla organizatorów.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com