Posts tagged: impreza

Hurpa Carlo – podsumowanie

By , 25 sierpnia 2013 19:09

Na początek kilka danych:
Termin: 9 sierpień – 18 sierpień 2013 (9 dni jazdy i 1 dzień na powrót)
Trasa: ponad 930km po najpiękniejszych drogach Alp, ze Szwajcarii do Francji, Włoch i Monaco
Przewyższenie: 16km czyli średnio 1.8km pionowo w górę dziennie
Format: rowery szosowe z dwoma torbami na tyle
Noclegi: gdziebądź w namiotach
Pogoda: 1 dzień deszczu, wszystkie kolejne – pełna lampa
Skład: 3 hurpaguns: Marlon, Przemo, Kris

W sumie – Było super!
Trochę obawialiśmy się o to jak rowery szosowe z bagażami sprawdzą się podczas wyprawy. Jakby nie patrzeć nie są zaprojektowane do tego żeby obciążać je dodatkowymi 15kg i nawet zakup bagażnika nie jest sprawą prostą, gdyż tylko niektóre firmy produkują bagażniki do szos. Nasze obawy były na wyrost. Sprzęt sprawdził się znakomicie i nawet na najtrudniejszych przełęczach nie było problemów. Jednymi usterkami technicznymi były dwie „gumy”, które przy tych obciażeniach nie były niczym nadzwyczajnym. W sumie format szosa + bagaże z namiotami jest rewelacyjny, gdy celem jest przejechanie długich odcinków po normalnych drogach i bycie jednocześnie niezależnym od hoteli, rezerwacji, itp.
Sama trasa była spontanicznie planowana w trakcie wyprawy, a jedynym celem znanym od początku, było dojechanie do Monte Carlo (Monaco).
Już w trakcie jazdy we Francji okazało się, że większa jej część pokrywa się ze znaną trasą Route des Grandes Alpes z jeziora Genewskiego na Lazurowe wybrzeże. Map of route des grandes Aples.
Wjechaliśmy na nią za Chamonix i dojechaliśmy do Susa, w której odbiliśmy na Turyn. Po jednodniowym płaskim etapie przez Włochy wjechaliśmy na nią ponownie, tuż przed Sospel i Menton.
Po tygodniu jazdy, luźniejszy dzień w Menton na plaży i na koniec etap wzdłuż wybrzeża do Savony. Z Savony pociągiem do bazy w Szwajcarii.

Widzieliśmy wspaniałe miejsca i zdobyliśmy masę sportowych i życiowych doświadczeń. Przekroczyliśmy dotychczasowe granice tego co możemy dokonać i przejechać na rowerach. Przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil jak:
– narada w kwaterze głównej przy gorzkiej żołądkowej i pierwszy poranek z przełęczą Furka w tle,
– pobudka w sadzie przy nadjeżdżającym traktorze na długich światłach w oparach pryskanych chemikalii,
– kąpiel w rezerwacie żubrów w Szwajcarii,
– kąpiel w lagunie we Francji,
– widok nagle wyłaniających się, przepięknych górskich jezior,
– zalewający oczy pot w drodze na szczyt kolejnej przełęczy,
– ludzi z linami i rakami udających się w Chamonix w góry,
– niesamowity pod względem długości, szybkości i okoliczności, wieczorny wyjazd z Alp do Włoch,
– obstawę policyjną w stylu Tour de France w drodze na kamping we Włoszech,
– rozśpiewanego Włocha, który pilotował nas po włoskim wybrzeżu łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe,
– przepych Monte Carlo,
– wszechobecny dźwięk świerszczy na kampingu w Menton,
– smak zimnego piwa po całym dniu jazdy w upale,
– fantastyczną promenadę z drogą rowerową w okolicach San Remo,
– i setki innych, które pozostaną w nas.

Happy days! Dzięki chłopaki! Hurpa!

Szczególne podziękowania dla Ani, Basi i Agnieszki za opiekę nad dziećmi i umożliwienie nam oderwania się od wszelkich zajęć i trosk dnia codziennego. Wielkie dzięki!

Zdjęcia

Etap 1, Etap 2, Etap 3, Etap 4, Etap 5, Etap 6, Etap 7, Etap 8, Etap 9

Zurich triathlon 5150 – oczami zawodnika i IM oczami kibica

By , 20 lipca 2012 22:17

Zurich triathlon 5150 – czyli wydanie olimpijki wg IRON MAN’a. Korzystając z zaproszenia Krisa na kibicowanie w niedzielnych (15.07.12) zawodach Iron Man skorzystałem z okazji i zapisałem się na olimpijkę organizowaną przez jednie słuszną organizację :-) pod szyldem 5150 na fragmencie trasy i w tej samej bazie co zawody IM odbywajace się nastepnego dnia.

