Posts tagged: Kris

Zürich – Seeüberquerung 2015

By , 1 lipca 2015 17:38

IMG_2197Po połówce z Matt’em w górach, zjechaliśmy na niziny i trzy dni później zaliczyliśmy „Seeüberquerung”. Coroczna impreza, polegająca na przepłynięciu jeziora Zürich’skiego w poprzek. Dystans około 1600m. Startuje się w grupach co 15min. W tym roku temperatura wody 23C i około 30C powietrza. W imprezie wzięło udział 9000 osób. Oprócz Matt’a był również w naszej grupie Jason, Glenn & Katrin i Cathal. Wszyscy dotarli do drugiego brzegu. To było moje pierwsze pływanie w tym roku. Przeprawa zajęła mi niecałe 35min. Jason wynurzył się jako drugi, sekundę po nim Matt, następnie Glenn z Katrin, a stawkę zamknął Cathal w mocno tonących spodenkach. Na mecie napoje i risotto. Piwko extra. :) Hurpa! Matt’s GPS

Aletsch-Halbmarathon 2015 – Matt&Kris

By , 28 czerwca 2015 17:06

aletsch-halbmarathonWraz z Matt’em zrobiliśmy w górach połówkę. Jak to przy/po połówce bywa, było fantastycznie! Zaczęliśmy w Bettmeralp na 1950m, a skończyliśmy na Bettmerhorn 2643m. Bez wahania powiem, że była to najpiękniejsza trasa jaką kiedykolwiem biegłem. Po prostu wspaniała! Dodatkowo mieliśmy idealną pogodę. Pełna lampa, co na tych wysokościach przkładało się na 20-25C. Pobiegłem w zastępstwie kolegi, który załapał kontuzję i oddał mi swój pakiet startowy – stąd „Tom” na numerze startowym.
Miejscowość Bettmeralp, też bardzo piękna. Dojazd możliwy tylko kolejką. Brak samochodów (oprócz pojedynczych „Melexów”). Cisza, piękne widoki, jezioro, trasy do chodzenia/zjeżdżania. Super miejsce na ucieczkę od codzienności.
Dwa wnioski na przyszłość:
A) przebiegnę tą trasę jeszcze raz, prywatnie, bez tłumu biegaczy,
B) chyba czas na więcej biegów górskich.

Kris – 2:38; GPS
Matt – 2:40; GPS Wyniki
Zdjęcia
HURPA!

5239503_orig (426x640)

info_streckenplan-gross

HurpaBulls 2015 – Zdjęcia – Photos

By , 8 czerwca 2015 18:24

3 Kołobrzeg Maraton 2015

By , 5 maja 2015 20:11

grape_49 (640x411)1. Czym się różni Kołobrzeg Maraton od innych?
Tym, że powstał dzięki ludziom znających i kochających ten sport. To widać i czuć!
Z daleka od komercji, w przyjaznym kameralnym gronie i w pięknych okolicznościach polskiego Bałtyku.
Super organizacja, piękna trasa, wspaniała atmosfera, pakiet startowy, imponujący medal, obsługa, masaże i gastronomia na mecie  – wszystko zaplanowane w najdrobniejszym szczegółe i z wielkim sercem. I love KG-Mara!

2. Najważniejsze wydarzania tegorocznej edycji?
– Debiut na imprezie KG Kids-Mara: Kseni Kuczery, Hani Chudzikiewicz i Poli Tomczak w kategorii do lat 5-ciu.
– 1-sze miejsce Kseni Kuczery na dystansie 420m. Brawo Ksenia!
– Debiut Kacpra Chudzikiewicz na pełnym dystansie 42.2km.

