Posts tagged: bieg

Maratona Ticino

By , 12 listopada 2013 0:44

10.11.13 8:45 – Po raz kolejny, w drodze z hotelu na start maratonu zatrzymujemy się, tym razem na stacji benzynowej. Wcześniej próbowaliśmy kiosków z gazetami. Niestety, nie mają kleju. Jak to możliwe, że w tutejszym „kiosku ruchu” nie mają tzw. „kropelki”. Jesteśmy we włoskiej części Szwajcarii, a po włosku to umiem tylko poprosić, podziękować i przekląć, co generalnie pozwala na przetrwanie, ale gdy chodzi o zakup „kropelki” jest niewystarczające. Próbuję więc, po angielsku – brak reakcji, po niemiecku – pudło, na migi – jest, jest jakaś pozytywna reakcja, pani się uśmiecha i wygląda na to że wie o co mi chodzi, prowadzi mnie do półki i podaje naklejkę CH. Zrezygnowany dziękuję i biegnę z powrotem do samochodu. Nawet, na tzw. „CPN-ie” nie mają kropelki. Jak to jest możliwe, że nie mają kleju, którym można wszystko naprawić i wszystko skleić – np. buta, kolczyk z odpadającą perełką, …, i przede wszystkim dwa palce. Chwila refleksji i dochodzę do wniosku, że chyba niezaprzeczalnie  jestem dzieckiem komuny i wychowankiem Adama Słodowego. „Zrób to sam” – chyba na stałe zakodowane jest w moją podświadomość. Kolejny wniosek to to, że w tym wysoko rozwiniętym kapitalistycznym kraju o wszystko prosi się wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, i nikt nie zniży się do sklejenia czegoś samemu, stąd brak „kropelek” w obiegu. Wniosek numer trzy to, że „kropelkę” należy mieć zawsze przy sobie. Postanawiam, podnieść jej rangę i nieoficjalnie wozić jeden egzemplarz w samochodzie.
Niestety, dzisiaj, jest duża szansa, że częściowo odklejona podeszwa w moich „startówkach” (który to defekt odkryłem tuż przed wyjazdem z domu) całkowicie odklei się od góry buta i bez podeszw, w dziurawych od asfaltu skarpetach, dobiegnę do mety.
8:55 – dojeżdżamy do miejsca startu. Od rana pada deszcz. Szybko przebieram się pod kawałkiem dachu pobliskiego centrum sklepowego. Wciągam banana. Buziaki dla rodzinnej draki i biegnę w kierunku startu.
9:05 – jestem niedaleko startu. Pee-stop. Wciągam żel.
9:07 – miejsce startu jest przy hali sportowej przy krórej jest hotel. Wchodzę, pytam się o kropelkę. Facet mówi, że „moment” i przynosi skrzynkę pierwszej pomocy. Otwiera skrzynkę i oczywiście „kropelki” nie ma. Wyjaśniam mu, że chodzi mi o „kropelkę”. Mówi, że ma i daje mi klej biurowy do papieru. Przepraszam, dziękuję i wychodzę. Nie ma czasu. Co za kraj! Adam byłby rozczarowany.
9:09 – jestem na starcie. Na rozgrzewkę nie ma już czasu. Rozciągam delikatnie łydki i czwórki. Rozgrzeję się po drodze. Muszę zacząć delikatnie. Pada deszcz. Temperatura około 5 – 7 stopni.
9:10 – Strzał! Zaczynamy. Pierwsze kroki mocno zwolnione przez tłok. Po chwili jest już luźniej. Czuję, że opada mi pasek mierzący tętno. Podciągam go, a on dalej spada. Poddaję się i opada mi całkowicie na biodra. Zapomniałem, że go ostatnio poluzowałem… No cóż będę miał zmierzone tętno brzucha. Nie chcę mi się kombinować z jego podciąganiem. Mam na górze ortalion i sprawa jest utrudniona. Gdybym się rozgrzał, problem wyszedłby podczas rozgrzewki. Niestety…
9:12 – Coś jest nie tak. Nie wiem ile na starcie było ludzi za mną, ale przede mną jest dużo. Zbyt dużo. Czy większość biegnie tutaj poniżej 3h? O co chodzi?
1km – Zegarek pokazuje 4:18. Hmm… trochę szybko jak na początek bez rozgrzewki. Czuję, że banan i żel podchodzą mi do gardła. Powinienem go zjeść 20-30 minut przed startem.
3km – Duża grupa zdecydowanie oddala się ode mnie. Czuję się ciężko – jakbym ważył 10kg więcej. Banan i żel jest zdecydowanie zbyt wysoko. Chyba to nie jest mój dzień. Jest szaro, zimno, pada deszcz. Chyba ostatnie trzy tygodnie bez normalnego trenowania i leczenia kontuzji miało wpływ na to jak się czuję.