Do startu skusiło mnie kilka elementów: kolejny triathlon na akceptowalnym przeze mnie dystansie, ciekawe miejsce, ogromny rozmach z uwagi na organizatora. Tak więc z samego rana po zaparkowaniu auta trochę na „dziko” (w Zurichu jest to spory problem) zjawiłem się w miasteczku startowym, od razu zaznaczę zorganizowanym w sposób w Polsce niespotykany. Miałem już lekkie pojęcie o trasie (dzień wcześniej po odebraniu numerów zrobiliśmy mały rekonesans po trasie rowerowej – generalnie płaskiej z jednym kilometrowym ale stromym podjazdem), więc w spokoju kręciłem się po tzw.  strefie atletów czekając na start swojej grupy. Punktualnie o 10:40 wskoczyłem do wody razem z ok. 300 innymi zawodnikami. Przez pierwsze kilkaset metrów było naprawdę tłoczno ale jakoś dotrwałem do końca w przyzwoitym czasie 33minut – co biorąc pod uwagę, że gramin pokazał 1,7km jest całkiem ok. Zmiana i w drogę na rower. Tutaj niestety było gorzej – odczuwałem brak treningów co w prosty sposób przełożyło się na wynik, poza tym trzykrotne pokonanie stromego podjazdu dało się we znaki. Kolejna zmiana i przyjemna trasa biegowa pokonana w oczekiwanym aczkolwiek niezbyt szybkim tempie. Łączny czas to 2:57 może nie najlepszy jednak satysfakcjonujący w obliczu świadomości swojej formy. Poza tym kolejne doświadczenie traiathlonowe w dodatku w na tak dużych i perfekcyjnie zorganizowanych zawodach i oczywiście ten doping Beaty z Anią, Ani z Polą i Mariusza – dzięki wielkie.

Krzysztof Stepień 2:57:38 693/852

Wszystko to jednak nic w obliczu tego co wydarzyło się dnia następnego. Pobudka o 5 rano, krótkie rozciąganie i razem Krisem – bohaterem dnia oraz Marlonem udaliśmy się do Zurichu aby ok. 6 odstwić Krisa do strefy zmian, która robiła ogromne wrażenie. Ok. 1800 rowerów (co jeden to lepszy) uszeregowanych w wielu rzędach – szybko policzyliśmy, że ich łączna wartość to ok. 20.000.000PLN jak na „kilka” rowerów to niezła sumka. Dookoła krzątali się poddenerwowani zawodnicy w oczekiwaniu na 7 rano. Nie będę się za bardzo rozpisywał na temat takich szczegółów organizacyjnych jak odpowiednia liczba toalet, wysprzątane podłoże, rozdawane gadżety do dopingu itp. czyli wszystko to czego u nas często brak. Natomiast największe wrażenie zrobiła grupa 1800 zawodników wpuszczonych na jeden gwizdek do wody. Z plaży wyglądało to niesamowicie – kocioł jakich mało. I pośród tych wszystkich odważnych ludzi – Kris podejmujący wyzwanie, które dla nas wszystkich jest chyba spełnieniem najskrytszych sportowych marzeń.

Prawie cztery kilometry w jeziorze stanowi nie lada wyzwanie stąd też rozpiętość czasowa duża, ale Kris uporał się z tym bardzo szybko aby po krótkiej przerwie na zmianę garderoby wskoczyć na jeden z 1800 równo poustawianych rowerów. O ile moja górka była stroma to trasa rowerowa IM Zurich jest dla przeciętnego człowieka nie do pokonania. Zdecydowanym utrudnieniem była pogoda, która zmieniała się od słonecznego letniego poranka do gradobicia, wielokrotnych nawałnic deszczowych i burz. Patrząc na statystyki to ok. 300 osób nie podołało  trudom zawodów – ale nie Kris, który z bardzo dobrą średnią prędkością dotarł do strefy zmian gdzie po ponownej zmianie garderoby poleciał na trasę maratonu. Sam fakt pokonania trasy 42km powoduje u niektórych dreszcze lub zawroty głowy – a co dopiero po pokonaniu 3,8km w wodzie i 180km na rowerze?

Na trasie biegu mającej cztery pętle (mocno ułatwiało to kibicowanie) widać było ogromne zmęczenie zawodników – nawet Kris wyglądał na pierwszym okrążeniu na zmęczonego – później trochę ochłonął. Na szczęście to co przeszkadzało na trasie rowerowej okazało się chyba dla wielu zbawienne podczas biegu – było chłodno i pomimo czestych i wielokrotnych przelotnych opadów deszczu warunki do biegania wydawały się ok.

Po wielu godzinach walki na trasie pierwsi zawodnicy zaczęli powoli przekraczać linie mety przy ogromnym aplauzie licznie zgromadzonych kibiców stojących często w strugach zimnego deszczu. Na mecie było wiele chwil wzruszenia, łez, uścisków. Niewątpliwie atmosfera podczas finiszu Ironman’a jest czymś co długo zapamiętam a radość z możliwości powitania Krisa na końcu tak długiej drogi niezapomniana. Świadomie nie piszę tu o czasach i zajętych miejscach bo nie o to tu chodzi (nawet jak są tak dobre jak u Krisa) liczy się fakt zmagania samego z sobą i trasą podczas jednej z najtrudniejszych dyscyplin – Krisowi się udało – ogromne gratulacje i mam nadzieję, że kiedyś mi też się uda.