3. Kacper Chudzikiewicz – ksywa Chudzik.
Kacper od kilkunastu miesięcy, z wielką pasją uprawia poszczególne dyscypliny triathlonu, jak i sam triathlon. Po startach w półmaratonie, tym razem pod wpływem spontanicznej decyzji na dzień przed zawodami, Chudzik przebiegł maraton. Fantastyczny wyczyn! Jego radość udało się uwiecznić na zdjęciu! :)

Kacper wyraził chęć przyłaczenia się do klubu Hurpaguns, co zostało z dużym zadowoleniem przyjęte do wiadomości. Oficjalne głosowanie w tej sprawie, odbędzie się podczas walnego zgromadzenia klubu w Madrycie 29-tego maja w godzinach wieczornych. O wynikach poinformujemy na stronie. ;)

4. Refleksje.
Nie był to dla mnie najlepszy występ pod kątem uzyskanego czasu a włożonego wysiłku. Wiem jak „łatwy” i szybki może być maraton po odpowiednim przygotowaniu. Po KG-Mara wiem teraz również, jak ciężki i wolny może być po braku odpowiednich przygotowań.
Myślę, że wnioski pomogą mi w kolejnych edycjach.

5. Podziękowania.
Podziękowania dla organizatorów!
Podziękowania dla kibiców i wielbicieli Hurpaguns na mecie!
Szczególne podziękowania dla mojej mamy za asystę na trasie!

Hurpa! Wyniki Zdjęcia

Engadin Ski-Marathon 2015

By , 8 marca 2015 17:16

 

FullSizeRender3 (480x640)

Tydzień po Biegu Piastów, przyleciał Marlon i pojechaliśmy do Sankt Moritz.

Po całych 30 minutach pierwszego w tym sezonie treningu, Marlon stwierdził, że jest w pełni przygotowany do zawodów.
Udaliśmy się więc do LaPunt, gdzie pod dowództwem Ernsta przygotowaliśmy narty. Najpierw czyszczenie, potem dwa woski, przerwa, skrobanie, szczotkowanie wiertarką, proszek na przód narty, inny proszek na tył narty, polerka, nałożenie struktury, magiczny płyn, polerka. Trwało to około dwóch godzin, po których Ernst oświadczył, że narty są gotowe. Alleluja!

Później spaghetti i wino w towarzystwie Bea’y, Ernsta i jego znajomej. Pysznie!

Rano śniadanie i szybko na dedykowany na zawody pociąg do Sankt Moritz, a później autobusem do Maloji.

Byliśmy na miejscu 30min przed startem mojej grupy, także nie było czasu na głupoty. Szybkie zdjęcie do kronik Hurpaguns, zdanie ciuchów i biegiem na linie startu.

Nawet nie było tak zimno! Normalnie trzęsę się z zimna do samego strzału, w tym roku wyjątkowo mnie to ominęło – było ciepło.

Zmieniono procedurę startu – Tuż przed, zawodnicy ustawiają się w dedykowanych boksach. Na sygnał wybiega się z nartami w ręku na trasę, zakłada narty i heja…
Myślę, że mniej kolizyjne rozwiązanie niż w poprzednich latach. Niestety imponujący widok tysiąca par nart leżących, gotowych do startu to już niepowtarzalna historia.

Tuż po starcie, między trzecim a czwartym kilometrem widok para medyków robiących gościowi masaż serca. To zawszę daje do myślenia.

Warunki były wymarzone, najlepsze ze wszystkich moich startów – pełna lampa, twarda, szybka trasa i idealna temperatura.

Udało mi się również dojechać w rekordowym czasie – 2h35. Co prawda lokata dużo gorsza od roku 2011 (po którym zakwalikowałem się do ElityC), ale bieg super przyjemny, po którym zamiast zmęczenia, czułem się jak nowonarodzony.

Marlon stawił się na mecie trochę bardziej wyczerpany, ale mając na uwadze jego „30-minutowy program przygotowawczy” było to całkiem zrozumiałe. Byłem pełen podziwu, że mimo braku treningu jest w stanie: A) stanąć na starcie, B) dobiec do celu! Imponujące!

….i tak po raz kolejny zaczęła się wiosna.

Hurpa! Wyniki Zdjęcia

Ps. Dzięki Słonko za opiekę nad bąblami, podczas wypadu.

39. Bieg Piastów – 2015

By , 1 marca 2015 21:47

BiegPiastowOd kilku lat chciałem pobiec w Biegu Piastów i w tym roku się udało.