4km – Wbiegamy między pola i biegniemy po betonowych płytach. Kałuża za kałużą. Zimny wiatr w twarz. I na dodatek ten pierdolony banan…
5km – Ogromna kałuża. Nie ma jak jej ominąć. Wszyscy zmuszeni są biec przez nią. Wbiegam i ja, trzy kroki, przy których za każym razem zanurzam się po kostki. Jak w rów z wodą podczas biegu z przeszkodami. Brakuje tylko przeszkody. Zimna woda zalewa mi stopy. Cała wagowa przewaga startówek, właśnie została zniwelowana.
To chyba zdecydowanie nie jest mój dzień. Chyba podziękuję po pierwszym okrążeniu i zaliczę tylko połówkę. Szczerze mówiąc, to nie lubię okrążeń podczas zawodów. Przychodzą głupie myśli żeby dać sobie spokój w trakcie. Dodatkowo, świadomość tego trzeba to przebiec jeszcze raz…
Staram się zagłuszyć negatywne myśli pozytywnymi i skupić na technice biegu.
Stacja z napojami. Do tej pory banan i żel się nie przelały ale momentami było blisko. Łapię kubek z wodą i biorę dwa, trzy łyki.
6km-8km – Nie jest łatwo. Nie pada, tylko leje deszcz. Szczerze mówiąc, nie robi to już żadnej różnicy. Biegnę i gdy zegarek sygnalizuję kolejny kilometr, sprawdzam czy mieszczę się 4:30 na kilometr.
9km – ostatni kilometr był wolny, ale przyjął się banan. Skupiam się nad kadencją. Kończę 9-ty 4:20.
10km – wciągam żel. Dobiegam do stacji i biorę wodę. Kończę 10-ty i rzucam okiem na zegarek – 45 z hakiem. Jest ok.
11km – czuję, że wchodzę w rytm.
12km-14km – dobiegam do tzw. biustonosza. Przede mną kilometr pod górkę, później pół w dół, znowu pół pod górę i kilometr w dół. Przy podbiegu skupiam się na utrzymaniu kadencji i pracy ramion, skracam krok.
14-15km – Wciągam żel i popijam wodą. Lecę w dół. Wyprzedzam dużą grupę biegaczy. Dobiegam do centrum Locarno i przebiegam koło hotelu w którym spaliśmy.
16-20km – czuję że wpadłem w swój rytm.  Ciągle pada, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Biegnę przy jeziorze. Widok jest fantastyczny, a dodatkowo jest dużo tzw. motywatorów, czyli tych co wyprzedzam i zupełny brak demotywatorów czyli tych co mnie wyprzedzają. Jest sympatycznie.
21,1km – półmetek. 1h32 z hakiem. Rozglądam się za rodzinką, ale ich nie widzę. Nie był to najłatwiejszy początek, ale zaczynam drugie okrążenie w niezłej formie. Ciągle pada.
21,1-26km – mało ludzi, bardzo mało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że większość biegła połówkę. W promieniu 400m nie ma nikogo. Dobiegam do rowu z wodą… chlup, chlup, chlup. Podeszwy się trzymają. Wciągam żel i popijam wodą.
27-32km – dobiegam do biustonosza. Przede mną kilometr pod górę. Przestaje padać.
33km – włączam muzę na podtrzymanie tempa. Wspomaga mnie Prodigy. Staram się utrzymać kadencję, skracam krok, pracuję ramionami. Wbiegam na pierwszą górkę.
34km – Prodigy jest fantastyczne. Mówią „Let’s go, everybody is in the place!”. Przerabiam trochę tekst na „Everything is in the place” – ani śladu po kontuzji, czuję się dobrze, podeszwy się trzymają, a więc: Let’s go….
35-38km – Druga górka. Wciagam żel i popijam wodą. Czuję, że jest ok. Kryzysu brak. Lecę w dół.
38-41km – Biegnę w zasadzie sam. Było tylko trzech motywatorów. Widzę że mają już chłopaki dość i nogi mają sztywne. Moje też są mocno zmęczone, ale jakoś mniej niż zawsze na tym etapie. Dodatkowo staram się trzymać się wysoko i utrzymać kadencję, nawet kosztem krótszego kroku. Wyprzedzam kolejnego.
42-42,2km – Ok, nie zostało mi nic innego, jak finiszować. Dochodzę motywatora, ale zaczyna przyspieszać i mi ucieka. Przyspieszam, ale on też przyspiesza. Odpuszczam na 30metrów przed metą, ale dochodzę babkę i widzę, że nagle rowijają taśmę na mecie. Domyślam się, że taśma to raczej nie dla mnie. Zwalniam i wpadam na metę sekundę po pierwszej kobiecie. Zegar pokazuje 3h05 z hakiem. Życiówka!
Na mecie moi najwspanialsi kibice: Ania, Pola i Maksiu.