To tyle oczami kibica – więcej i już bezpośrednio z trasy dowiemy się zapewne od pierwszego HURPA IronMan’a

ks

PS. Pamiętacie to - dobrze, że mogliśmy komuś pomóc.

II Mistrzostwa MTB o Puchar Burmistrza Lubniewic

By , 8 lipca 2012 22:15

Zupełnie przypadkiem dwa tygodnie temu trafiłem na anons o II Mistrzostwach MTB  o puchar Burmistrza Lubniewic. Zapewne ominął bym tą informacje (co mnie obchodzą jakieś Lubniewice) gdyby nie fakt, że są to te Lubniewice, w których mam trochę „orzeszków” – dodatkowo końcówka trasy prowadzi przez nasze pola.

Szybka decyzja, wizyta u burmistrza, ufundowanie głównej narody i od startu już wymigać się nie mogłem.

Dzień bardzo pogodny, ciepło słonecznie, bez specjalnego wiatru, niestety trwające od kilku dni burze zapowiadały, że w lesie może być mokro, a sam burmistrz zwracał uwagę, że trasa nie jest łatwa.

Na stracie stanęło 102 zawodników – czyli całkiem sporo jak nasze warunki (dzisiaj jestem pewien, że w przyszłym roku trzeba będzie się spieszyć z zapisami bo lista startowa się szybko zapełni).

Pierwsze 7 kilometrów trasy to asfalt pomiędzy okolicznymi polami,  kolejne kilometry to naprawdę rozkosz dla oczu i duuży wysiłek dla organizmu. Trasa bardzo urozmaicona jak dla mnie naprawdę trudna (nie zdawałem sobie sprawy, że w tej okolicy jest aż tyle górek) prowadzona przez przepiękne tereny leśne, wieloma wąwozami, dzikimi zakątkami nad jeziorami, leśnymi bezdrożami – naprawdę baaardzo ładnie i technicznie trudno.

Wiele razy tutaj bywałem „służbowo” ale nie zdawałem sobie, że okolica jest aż tak urocza. Ponadto dało się zauważyć, że trasę wytyczały osoby, które naprawdę znają okolicę i chcą pokazać jej walory w całej okazałości.

Było dużo podjazdów, zjazdów, zakrętów, mnóstwo kałuż, błotnistych przepraw, dzikich wąwozów – naprawdę byłem pod ogromnym wrażeniem. Trasa była na tyle ciężka, że kilka osób w ogóle nie dojechało do mety, czemu się specjalnie nie dziwię. Dla mnie był to jeden z trudniejszych startów rowerem, zarazem dający wiele satysfakcji i przyjemności.

Do mety „unorany” dojechałem po ok. 2g 40 min. pokonując 42km (GPS niestety nie policzył wszystkiego ponieważ jechaliśmy takimi zakamarkami, że zegarek tracił sygnał) Może zdobyte miejsce nie jest zbyt eksponowane (74/102) ale impreza była bardzo fajna. Dodatkowy atut to możliwość kąpieli po dotarciu na metę w jednym z wielu pobliskich jezior – jak dla mnie było super.

Całość była zorganizowana pod patronatem Burmistrza Lubniewic, który wraz ze swoimi współpracownikami i mieszkańcami włożył wiele energii w organizację imprezy i promocję tego zakątka zachodniej Polski. Mamy już wspólnie obgadany temat i w przyszły roku wstępnie planujemy zrobić triathlon mtb – także mam nadzieję, że jak się uda to mnie nie zawiedziecie i staniemy razem na starcie :-)

Jeszcze raz gratulacje dla organizatorów za zrobienie naprawdę fajnej imprezy, której ukończenie dało dużo satysfakcji.

Krzysztof Stępień 2:40  mjsc. 74/102

tu trasa

Otwarte Mistrzostwa Polski Weteranów w Triathlonie 2012

By , 9 czerwca 2012 21:58

Wczoraj nasi nie ograli Greków tym samym nie było okazji do spędzenia wieczoru przy większej ilości piwa. Tak więc rano głowa świeża i mogłem spokojnie wyruszyć do Środy Wielkopolskie aby po raz drugi zmierzyć się z dystansem olimpijskim.

Już w zeszłym roku olimpijka mi pasowała z tym większą ciekawością chciałem wystartować ponownie. Jak co roku (już trzeci start w Środzie) wszystko było ok, jedyna zmiana to taka, że w tym roku wprowadzono wpisowe. Oczywiście z uwagi na rangę Mistrzostw Polski zawody rozgrywane pod patronatem ostatnio mojego ulubionego związku PZTri.

Pogoda całkiem dobra, 20 stopni, lekki wiatr, woda 18, wszystko w najlepszym porządku, poza małym drobiazgiem jak brak okularów – na szczęście zdążyłem kupić na miejscu :-)

Jedynym mankamentem zawodów w Środzie to trasa pływacka – są dwie pętle co samo w sobie nie stanowi problemu ale wymusza niewielkie odległości pomiędzy bojkami. W tym roku na starcie stanęło ponad 200 osób tym samym w zasadzie na wszystkich bojkach pierwszej pętli było baaardzo ciasno – a co się z tym wiąże to wiecie sami.