Zatrzymałem się w Szklarskiej na weekend i w niedzielę wystartowałem na 30km łyżwą.

Trasa bardzo fajna, biegnąca lasem i urozmaicona pod względem wysokości. Pierwsze kilometry to lekki podbieg, później góra/dół. Rzadko zdarzały sie zupelnie płaskie odcinki. Warunki ciężkie: silny wiatr i dużo starego głębokiego śniegu. Trasa nie była przejechana ratrakiem przed zawodami i na niektórych odcinkach biegło sie fatalnie. Narty, buty, kijki wypożyczyłem w Jakuszycach i czułem różnice podczas całego biegu – nie ma to jak własny sprawdzony sprzęt. Na dodatek byłem przeziębiony cały tydzień poprzedzający zawody i jedynym moim celem było ukończenie zawodów.
Było ciężko pod każdym względem, ale w drugiej cześci przyzwyczailem się do tempa i dojechałem do mety po 2h:05m.

To były moje pierwsze zawody od listopada 2013. Z wielu przyczyn w 2014 zaliczyłem tylko trzy DNS (did not start) i nic poza tym. Ponad rok przerwy! Musiałem odpuścic Engadin, połówkę IM w Poznaniu i Jungfrau marathon. Chciałem też wystartować w maratonie i triathlonie w Kołobrzegu. Niestety z planów nic nie wyszło, ale tym większą radość sprawiło mi ukończenie Biegu Piastów.

Hurpa!

Wyniki
Zdjęcia

biegPiastowWyniki

 

 