GPS, Wyniki, HURPA

Halwillerseelauf i życiówka

By , 18 października 2013 22:08

Cztery lata temu byliśmy z Anią w Beinwill am See na półmaratonie wokół jeziora Hallwiler w dwójkę. Czytaj tutaj.
W ostatnią sobotę w czwórkę: Ania, Pola, Maksiu i ja.

Cztery lata temu przebiegłem w 1:31:39, tym razem udało mi się wykręcić życiówkę 1:28:06.
Starzeję się jak czerwone wino ;)

Już za trzy tygodnie Maratona Ticino.

Hurpa!

Wyniki GPS

Everest Marathon 2013

By , 6 czerwca 2013 19:23

Udało się – zacznę nietypowo od końca – dotarłem na lotnisko w Kathmandu. Tak nie pomyliłem się, nie chodzi mi o przekroczenie mety maratonu ale dotrwanie do końca tej niesamowitej imprezy, która nie miała zbyt wiele wspólnego z zawodami, w których miałem okazję dotychczas uczestniczyć. Często mówi się, że maraton zaczyna się na 30tym kilometrze – Everest Marathon zaczyna się 60km przed linią startu i kończy dwa dni po przekroczeniu mety – ale od początku.

Lot z Poznania do Katmandu przebiegł standardowo, oczywiście z uwagi na czas podróży (24h) na miejscu wylądowaliśmy dość zmaltretowani ale ponieważ był już wieczór szybko wtargnęliśmy do naszego pokoju i poszliśmy spać. Pierwszy dzień był dniem organizacyjnym, otrzymaliśmy wszystkie materiały dot. wyprawy, zostaliśmy podzieleni na 4 grupy po ok. 20 osób i zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę po stolicy Nepalu, która poza ciekawym centrum historycznym nie budziła mojego zachwytu – wyglądała jak dziesiątki podobnych miast w tej części świata – zgiełk, brud, hałas, ogólny nieład etc. Niemniej jednak zamiłowanie do Azji pozwoliło mi w pełni rozkoszować się tym egzotycznym jak dla Europejczyka krajobrazem.

Tak więc w bardzo radosnych nastrojach poszliśmy spać aby o 4:30am wstać i wyruszyć na przygodę życia.

Krajowe lotnisko w Kathmandu robi wrażenie bynajmniej nie liczbą startujących odrzutowców ale liczbą małp przechadzających się po placu manewrowym dla samolotów. Poza tym jest to miejsce przypominające dworzec autobusowy z okresu głębokiego PRLu. Niemniej jednak po kilkukrotnej kontroli, ważeniu bagażu (mieliśmy limit 15+5kg) i odebraniu karty pokładowej znaleźliśmy się na pokładzie pierwszego w tym dniu 20 osobowego samolotu do Lukli. Krótki 40 minutowy lot upłynął spokojnie chociaż w ogromnym huku, z uwagi na fakt, że ów samolot bardzo dobrze wkomponywał się w krajobraz samego lotniska i niczym jemu nie ustępował zarówno pod względem stanu technicznego, hałasu jak i czystości. Miła stewardesa rozdała każdemu watę do uszu i cukierka, który miał chyba odwrócić naszą uwagę od stanu latającej „puszki” w której nas zamknięto.