Dla mnie pływanie było super uplasowałem się na początku drugiej setki z czasem 29:22 i pierwszy raz w życiu po wbiegnięciu do stery widziałem tyle rowerów :-)

W strefie było też w miarę ok. Niestety po przejściu belki i próbie okiełznania mojego felta zaliczyłem glebę. Spadł łańcuch, wygięła się klamkomanetka, zdarłem kolano. Szybkie próby założenia łańcucha nie dawały efektu. Koło się nie obracało. Emocje i wkurw…nie nie pozwalało mi prawidłowo zdiagnozować sytuacji. Dopiero ktoś z kibiców krzyknął, że przerzutka się zagięła i blokuje koło. Na szczęście udało mi się wszystko jakoś poskładać i ruszyłem w na trasę, niestety zdążyło mnie już wyprzedzić kilkudziesięciu zawodników. Miałem tylko trzy środkowe (na szczęście) biegi, które z trudem mogłem zmieniać, niemniej jednak felt wytrzymał do końca i po raz drugi w strefe znalazłem się po godzinie i 22 minutach (w tym cała zabawa z rowerem).

Trasa biegowa była dość trudna (na placu budowy alejek wokół jeziora), podobnie jak w ubiegłym roku prowadziła przez „siodło” przy tamie, które pomimo, że z niewielkim spadkiem w trzeciej godzinie zawodów dało się odczuć. Wg mnie nie było całych 10km, ale dokładnie nie wiem, nie miałem garmina.

Na mecie zameldowałem się z czasem 2:43:22, co znacznie (8min) poprawiło wynik ubiegłoroczny (co prawda był krótszy bieg- co jest dość dziwne jak na MP).

Były to dla mnie trudne zawody ze względu na ostanie diagnozy dot. stawu biodrowego i zdecydowane ograniczenie treningów biegowych, ale co tam udało się! Teraz zaczynam przygotowania do HuraBaltic.

pozdr ks

Krzysztof Stępień czas 2:43:22 mjsc. 165/200

Zürich Marathon 2012

By , 27 kwietnia 2012 23:17

start temperatura 5 stopni; świeci słońce
1-4km dobre tempo; wszystko jest ok; może ubrałem się za ciepło
4km tempo nadal ok; delikatny podbieg; tętno trochę wzrasta; zaczyna kropić deszcz
5 – 9km leje deszcz; słońce się schowało; jest zimno; ubrałem się ok; tempo ok; samopoczucie ok; tętno w granicach 145-147 – trochę za wysokie jak dla mnie na tą część; staram się rozluźnić i zejść z niżej z tętnem; czuje lekki dyskomfort w prawym udzie
10km leje deszcz; komentator mówi że mięczaki zostały w domu i w taką pogodę biegną tylko twardziele; nie wiem jaki mam czas bo na garminie mam ustawione tylko dwa parametry tętno i tempo, ale jest pewnie w granicach 44-45minuty; czuję że coś jest nie tak z prawym udem; jakby mały kamień wpadł do środka; mam nadzieję że przejdzie na następnych kilometrach
11 – 14km leje deszcz i zimny wiatr wieje w twarz; tempo jest ok i czuję się dobrze – tylko to udo coraz bardziej mi dokucza; cały czas czekam aż się rozgrzeję na tyle że ten skurcz zmieni się w uczucie rozlewającego się ciepła i zniknie;
15 – 19km leje deszcz i zimny wiatr dalej wieje w twarz; moje skamielina jest coraz większa; cały czas staram się jak najbardzie rozluźnić; moje tempo w związku z tym nieznacznie spada; spada też tętno – super; czuję że kondycyjnie jestem w stanie w tym tempie dotrwać do końca, tylko to udo zaczyna być bardzo bolesne;
20km deszcz ustaje; co nie ma wielkiego znaczenia bo i tak już jestem całkowicie mokry; ból prawego uda jest coraz gorszy, a moja skamielina rozrosła się do rozmiarów bochenka chleba;
20,5km pękam i staję na chodniku; przez niecałą minutę rozciągam udo; czuję że jest już za późno na tego typu zabiegi; jest zimno
21-22km powracam do biegu; staram się myśleć pozytywnie ale czuję że to ekspresowe rozciąganie nic nie pomogło; jest bardzo zimno
23km staję po raz kolejny; tym razem na dłużej i staram się rozciągnąć i rozmasować udo; mijają mnie baloniki na 3:15; jest bardzo zimno; zaczynam biec z dwóch powodów jestem zmarznięty, a poza tym nie ma innych opcji; zdaję sobie sprawę że to będzie dłuuugi dzień;
24km – 25km biegnę bardzo powoli; załączam muzę na podbudowę nastroju; po minucie mój przemoczony ipod się wyłącza na amen; jak pech to pech; nawrót w Meilen i w końcu wiatr jest teraz w plecy;
26km – 31km powoli się rozgrzewam; biegnę wolnym tempem i zastanawiam się kiedy dojdą mnie baloniki na 3:30
32km – 33km staję i rozciągam udo; dochodzą mnie baloniki na 3:30
34km – 38km zabieram się z balonikami; wychodzi słońce i jest całkiem przyjemnie; powoli się rozkręcam; zaczyna padać
39km – 42km nie na długo wystarczyło mi sił; staję rozciągam się i czuję że jestem już bardzo zmęczony; nie opłaca się biegać maratonów wolno, gdyż biega się je znacznie dłużej; przechodzę w tryb bieg marsz; przestaje padać
meta dobiegam; przed metą Ania, Pola, Asia, Misiek, Tymek, Lukasz i Cyli; czas 3:42 – najgorszy w historii; czuję się jakby przejechał po mnie czołg i zaparkował na prawym udzie; mimo wszystko czuję satysfakcję; kolejnym razem będzie lepiej; hurpa