55926-BPN15-3537-30FT-000101-bpn15_21_s01_20150301_113801_1

Maratona Ticino

By , 12 listopada 2013 0:44

10.11.13 8:45 – Po raz kolejny, w drodze z hotelu na start maratonu zatrzymujemy się, tym razem na stacji benzynowej. Wcześniej próbowaliśmy kiosków z gazetami. Niestety, nie mają kleju. Jak to możliwe, że w tutejszym „kiosku ruchu” nie mają tzw. „kropelki”. Jesteśmy we włoskiej części Szwajcarii, a po włosku to umiem tylko poprosić, podziękować i przekląć, co generalnie pozwala na przetrwanie, ale gdy chodzi o zakup „kropelki” jest niewystarczające. Próbuję więc, po angielsku – brak reakcji, po niemiecku – pudło, na migi – jest, jest jakaś pozytywna reakcja, pani się uśmiecha i wygląda na to że wie o co mi chodzi, prowadzi mnie do półki i podaje naklejkę CH. Zrezygnowany dziękuję i biegnę z powrotem do samochodu. Nawet, na tzw. „CPN-ie” nie mają kropelki. Jak to jest możliwe, że nie mają kleju, którym można wszystko naprawić i wszystko skleić – np. buta, kolczyk z odpadającą perełką, …, i przede wszystkim dwa palce. Chwila refleksji i dochodzę do wniosku, że chyba niezaprzeczalnie  jestem dzieckiem komuny i wychowankiem Adama Słodowego. „Zrób to sam” – chyba na stałe zakodowane jest w moją podświadomość. Kolejny wniosek to to, że w tym wysoko rozwiniętym kapitalistycznym kraju o wszystko prosi się wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, i nikt nie zniży się do sklejenia czegoś samemu, stąd brak „kropelek” w obiegu. Wniosek numer trzy to, że „kropelkę” należy mieć zawsze przy sobie. Postanawiam, podnieść jej rangę i nieoficjalnie wozić jeden egzemplarz w samochodzie.
Niestety, dzisiaj, jest duża szansa, że częściowo odklejona podeszwa w moich „startówkach” (który to defekt odkryłem tuż przed wyjazdem z domu) całkowicie odklei się od góry buta i bez podeszw, w dziurawych od asfaltu skarpetach, dobiegnę do mety.
8:55 – dojeżdżamy do miejsca startu. Od rana pada deszcz. Szybko przebieram się pod kawałkiem dachu pobliskiego centrum sklepowego. Wciągam banana. Buziaki dla rodzinnej draki i biegnę w kierunku startu.
9:05 – jestem niedaleko startu. Pee-stop. Wciągam żel.
9:07 – miejsce startu jest przy hali sportowej przy krórej jest hotel. Wchodzę, pytam się o kropelkę. Facet mówi, że „moment” i przynosi skrzynkę pierwszej pomocy. Otwiera skrzynkę i oczywiście „kropelki” nie ma. Wyjaśniam mu, że chodzi mi o „kropelkę”. Mówi, że ma i daje mi klej biurowy do papieru. Przepraszam, dziękuję i wychodzę. Nie ma czasu. Co za kraj! Adam byłby rozczarowany.
9:09 – jestem na starcie. Na rozgrzewkę nie ma już czasu. Rozciągam delikatnie łydki i czwórki. Rozgrzeję się po drodze. Muszę zacząć delikatnie. Pada deszcz. Temperatura około 5 – 7 stopni.
9:10 – Strzał! Zaczynamy. Pierwsze kroki mocno zwolnione przez tłok. Po chwili jest już luźniej. Czuję, że opada mi pasek mierzący tętno. Podciągam go, a on dalej spada. Poddaję się i opada mi całkowicie na biodra. Zapomniałem, że go ostatnio poluzowałem… No cóż będę miał zmierzone tętno brzucha. Nie chcę mi się kombinować z jego podciąganiem. Mam na górze ortalion i sprawa jest utrudniona. Gdybym się rozgrzał, problem wyszedłby podczas rozgrzewki. Niestety…
9:12 – Coś jest nie tak. Nie wiem ile na starcie było ludzi za mną, ale przede mną jest dużo. Zbyt dużo. Czy większość biegnie tutaj poniżej 3h? O co chodzi?
1km – Zegarek pokazuje 4:18. Hmm… trochę szybko jak na początek bez rozgrzewki. Czuję, że banan i żel podchodzą mi do gardła. Powinienem go zjeść 20-30 minut przed startem.
3km – Duża grupa zdecydowanie oddala się ode mnie. Czuję się ciężko – jakbym ważył 10kg więcej. Banan i żel jest zdecydowanie zbyt wysoko. Chyba to nie jest mój dzień. Jest szaro, zimno, pada deszcz. Chyba ostatnie trzy tygodnie bez normalnego trenowania i leczenia kontuzji miało wpływ na to jak się czuję.
