Posts tagged: góry

Surselva Marathon 2011

By , 31 stycznia 2011 22:19

Zima sezonu 2010/2011 zaczęła się mocnym uderzeniem i w grudniu było mnóstwo śniegu. Na początku stycznia niestety na dwa tygodnie zrobiła sie wiosna i tylko w wysokich górach utrzymał się śnieg. W związku z tym planowany na połowę stycznia bieg Planoiras w Lenzerheide został przeniesiony na 20 lutego, a mój debiutancki Rothernthurmer się w tym roku nie odbył.

Pierwszymi moimi zawodami w tym sezonie był Surselva marathon, który bardzo lubię z kilku przyczyn. Przede wszystkim w tym roku były ze mną Ania i Pola – robiły zdjęcia i dzielnie kibicowały przez cały wyścig.
Po drugie, zarówno w zeszłym jak i w tym roku były super warunki, śniegu nie brakowało i pogoda była rewelacyjna.
Po trzecie widać, że jedynym celem organizatorów jest popularyzajca dyscypliny, przyciągnięcie zawodników, zagwarantowanie im najlepszych warunków, wrażeń i upominków.
Po czwarte, jest to bardzo trudny technicznie i wyczerpujący bieg, który zawsze motywuje mnie do dalszej pracy, i mimo że tylko 23km to jak najbardziej zasługuje na miano marathonu.
Po piąte, zatrzymaliśmy się na weekend w naszej hurpagunskiej bazie w wiosce Sumvitg, wypełnionej po dach wspaniałymi wspomnieniami ze zjazdu z maja 2010.
Po szóste, poprawiłem się w tym roku o sześć minut.
Po siódme i zdecydowanie najważniejsze, spełniło się moje marzenie sprzed roku o którym pisałem tutaj. Mój ojciec i moja mama rzucili fajki i od dwóch miesięcy nie palą!!! Jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, bo widok kogoś na kim zależy odpalającego papierosa od papierosa, kaszlącego, i generalnie się zatruwającego jest bardzo smutny.
Gratulacje M&T! Zdaję sobie, że nie jest łatwo, ale najgorsze jest już za Wami. Powodzenia!

Tydzień przed Surselvą, odbyły się coroczne zawody klubu Langlauf Gruppe Lachen, do którego należę. Już oficjalnie nie jestem najsłabszy, co jest dla mnie ogromnym sukcesem. Chłopaki z klubu są wszyscy miejscowi i przysłowiowo rodzili się z nartami przyrośniętymi do stóp (szacunek dla szwajcarskich matek), więc dla kogoś jak ja znad morza, rozpoczynającego swój trzeci sezon z biegówkami, samouka czerpiącego wiedzę z YouTube jest to nielada wyczyn, potwierdzający teorię że jak się chcę to można.
Podczas marathonu postawiłem kropkę nad i, i potwierdziłem, że nie był to tylko wybryk natury i byłem szybszy od kolejnego klubowego kolegi.
Jednym słowem super start i motywacja do dlaszych treningów. Za dwa tygodnie bieg w pobliskim Einsiedeln…
Zdjęcia i GPS. Miejsce 182/214. Wyniki. Hurpa!

Sumvitg 05.2010 – czyli co to znaczy rower

By , 9 maja 2010 23:12

Pierwszego maja zamiast udziału w obchodach z okazji święta pracy stawiliśmy się (niestety w ograniczonym składzie – wszyscy nieobecni niech ogromnie żałują!!!!!) w uroczej alpejskiej wiosce Sumvitg – nadzieje na podbój Alp były całkiem spore lecz pogoda jaka nas przywitała zdecydowanie ograniczyła nasz entuzjazm. Było zimno, pochmurno, mglisto i padał deszcz.

Tak więc w niedzielę wyruszyliśmy tylko na rekonesans potencjalnych tras samochodem i krótki rozbieg po okolicznych górkach. Kolejne dni były już bardziej ambitne ale i tak nic nie zapowiadało spektakularnego zakończenia. Tak więc trenowaliśmy w deszczu i zimnie testując nasze wodo i mrozo odporne ubrania – które jak się okazało nie zawsze spełniały pokładane w nich nadzieje i za każdym razem wracaliśmy z przemoczonymi butami. Mimo tego nie poddawaliśmy się i twardo pokonywaliśmy kolejne kilometry zastanawiając się jak człowiek może wdrapać się tak wysoko rowerem. W tzw międzyczasie regenerowaliśmy się w saunie i biegając po okolicy. W naszych wyczynach wspomagały nas dzielnie Ania i Beata własnoręcznie przygotowując doskonałe posiłki regeneracyjne, które spokojnie moglibyśmy sprzedawać na lokalnym targu (pierogi, chałki, makowce, jabłeczniki, bułki maślane – wszystko było the best)