GPS; Czas: 3:42:02; Wyniki; Miejsce mężczyźni 1206/2492; w kat. 285/587

Engadin Ski Marathon 2012

By , 12 marca 2012 21:47

Co wybierasz: DNS (Did Not Start – nie wystartował) czy DNF (Did Not Finish – nie ukończył)?

Czy może podjęcie ryzyka i ukończenie znacznie poniżej możliwości?

Ja wybrałem opcję ukończenia jeśli to tylko możliwe. Cieszę się, że spróbowałem i że udało mi się dotrzeć do mety. Szczerze mówiąc, pomimo przeciwności losu, był to bardzo przyjemny bieg – chyba jeden z przyjemniejszych. Pogoda była fantastyczna, trasa twarda i bardzo szybka, a mi się nigdzie nie spieszyło. Miałem tylko jeden cel – spokojnym tempem dotrzeć do celu. Zrobiłem ten marathon już po raz czwarty i spośród tych czterech w tym roku warunki zdecydowanie były najlepsze. Jak bardzo czas zależny jest od warunków i jak bezsensownym porównywanie jest czasu z lat poprzednich niech świadczy fakt, że pomimo mojego niskiego tegorocznego tempa poprawiłem życiówkę o dwie minuty. Co ma sens, to porównanie uzyskanego miejsca. Tu już widać moją niedyspozycję i spadek o prawie 1100 pozycji brzmi adekwatnie. Przydział do grupy startowej Elity C, wywalczony na podstawie wyniku w zeszłym roku, mi nie przepadnie, gdyż ważny jest przez dwa lata. W przyszłym roku muszę go conajmniej utrzymać. Były ze mną moje dziewczyny, które jak zawsze bardzo mnie wspomagały – dziękuję! Niestety Batman mimo ogromnych chęci startu wybrał DNS.
Dla wszystkich zainteresowanych nowościami z zakresu metod schudnięcia zamieszczam poniżej przepis na nową super dietę, którą miałem możliwość przetestować.

Dieta Cud, czyli: Jak stracić ponad 5% swojej wagi (ponad 4 kilogramy) w ciągu 4 dni?!

Faza nr 1 – Inicjowanie diety:
Tydzień wcześniej zaraź się Rotawirusem (tzw. wirusem pokarmowym). Jest on łatwo dostępny w okresie wiosenno-jesiennym. Dobrym miejscem są przedszkola i generalnie bliski kontakt z zarażonym maluchem, najlepiej podczas wymiotów. Tutaj podaję dwie opcje jak najlepiej wejść w posiadanie wirusa, natomiast możliwości jest najprawdopobniej więcej.

Opcja1: Wymioty u zarażonego malca można wywołać poprzez jazdę samochodem po krętych drogach, co przyczynia się do powleczonej wymiociną tapicerki auta, którą trzeba następnie umyć. Do mycia należy przystąpić bez jakiegokolwiek zabezpieczenia rąk czy twarzy, gdyż to mogłoby wystraszyć i zniechęcić wirusa do Twojej osoby.

Początki bywają trudne i może się zdażyć, że wirus się na Tobie pozna i Cię nie polubi. Dlatego podaję bardziej pewne rozwiązanie:

Opcja2: Ażeby być absolutnie pewnym i nie dać wirusowi wyboru, można przed wyjazdem w krętą trasę podać malcowi kawałek na przykład jabłka, które później po odnalezieniu w aucie można już wraz z wirusem skonsumować. Osobiście tej opcji inicjowania diety nie próbowałem, ale jestem przekonany o jej skuteczności.

Faza nr 2 – Oczekiwanie:
Przez kolejne 3-4 dni nie zmieniaj absolutnie nic w swojej diecie czy stylu życia. Kontynuuj jak zawsze. Pod koniec fazy oczekiwania bądź przygotowany na nagłą konieczność przerwania swojej normalnej rutyny i przejścia w fazę główną diety.

Faza nr 3 – Główna – dzień 1, 2 i 3:
Gdy koniecznym jest używanie przez Ciebie środków transportu publicznego, na przykład kolei – zawsze zajmuj miejsce blisko toalety. Poszukiwania toalety w ostatniej chwili są bardzo stresujące i mogą przyczynić się do sinej bladości na twarzy i niemalże omdlenia. Najlepiej po wejściu do wagonu idź od razu do toalety i pozostań tam na całą podróż.