4km – Wbiegamy między pola i biegniemy po betonowych płytach. Kałuża za kałużą. Zimny wiatr w twarz. I na dodatek ten pierdolony banan…
5km – Ogromna kałuża. Nie ma jak jej ominąć. Wszyscy zmuszeni są biec przez nią. Wbiegam i ja, trzy kroki, przy których za każym razem zanurzam się po kostki. Jak w rów z wodą podczas biegu z przeszkodami. Brakuje tylko przeszkody. Zimna woda zalewa mi stopy. Cała wagowa przewaga startówek, właśnie została zniwelowana.
To chyba zdecydowanie nie jest mój dzień. Chyba podziękuję po pierwszym okrążeniu i zaliczę tylko połówkę. Szczerze mówiąc, to nie lubię okrążeń podczas zawodów. Przychodzą głupie myśli żeby dać sobie spokój w trakcie. Dodatkowo, świadomość tego trzeba to przebiec jeszcze raz…
Staram się zagłuszyć negatywne myśli pozytywnymi i skupić na technice biegu.
Stacja z napojami. Do tej pory banan i żel się nie przelały ale momentami było blisko. Łapię kubek z wodą i biorę dwa, trzy łyki.
6km-8km – Nie jest łatwo. Nie pada, tylko leje deszcz. Szczerze mówiąc, nie robi to już żadnej różnicy. Biegnę i gdy zegarek sygnalizuję kolejny kilometr, sprawdzam czy mieszczę się 4:30 na kilometr.
9km – ostatni kilometr był wolny, ale przyjął się banan. Skupiam się nad kadencją. Kończę 9-ty 4:20.
10km – wciągam żel. Dobiegam do stacji i biorę wodę. Kończę 10-ty i rzucam okiem na zegarek – 45 z hakiem. Jest ok.
11km – czuję, że wchodzę w rytm.
12km-14km – dobiegam do tzw. biustonosza. Przede mną kilometr pod górkę, później pół w dół, znowu pół pod górę i kilometr w dół. Przy podbiegu skupiam się na utrzymaniu kadencji i pracy ramion, skracam krok.
14-15km – Wciągam żel i popijam wodą. Lecę w dół. Wyprzedzam dużą grupę biegaczy. Dobiegam do centrum Locarno i przebiegam koło hotelu w którym spaliśmy.
16-20km – czuję że wpadłem w swój rytm.  Ciągle pada, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Biegnę przy jeziorze. Widok jest fantastyczny, a dodatkowo jest dużo tzw. motywatorów, czyli tych co wyprzedzam i zupełny brak demotywatorów czyli tych co mnie wyprzedzają. Jest sympatycznie.
21,1km – półmetek. 1h32 z hakiem. Rozglądam się za rodzinką, ale ich nie widzę. Nie był to najłatwiejszy początek, ale zaczynam drugie okrążenie w niezłej formie. Ciągle pada.
21,1-26km – mało ludzi, bardzo mało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że większość biegła połówkę. W promieniu 400m nie ma nikogo. Dobiegam do rowu z wodą… chlup, chlup, chlup. Podeszwy się trzymają. Wciągam żel i popijam wodą.
27-32km – dobiegam do biustonosza. Przede mną kilometr pod górę. Przestaje padać.
33km – włączam muzę na podtrzymanie tempa. Wspomaga mnie Prodigy. Staram się utrzymać kadencję, skracam krok, pracuję ramionami. Wbiegam na pierwszą górkę.
34km – Prodigy jest fantastyczne. Mówią „Let’s go, everybody is in the place!”. Przerabiam trochę tekst na „Everything is in the place” – ani śladu po kontuzji, czuję się dobrze, podeszwy się trzymają, a więc: Let’s go….
35-38km – Druga górka. Wciagam żel i popijam wodą. Czuję, że jest ok. Kryzysu brak. Lecę w dół.
38-41km – Biegnę w zasadzie sam. Było tylko trzech motywatorów. Widzę że mają już chłopaki dość i nogi mają sztywne. Moje też są mocno zmęczone, ale jakoś mniej niż zawsze na tym etapie. Dodatkowo staram się trzymać się wysoko i utrzymać kadencję, nawet kosztem krótszego kroku. Wyprzedzam kolejnego.
42-42,2km – Ok, nie zostało mi nic innego, jak finiszować. Dochodzę motywatora, ale zaczyna przyspieszać i mi ucieka. Przyspieszam, ale on też przyspiesza. Odpuszczam na 30metrów przed metą, ale dochodzę babkę i widzę, że nagle rowijają taśmę na mecie. Domyślam się, że taśma to raczej nie dla mnie. Zwalniam i wpadam na metę sekundę po pierwszej kobiecie. Zegar pokazuje 3h05 z hakiem. Życiówka!
Na mecie moi najwspanialsi kibice: Ania, Pola i Maksiu.