Continue reading 'Everest Marathon 2013'»

1-szy Kołobrzeg Maraton

By , 6 maja 2013 21:58

Cóż to był za dzień! Cóż to był za maraton! Urozmaicona, przepiękna trasa biegnąca wzdłuż wybrzeża z cudownymi widokami na morze i plażę. Do tego fantastyczna pogoda z pełnym słońcem i delikatnie chłodzącą morską bryzą. Bufet na trasie co kilka kilometrów i znaczniki odległości na każdym kilometrze. Kameralnie i komfortowo, 170 biegaczy, którzy stali się częścią pierwszego maratonu w Kołobrzegu. Wspaniałe pamiątkowe medale i koszulki oraz bardzo przyjazna atmosfera na starcie, na trasie i na mecie. Czego więcej trzeba, aby o maratonie powiedzieć wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju?

Może dołożę, że 100 metrów od mety było morze, w którym można było schłodzić obolałe nogi, a na mecie przepyszna zupa łososiowa, do której podszedłem sceptycznie (za co bardzo przepraszam), ale była tak smaczna że zjadłem trzy miski. Na mecie świetny komentator, prysznice z ciepłą wodą i darmowy masaż – wielkie dzięki. Do tego napoje i piwo dla wszystkich biegaczy na uczczenie perfekcyjnego dnia.

To nie był maraton, to był wspaniały sen! Sen, w którym biegnąc po plaży przy światłach morskich latarni znalazłem 42 kilogramowy bursztyn. Proszę nie mówcie o nim nikomu! Niech zostanie tam gdzie go zastałem! ;)

W moim przypadku dodatkową motywacją była również czekająca na mecie rodzina i najbardziej oddany sprawie zespół pomocników na trasie w postaci moich rodziców. Wielkie dzięki Wam wszystkim!

Szczególne podziękowania dla organizatorów, którzy najwyraźniej włożyli w tą imprezę nie tylko swoją kompetencję i doświadczenie, ale również zapał, pasję i serce. Wszystko było perfekcyjne! Ogromne gratulacje!!!

Gratulacje dla Marlona, za udany debiut!

Mariusz Sowiński (Marlon) 3:44:53

Krzysztof Tomczak (Kris) 3:20:06, GPS

Zdjęcia wkrótce.

Hurpa!

2013 – Nowy Rok inaczej…

By , 1 stycznia 2013 13:49

Tym razem Nowy Rok powitałem inaczej. O wyjściu na imprezę nie było mowy, gdyż Maks nie rozstaje się z mamą, więc postanowiłem wystartować w Noworocznym biegu w Zurichu.
Punkt 00:00:00 1.1.2013 wraz z setkami innych zapaleńców-desperatów na strzał zwiastujący Nowy Rok wybiegliśmy z hali sportowej. Na zewnątrz przywitał nas huk petard i sztuczne ognie, które towarzyszyły nam do końca biegu. Życzenia noworoczne tym razem odbyły się bez uścisków i buziaków, gdyż na te nie było czasu, poza tym nikogo nie znałem.
Trasą biegową była 6-cio kilometrowa pętla biegnąca głównie nad rzeką o naturalnej nawierzchni i zaczynająca się i kończąca na hali sportowej. Do wyboru były cztery dystanse: 6,12,18,42 km. Ja wybrałem 18km, a więc trzy okrążenia.
Śmiesznie było biec w nocy z lampką na czole i widzieć po dugiej stronie rzeki setki światełek poruszających się w tym samym kierunku. Nie było widać sylwetek biegnących – tylko światełka.
Po 1 godzinie i 21 minutach Nowego Roku po raz trzeci wbiegłem na halę i przekroczyłem metę.
Niech żyje 2013 i niech będzie tak aktywny i satysfakcjonujący jak jego początek!