Podczas fazy głównej zwanej również „fazą wysiadywania”, może wystąpić fala gorączki do 41 stopni połączona z dreszczami, uczuciem zimna i ogólnym uczuciem umierania. Nie panikuj – to jest normalne.
Faza wysiadywania trwa minimum 3 dni i 3 noce, i charakteryzuje się brakiem apetytu oraz bardzo krótkim czasem (5min-30min) pomiędzy spożyciem czegokolwiek a pozbyciem się czegokolwiek. W związku z powyższym pod koniec fazy, będziesz się czuł osłabiony, odwodniony i wycięczony.

Faza nr 4 – Marathon – dzień 4 ostatni
Po trzeciej nocnej mega sesji wysiadywania, podczas której być możliwe zażyjesz tylko niecałe dwie godziny snu, zjedz dwa batoniki typu „suche ciastko w czekoladzie” i powstrzymaj się od picia czegokolwiek. Dwie godziny przed startem opuść toaletę i udaj się na start marathonu narciarskiego. Podczas marathonu bądź przygotowany na każdą ewentualność i pij maksymalnie dwa łyczki co dziesięć kilometrów. Przebiegnij marathon.

Powyższa dieta jest bardzo skuteczna, a jej rezultaty zostały udowodnione i skalkulowane po uzupełnieniu wszystkich płynów i całkowitym nawodnieniu.

Mimo swojej skuteczności dieta nie jest zalecana.

Wyniki, Czas: 2:36:36, Miejsce 3381/7689, GPS

Ski Mara 2012 by Misiek

By , 6 marca 2012 21:23

Michał Kępczyński po 22km biegu na nartach klasycznych relacjonuje:

Wydawało mi się że nazwa tej imprezy pochodzi od maratonu. Okazało się jednak że chodzi o defincję słownikową mary, oznaczajcą zjawę nocną, która będzie mi się sniła do końca sezonu.
Już przy samym dojeździe na miejsce imprezy uważny obserwator domyśliłby się że coś jest nie tak, kiedy nasz samochód jadący z prędkością 40 km/h wyprzedziła grupa narciarzy (czytaj dziadków na klasykach) znikając następnie za zakrętem.
Niestety zignorowałem ten znak. Mało tego po przedarciu się przez gąszcz starych wyjadaczy, którzy na przenośnych stolikach smarowali swoje deski (czasem mam wrażenie że sprawia im to większą przyjemność niż sama jazda) zamiast zrobić rekonesans lub rozgrzewkę udałem się z rodzinką na spacer po pięknej okolicy trzymając się zasady że moje uniwersalne narty poradzą sobie z każdym terenem.
5 minut przed startem prawda wyszla na jaw, sobotnia temperatura w okolicach 10 stopni i nocny przymrozek, zrobiły swoje czyli lodowisko zmiast trasy narciarskiej. Podbiegi były tylko trochę trudniejsze niż zwykle, a cała zabawa zaczynała się na zjazdach. Każda górka oznaczała jazdę z prędkością światła w dół, bez możliwości hamowania i skręcania, w dwóch rowkach (niestety nie było miejsc żeby z nich wyskoczyć). Znakomity team building- pełna wiara w ludzi którzy robili rowki, którzy jadą przed tobą i za tobą. Niestety złudna wiara, po 5 minutach czyli pierwszym spektakularnym kontakcie z lodem przy prędkości około 30 km/h było już mi wszystko obojętne. Trochę gorzej jest dzisiaj, kiedy nie mogę wstać z łóżka, z drugiej strony przynajmniej mam dzień odpoczynku w domu i czas żeby napisać relację. Wynik też nie najgorszy jak na pierwszy sezon. Miejsce 46 na 60 oznacza ze ustabilizowałem swoją pozycję w granicach 75 centyla, a w mojej grupie wiekowej jest jeszcze lepiej :-).
Jescze jedna dygresja – w klasyku rozpiętość wiekowa jest bardzo duża, pierwsza piątka mojego biegu między 20 a 60 lat, ale według rankingu zawodnik który skończył przede mną miał 112 lat, zakładam że to błąd ale jeżeli to prawda to mam jeszcze przynajmniej 80 sezonów żeby popracować nad techniką!
pzdr
mK

Foty, Wyniki

Sahara Marathon 2012

By , 4 marca 2012 16:06

Trudno mi zacząć opisanie wydarzenia jakim był udział w Sahara Marathon 2012. Wiąże się to przede wszystkim z tym, że chyba nie jestem w stanie przekazać wszystkich odczuć i wrażeń jakie przywiozłem z tygodniowego pobytu w miejscu, o istnieniu którego jeszcze kilka tygodni temu nie miałem pojęcia.