Pogoda nas nie rozpieszczała – jednej nocy spadło ok. 15cm śniegu – mimo tego nie odpuściliśmy i również wybraliśmy się w góry. Do powrotu zmusiły nas koleiny w śniegu na wysokości ok. 1800 mnpm, o które zahaczały pedały naszych rowerów – w przypadku szosówek dalsza jazda w takiej sytuacji w zasadzie jest niemożliwa. Pomimo niesprzyjającej aury apetyty mieliśmy mocno wyostrzone na jedną z okolicznych przełęczy o wysokości powyżej 2000m – niestety warunki były na tyle złe, że przejazd był niemożliwy – drogi na wysokości ponad 1.900 m były zasypane śniegiem – do czwartku :-)

I stało się – wyszło do nas słońce odsłaniając uroki szwajcarskich Alp. Wybraliśmy się na cały dzień nad Zervleilasee (ogromna tama i elektrownia wodna) 1.850mnpm – było fantastycznie. Drogi malownicze, ruch minimalny a ostatnie naście kilometrów tylko my, nasze rowery i Alpy. Zmęczeni ale pod ogromnym urokiem tego miejsca na drugi dzień wybraliśmy się tam wszyscy razem jeszcze raz samochodami.

Po dniu odpoczynku sobotni ranek okazał się po prostu wymarzonym dniem na wyprawę rowerową. Piękne słońce temp. ok 10 stopni i informacje, że najbliższa przełęcz została otwarta. Decyzja była szybka – jedziemy.

Jak się okazało po powrocie dla mnie było to jedno z największych przeżyć podróżniczych w życiu. Było po prostu perfekcyjnie. W pierwszej kolejności wdrapaliśmy się na Oberalppass 2.046 mnpm. Słońce świeciło tak mocno i widoki były tak urocze, że po zdobyciu rowerem tej pierwszej w życiu przełęczy pow. 2 tys. postanowiliśmy jechać dalej. Zjechaliśmy na 1.500m do Andermatt i dalej w stronę przełęczy FurkaPass – co prawda wiedzieliśmy, że jest zamknięta ale zdecydowaliśmy brnąć tak długo jak się da. Po kolejnych 15km znaki i szlabany na drodze oznajmiły nam, że droga jest zamknięta. Ponieważ asfalt był całkowicie suchy oczywiście postanowiliśmy jechać dalej… aż dojechaliśmy na 2.289mnpm. Nie da się opisać wrażenia jakie towarzyszy jadącemu kolarzowi pośród absolutnej ciszy (droga zamknięta dla ruchu), ogromnych zasp śnieżnych i widoków zapierających dech w piersiach. Nawet spływający po twarzy pot, ogromne zmęczenie i odmawiające posłuszeństwa mięśnie nóg wydają się wtedy niezauważalne. To po prostu trzeba przeżyć. Do zdobycia samego szczytu przełęczy pozostało nam ok. 150 metrów przewyższenia (ok. 2km drogi) Niestety pomimo tego że doskonale widzieliśmy przełęcz droga była całkowicie zasypana i musieliśmy wrócić. Do domu zostało nam 60km i pokonanie po raz drugi w tym dniu Oberalppass. Wycieczka była niesamowita. Dla zobrazowania wysokości poniżej przekrój trasy:

Ale się rozpisałem :-). W podsumowaniu dodam jeszcze tylko trochę statystyk:

przez 7 dni przejechaliśmy na rowerze 350km (dodatkowo przebiegłem 18km, a Mariusz 9)

pokonaliśmy ok. 7.500m przewyższenia, straciliśmy ponad 15.000 kalorii. Wszystko to zajęło nam niespełna 21 godzin.

Oczywiście nie było by to możliwe gdyby nie doborowe towarzystwo – jeszcze raz ogromne podziękowania dla wszystkich w szczególności dla Krzyśka T. (mam nadzieję, że dopisze coś od siebie) za zorganizowanie zjazdu. Było po prostu doskonale – do następnego razu. Hurpa.

Trochę fotek w galerii.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com