Wyniki GPS

13 Poznań maraton

By , 14 października 2012 14:05

Dzisiaj w Poznaniu święto biegaczy – po raz 13 mamy maraton – w tym roku zupełnie nowa (wg mnie trudniejsza) trasa okalająca całe mia miasto – tylko jedna pętla.

Niestety tym razem nie jest mi dane przekroczenie linii mety – problemy z biodrem, kolanem i kręgosłupem uniemożliwiły mi jakiekolwiek bieganie o przygotowaniu do maratonu nie wspominając.

Przyznam, że nie przepuszczałem, że będzie mi tak przykro i ze wzruszeniem oraz łzą w oku będę kibicował razem z Anią na trasie dodając otuchy biegaczom rewanżując się tym samy za okazane wsparcie w latach ubiegłych. No ale cóż tak czasami bywa, musiałem pozmieniać wszystkie swoje plany mam tylko nadzieję, że jeszcze w tym roku uda się powoli wrócić do biegania i chociaż raz w roku przekroczyć linie mety maratonu. Na razie pozostaje tylko pływanie i codzienne ćwiczenia rehabilitacyjne.

Wracając do maratonu to pogoda była całkiem znośna, chociaż trochę wiało ale nie było za zimno i czasami świeciło słońce. Pobity został rekord frekwencji chociaż tytuł największego maratonu w Polsce odebrała nam Warszawa. Wygrali Kenijczycy a na 3. miejscu zameldował się zawodnik z Nowej Soli.

Wszystkim startującym gratuluję i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wystartujemy razem.

pzodr ks

5 Poznań półmaraton

By , 1 kwietnia 2012 16:05

To już mój trzeci półmaraton w Poznaniu. Niestety kolejny raz scenariusz opisujący reakcję mojego organizmu się powtórzył: czwartek po treningu pełen optymizm, wszystko ok, samopoczucie na piątkę, natomiast w piątek rano ból głowy, osłabienie, katar, samopoczucie zero. Zapewne ostatni tydzień pełen różnych podróży i notoryczny niedomiar snu nie był bez znaczenia. Pomimo szybkich środków zaradczych w niedzielę rano czułem się źle. Ale nie odpuściłem. Pogoda była w porządku: słońce, trochę wiatru i około 3 stopnie w plusie. Na starcie stanąłem razem z 4800 zawodnikami z całej Polski i kilku innych państw. Od początku biegłem równym tempem w okolicach 5 minut/km ponieważ z kolejnymi kilometrami, pomimo osłabienia ogólnego, sił starczało więc po pierwszych 7km lekko przyspieszyłem, cały czas biegło się wyjątkowo dobrze więc po kolejnych 7km jeszcze przyspieszyłem, w końcu po 20km przyspieszyłem jeszcze bardziej i wykręciłem życiówkę :-)

Udało się dobiec w czasie 1:43:25 netto zajmując 1131 miejsce na ok. 4592 sklasyfikowanych. Podsumowując: było super – jak to w Poznaniu – teraz kilka dni leczenia przeziębienia :-( i do kolejnych treningów.

hurpa ks

Krzysztof Stępień czas netto 1:43:25 mjsc 1131/4592

PS. Może nie ładnie się chwalić ale  w kwietniowym numerze polskiego wydania RunnersWorld pojawiła się notatka o moim starcie na Saharze z podaniem linku do hurpaguns.com :-)

Bieg Zaślubin Kołobrzeg 2012

By , 20 marca 2012 22:23

Nasza Hurpagun’ka Ola Sopilnik zajęła trzecie miejsce w swojej kategorii wiekowej w tegorocznym 26 Międzynarodowym Biegu Zaślubin w Kołobrzegu. Ola z czasem 1h 09 na tradycyjnej 15km trasie była drugą Kołobrzeżanką i jedynastą kobiętą w klasyfikacji ogólnej. Serdeczne gratulacje! Go Ola Go Paula Go!

Wyniki

Sahara Marathon 2012

By , 4 marca 2012 16:06

Trudno mi zacząć opisanie wydarzenia jakim był udział w Sahara Marathon 2012. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że chyba nie jestem w stanie przekazać wszystkich odczuć i wrażeń jakie przywiozłem z tygodniowego pobytu w miejscu, o istnieniu którego jeszcze kilka tygodni temu nie miałem pojęcia.