Zapisując się na ten bieg głównym powodem był oczywiście udział w maratonie i podjęcie kolejnej próby pokonania magicznego dystansu w jakże egzotycznych warunkach. Ponadto była to doskonała okazja do połączenia w jedną całość moich trzech pasji: fotografii, podróży i sportu. Z dzisiejszego punktu widzenia maraton okazał się tylko jednym z elementów tej jakże niecodziennej wyprawy.

Miejsce w którym już po raz 12 zorganizowano bieg to tereny położone w południowo zachodniej części Algerii w prowincji Tindouf (w tym, że jest to miejsce egzotyczne utwierdził mnie sprzedawca w sklepie wolnocłowym na lotnisku w Madrycie nie ukrywając zdziwienia na widok mojej karty pokładowej – gdzie to do cholery jest?). To obszar na który składa się kila obozów dla uchodźców (łącznie ok. 250tysięcy osób) z okupowanego przez Maroko terytorium Sahary Zachodniej. Obywatele Demokratycznej Arabskiej Republiki Sahrawi osiedlili się w tym miejscu ponad 30 lat temu w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi po wygnaniu ich z obszarów na których mieszkali od pokoleń. Dzisiaj mają swojego prezydenta, rząd, parlament i … niewiele więcej.

Continue reading 'Sahara Marathon 2012'»

La TransJurasSienne 2012 – 25CT Misiek

By , 11 lutego 2012 22:10

„Francuska Syberia” tak nazywany jest rejon w którym rozgrywane są zawody La TransJuraSienne. W tym roku chyba szczególnie daje się to we znaki. Szczególnie – gdyż w całej Europie panują mrozy, a w Jurze dodatkowo mocno wiało i jest super zimno. Chyba – gdyż byliśmy w tym rejonie w tym roku po raz pierwszy, więc ciężko powiedzieć czy jest to normą. Po raz pierwszy, ale za to dużą ekipą. Misiek, który w tym roku przeprowadził się do przylegającej Szwajcarii, Marlon, który wpadł na coroczną zimową wizytę oraz Batman planujący start w drugim dniu zawodów.
Misiek wystartował na dystansie 25km stylem klasycznym, który ukończył w wspaniałym stylu. Oto krótki z nim wywiad:

Batman: Co skłoniło Cię do podjęcia tego sportu?
Misiek: Okolica… Coś trzeba robić zimą.
Batman: Dlaczego wystartowałeś w tych zawodach?
Misiek: Bo startuje też w nich Batman.
Marlon: Bo pogoda jest najbardziej przeje***a.
Batman: Jaka była Twoja strategia?
Misiek: Zmieścić się w limicie czasowym. (cel został osiągnięty!)
Batman: Było ciężej niż się spodziewałeś?
Misiek: Nie, nie było ciężej, ale było zdecydowanie zimniej. Ciężkie też były zjazdy, duża prędkość, zakręty i cztery gleby.
Batman: Jakie plany na przyszłość?
Misiek: Jeszcze pewnie zrobię coś w tym sezonie, ale muszę się rozenać co jest dostępne w okolicy.
Marlon: Życzę Ci samych sukcesów w przyszłych startach i lepszych warunków atmosferycznych.
Batman: Marlon – kupiłeś buty i rolki, jakie masz plany związane z tym?
Marlon: Teraz muszę kupić półkę na buty i rolki.
Batman: Powodzenia!

Misiek z czasem 3h18 zajął 82 miejsce na 109 mężczyzn. Wyniki.

Surselva Marathon 2012

By , 31 stycznia 2012 22:15

Alpy toną w śniegu! Temperatury w okolicach zera stopni powodują, że śnieg w górach cały czas pada. Mieliśmy zatrzymać się na weekend w Sumvitg, 10km od Surselva, w której odbywają się zawody. Niestety, dach stodoły naszej kwatery z obozu rowerowego 2010 nie wytrzymał tej ogromnej ilości śniegu i się zarwał. 1 2. Na każdym z domów zalega po 1,5metra zbitego śniegu i tamtejsze wioski wyglądają w tym roku nadzwyczaj przepięknie. W noc przed zawodami spadło dodatkowo jeszcze 25cm śniegu i ratraki od 4-tej rano przygotowywały trasę. „Zima na całego”, tak określiła to moja teściowa Grażyna, która razem z Anią i Pola była z nami na zawodach. W związku z faktem, że byliśmy zmuszeni jechać na zawody w niedzielę rano, wykorzystaliśmy sobotę na jazdę na sankach i zrobiliśmy popołudniu po dwa zjazdy po 6km – Pola była zachwycona, a Grażyna przejechała w 2 godziny dystans dłuższy niż przez całe życie.