Zapisując się na ten bieg głównym powodem był oczywiście udział w maratonie i podjęcie kolejnej próby pokonania magicznego dystansu w jakże egzotycznych warunkach. Ponadto była to doskonała okazja do połączenia w jedną całość moich trzech pasji: fotografii, podróży i sportu. Z dzisiejszego punktu widzenia maraton okazał się tylko jednym z elementów tej jakże niecodziennej wyprawy.

Miejsce w którym już po raz 12 zorganizowano bieg to tereny położone w południowo zachodniej części Algerii w prowincji Tindouf (w tym, że jest to miejsce egzotyczne utwierdził mnie sprzedawca w sklepie wolnocłowym na lotnisku w Madrycie nie ukrywając zdziwienia na widok mojej karty pokładowej – gdzie to do cholery jest?). To obszar na który składa się kila obozów dla uchodźców (łącznie ok. 250tysięcy osób) z okupowanego przez Maroko terytorium Sahary Zachodniej. Obywatele Demokratycznej Arabskiej Republiki Sahrawi osiedlili się w tym miejscu ponad 30 lat temu w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi po wygnaniu ich z obszarów na których mieszkali od pokoleń. Dzisiaj mają swojego prezydenta, rząd, parlament i … niewiele więcej.

Continue reading 'Sahara Marathon 2012'»

La TransJurasSienna 54km FT Batman

By , 14 lutego 2012 22:56

Drugi dzień zawodów La TransJuraSienne rozpoczął się bardziej słonecznie i bardziej wietrznie.
Dojeżdżając wraz z Miśkiem i Marlonem samochodem do miejscowości Les Rousses, w której było miejsce startu na dystansie 54km, widoczność na niektórych otwartych przestrzeniach była tylko na kilka metrów. Silny wiatr unosił zmrożony śnieg i przenosił go z impetem wzdłuż trasy. Niestety kierunek wiatru był dokładnie przeciwny do kierunku wyścigu. Silny wiatr wraz ze śniegiem w temperaturze -13 nie jest zbyt zachęcający do wychodzenia na zewnątrz, a już na pewno nie do jazdy na nartach przez ponad 50 kilometrów w przeciwnym kierunku. Moje samopoczucie fizyczne i chęci do startu, od samego rana, były jak nigdy bliskie zera. Wiedziałem że trasa nie jest łatwa, wiedziałem że po drodze czeka na mnie prawie 10-kilometrowy podjazd, wiedziałem że śnieg jest sypki i nie ubity a przez to wolny, wiedziałem że będzie ciężko – nie wiedziałem tylko jak bardzo.

W zasadzie do ostatniego momentu nie było również wiadomo czy wystartuje Batman. Peleryna na plecach generalnie nie jest czymś co pomaga przy silnym wietrze, chyba że wiatr wieje w kierunku jazdy. Mimo wszystko Batman stawił się dokładnie o 10:04 i minutę później wystartował z pierwszego bloku na podstawie przywidywanego czasu. Założenia na bieg były znane w momencie rejestracji: spokojnym tempem przejechać cały dystans, pić i jeść na każdej stacji, tym startem poprawić bazę kondycyjną na Zurich marathon i lipcowego IronMan.
Początek zawodów i pierwsze kilometry były walką generalnie z własną psychiką i odrzucaniem negatywnych myśli. Warunki były iście arktyczne i brakowało chyba tylko niedźwiedzi polarnych. Prawie wszyscy zawodnicy mieli osłonięte twarze starali się jechać jak najbliżej tego poprzedniego, tak ażeby jak najbardziej osłonić się od wiatru. W takim stylu mozolnie parli na przód. Na 8 kilometrze jakiś gość zasłabł. Widok jego bezwładnego ciała które kibice ściągali pośpiesznie z trasy biegu nie nabawiał optymistycznie. Na tym etapie zawodnicy biegnący na dystansie 76km wymieszali się z zawodnikami z 54km. Nie zdążyłem zarejestrować z której grupy był nieszczęśnik. Po raz pierwszy widziałem taką akcję na zawodach nart biegowych.

Po 16 kilometrach Batman z grupą innych narciarzy wjechał do wioski Bois d’Amont. Radość francuskich wieśniaków była przeogromna. Częstowali wszystkich ciepłymi napojami, suszonymi owocami i lokalnym serem. Francja została wyzwolona po raz kolejny! Po kilku łykach i kęsach ruszył dalej, tym razem w przeciwnym kierunku przez jakieś kilkaset metrów. Cóż to były za metry! Ciepłe, słoneczne i generalnie prawie nic nie musiał robić – wiatr pracował za niego. Jego peleryna nagle wyznaczała mu kierunek jazdy. Tym sposobem znalazł się u podnóża leśnego podbiegu prowadzącego do Les Ministres. Przy okrzykach francuskich wieśniaków zaczął wspinaczkę.

Wjechał do lasu gdzie było bezwietrznie i zupełnie cicho. Gdyby nie ciężkie oddechy innych i dźwięk skrzypiącego śniegu spod nart byłoby zupełnie bezdźwięcznie. Wszyscy jechali dalej w tym samym celu – wyzwolić kolejne wsie i przynieść kolejnym wiadomość o wyzwoleniu spod tyranii ociężałości i starzenia się w fizycznej niemocy. Ich różnokolorowe sylwetki poruszały się w tym samym rytmie z lewa na prawa i zostawiały na śniegu miliony znaków V – znaków zwycięstwa. Mimo że znaki prędzej czy później się roztopią, w tym roku już są zwycięzcami, a za rok zawalczą jeszcze raz.

Na około 25 kilometrze w Les Ministers skończył się podjazd i trasa stała się bardziej urozmaicona. Chyba najgorsze już za mną – pomyślałem i mój optymizm dodał mi skrzydeł. Zacząłem konsekwentnie wyprzedzać kolejnych narciarzy. Wiatr nie był już tak dokuczliwy jak na początku – lekkie górki i wzniesienia rozbijały jego impet i jechało się znacznie przyjemniej. Lokalni francuscy wieśniacy wydawali się być rozmieszczeni w idealnych miejscach i ich wysuszone owoce i ciepłe napoje dodawały energii na kolejne kilometry. Na niektórych stacjach obecność Batman’a ogłaszana była przez prezentera. Generalnie Batman był zdecydowanie najbardziej dopingowanym zawodnikiem na trasie, a jego imię wypowiedziane zostało z francuskim akcentem tysiące razy. Szkoda tylko, że zapomniał założyć swojego nowego pasa, w związku z tym niektórzy mylili go z diabłem. Co ciekawe, pomimo to na ich twarzach pojawiał się uśmiech i pozdrawiali go serdecznie.

Kolejne wyzwolone wioski to Bellefontaine, Chapelle Des Bois, Chaux-Neuve, Petit Chaux i ostatnia – Mouthe. Czym bliżej metry tym bardziej podejrzany wydawał mi się odczyt z mojego GPS’a który miał generalnie deficyt około 6km w porównaniu do znaków na trasie. Dopiero wieczorem ze strony z wynikami dowiedziałem się, że trasy na 76km i 54km były oficjalnie o 4km krótsze, a według mojego GPS’a o prawie 6km. Generalnie poziom organizacyjny począwszy od strony internetowej, serwisu na trasie i bufetu na mecie (którego nie udało mi się zlokalizować), nie był na najwyższym poziomie. Czym na pewno ten wyścig się wyróżnia ponad inne, to jego trasa – jest niesamowicie przepiękna, urozmaicona, trudna, no i dłuższa niż wszystkie inne. Mój kolega z klubu narciarskiego mówił, że nie zawsze jest w Jurze wystarczająco śniegu. W tym roku jednak nie było z tym problemu.

Na mecie czekała na mnie cała brygada: Ania, Pola, Asia, Tymek, Misiek i Marlon i tysiące francuskich wieśniaków.

Dzięki wszystkim bardzo za kibicowanie pomimo siarczystego mrozu, transport i zdjęcia. Szczególne podziękowanie dla Asi i Miśka za gościnę – było tak fajnie, że możecie być pewni że przyjedziemy jeszcze raz ;)

Z czasem 3h:56:39, zająłem wśród meżczyzn miejsce 89 na 378. Wśród swojej grupy wiekowej „Veteran 2” byłem 8 na 39. GPS Wyniki Zdjęcia Hurpa!

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com