W niedzielę, w miejscu zawodów było około -3 stopni, zza chmur wyszło piękne słońce, a na linii startu stanął Batman. Nikt do tej pory nie wie jak się to stało, skąd się wziął i dokładnie kiedy, nikt się tego nie spodziewał – po prostu pojawił się. Wiadomość szybko rozniosła się po okolicy. Ludzie porzucili łopaty i maszyny do odgarniania śniegu, restauracje opustoszały, pocztę zamknięto, zaczęły bić dzwony lokalnych kościołów. Tłumy nadciągały, dzieciaki biegły na linię startu – wszyscy chcieli zobaczyć Batmana. On był już przygotowany. Czarne okulary przysłaniały jego przeraźliwie bystre, nieziemsko seksowne i przeszywające spojrzenie. Jego ramiona i dłonie w czarnych rękawicach przypiete już do kijków narciarskich wydawały się być jak dwa lewary łączace koła parowej lokomotywy – silne, stalowe, pełne nieludzkiej mocy, nie mogące się doczekać pierwszych ruchów nadających całości pęd – pęd przez żadne inne siły nie do zatrzymania. Jego wyrzeźbione muskularne nogi wpietę w wiązania nart, tym razem fachowo nasmarowane przez kolegę Ernst’a, stały się jednością i niecierpliwie wyczekiwały pierwszych ślizgów rozgrzewających wosk i włókna mięśni stopniowo włączanych do wysiłku. Stał wyprostowany, spokojny, zauroczony widokami i atmosferą pięknego poranka. Jego smukła sylwetka wyróżniała się spośród innych biegaczy, był średnio o głowę od nich wyższy i ubrany w strój mrocznego rycerza. Jego peleryna delikatnie falowała wraz z mroźnym, przyjemnie orzeźwiającym górskim powietrzem. Czekał na start. Wielokrotnie przelatywał służbowo nad Alpami i zawsze żałował że nie ma wystarczająco czasu na udział w tych przepięknych narciarskich imprezach. Tym razem, tak jak przed dwoma tygodniami, wszystkie misje w tygodniu zakończyły się na czas i niedziela była tylko dla niego i jego najwierniejszych wielbicielek: Ani, Poli i Grażyny.

Czuł się lekko, nadzwyczaj lekko. Uczucie to niezaprzeczalnie zawdzięczał wypiciu pół litra soku z czerwonych buraków, co zakończyło się niespodziewanym rozwolnieniem. „Dobrze że na wszystko było wystarczająco czasu” pomyślał, przecież widok chowającego się za muldami śniegu Batmana mógłby niektórych rozczarować – „z pewnością nikt nie ma oczekiwań ujrzenia mnie po raz pierwszy w życiu w tak niefortunnych okolicznościach!”. Zdecydowanie mogłoby się to przyczynić do utraty autorytetu i wypaczyć charaktery najmłodszych kibiców coraz liczniej gromadzących się wokół miejsca startu. Ścisnął mocniej, wybierając luzy, swój stary wysłużony pas batmański. Nowy już zamówiony. Został wysłany ze specjalnej, tajnej fabryki z Chin, lecz utknął gdzieś w drodze i nie dotarł na czas zawodów.
Odgłos strzału rozpoczął wyścig i Batman wraz innymi ruszył w trasę. Wystartował na tyłach stawki, spokojnie bez gwałtownych nieprzemyślanych zmian tempa, powoli lecz stanowczo wymijając kolejnych zawodników. Nie miał zamiaru wygrać, robił to dla czystej poezji ruchów, dla doświadczenia tej samej, ale działającej w niecodzienny sposób siły grawitacji, która każdy zjazd czyniła szybkim, a każdy podjazd wyczerpującym. Robił to dla czystej przyjemności odkrywania zaskakujących możliwości człowieka nietoperza, w nieziemsko pięknych, malowniczych, przekraczających ludzką twórczą wyobraźnie miejscu. Czarne kształty jego wysportowanego ciała delikatnie opięte strojem mrocznego rycerza na tle białego śniegu były niczym symbole Tai Chi, na przemian odzwierciedlające bezruch i przyspieszenie, balans i harmonię, kumulację i eksplozję potwornej siły zgromadzonej w jego ciele. Jego ruchy były szybkie i pewne, jego technika ślizgów nigdy wcześniej tak doskonała i jednocześnie obiecująca na przyszłość. Był jak Zorro przeszywający swoimi szpadzistymi nartami płatki śniegu i zostawiający po sobie idealnie wyryte znaki, będące namacalnym lecz ulotnym dowodem na jego istnienie. Płynął po spienionym oceanie walcząc z każdą nadchodzącą falą i osiągnąwszy jej szczyt sunął wraz z nią w otchłań kończącą się kolejną, jeszcze większą niż poprzednia ścianą puszystej piany. Był jak Justyna Kowalczyk objawieniem, pociskiem nie do zatrzymania, nie dającym szans konkurentom i wyprzedzającym po raz pierwszy na zawodach Ernst’a, który już chyba nigdy nie nasmaruje mu tak dobrze nart. Przekroczył linię mety w pełnym słońcu z uniesionymi ramionami przy okrzykach Poli, Ani, Grażnyny i niezliczonych kibiców. Cała Surselva świętowała razem z nim… ;) :) :)

Oprócz Batmana, w moich oczach zwycięzcami byli: Pani Andree Degoumois i Pan Armin Bohrer oboje rocznik 1936 – 76lat! Niesamowite!

GPS, Wyniki, Miejsce mężczyźni: 141/182, w kategorii: 27/36, Wśród Batman’ów miejsce pierwsze! Foty 2012

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com