GPS, Wyniki, HURPA

Halwillerseelauf i życiówka

By , 18 października 2013 22:08

Cztery lata temu byliśmy z Anią w Beinwill am See na półmaratonie wokół jeziora Hallwiler w dwójkę. Czytaj tutaj.
W ostatnią sobotę w czwórkę: Ania, Pola, Maksiu i ja.

Cztery lata temu przebiegłem w 1:31:39, tym razem udało mi się wykręcić życiówkę 1:28:06.
Starzeję się jak czerwone wino ;)

Już za trzy tygodnie Maratona Ticino.

Hurpa!

Wyniki GPS

Hurpa Carlo – podsumowanie

By , 25 sierpnia 2013 19:09

Na początek kilka danych:
Termin: 9 sierpień – 18 sierpień 2013 (9 dni jazdy i 1 dzień na powrót)
Trasa: ponad 930km po najpiękniejszych drogach Alp, ze Szwajcarii do Francji, Włoch i Monaco
Przewyższenie: 16km czyli średnio 1.8km pionowo w górę dziennie
Format: rowery szosowe z dwoma torbami na tyle
Noclegi: gdziebądź w namiotach
Pogoda: 1 dzień deszczu, wszystkie kolejne – pełna lampa
Skład: 3 hurpaguns: Marlon, Przemo, Kris

W sumie – Było super!
Trochę obawialiśmy się o to jak rowery szosowe z bagażami sprawdzą się podczas wyprawy. Jakby nie patrzeć nie są zaprojektowane do tego żeby obciążać je dodatkowymi 15kg i nawet zakup bagażnika nie jest sprawą prostą, gdyż tylko niektóre firmy produkują bagażniki do szos. Nasze obawy były na wyrost. Sprzęt sprawdził się znakomicie i nawet na najtrudniejszych przełęczach nie było problemów. Jednymi usterkami technicznymi były dwie „gumy”, które przy tych obciażeniach nie były niczym nadzwyczajnym. W sumie format szosa + bagaże z namiotami jest rewelacyjny, gdy celem jest przejechanie długich odcinków po normalnych drogach i bycie jednocześnie niezależnym od hoteli, rezerwacji, itp.
Sama trasa była spontanicznie planowana w trakcie wyprawy, a jedynym celem znanym od początku, było dojechanie do Monte Carlo (Monaco).
Już w trakcie jazdy we Francji okazało się, że większa jej część pokrywa się ze znaną trasą Route des Grandes Alpes z jeziora Genewskiego na Lazurowe wybrzeże. Map of route des grandes Aples.
Wjechaliśmy na nią za Chamonix i dojechaliśmy do Susa, w której odbiliśmy na Turyn. Po jednodniowym płaskim etapie przez Włochy wjechaliśmy na nią ponownie, tuż przed Sospel i Menton.
Po tygodniu jazdy, luźniejszy dzień w Menton na plaży i na koniec etap wzdłuż wybrzeża do Savony. Z Savony pociągiem do bazy w Szwajcarii.

Widzieliśmy wspaniałe miejsca i zdobyliśmy masę sportowych i życiowych doświadczeń. Przekroczyliśmy dotychczasowe granice tego co możemy dokonać i przejechać na rowerach. Przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil jak:
– narada w kwaterze głównej przy gorzkiej żołądkowej i pierwszy poranek z przełęczą Furka w tle,
– pobudka w sadzie przy nadjeżdżającym traktorze na długich światłach w oparach pryskanych chemikalii,
– kąpiel w rezerwacie żubrów w Szwajcarii,
– kąpiel w lagunie we Francji,
– widok nagle wyłaniających się, przepięknych górskich jezior,
– zalewający oczy pot w drodze na szczyt kolejnej przełęczy,
– ludzi z linami i rakami udających się w Chamonix w góry,
– niesamowity pod względem długości, szybkości i okoliczności, wieczorny wyjazd z Alp do Włoch,
– obstawę policyjną w stylu Tour de France w drodze na kamping we Włoszech,
– rozśpiewanego Włocha, który pilotował nas po włoskim wybrzeżu łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe,
– przepych Monte Carlo,
– wszechobecny dźwięk świerszczy na kampingu w Menton,
– smak zimnego piwa po całym dniu jazdy w upale,
– fantastyczną promenadę z drogą rowerową w okolicach San Remo,
– i setki innych, które pozostaną w nas.

Happy days! Dzięki chłopaki! Hurpa!

Szczególne podziękowania dla Ani, Basi i Agnieszki za opiekę nad dziećmi i umożliwienie nam oderwania się od wszelkich zajęć i trosk dnia codziennego. Wielkie dzięki!

Zdjęcia

Etap 1, Etap 2, Etap 3, Etap 4, Etap 5, Etap 6, Etap 7, Etap 8, Etap 9

1-szy Kołobrzeg Maraton

By , 6 maja 2013 21:58

Cóż to był za dzień! Cóż to był za maraton! Urozmaicona, przepiękna trasa biegnąca wzdłuż wybrzeża z cudownymi widokami na morze i plażę. Do tego fantastyczna pogoda z pełnym słońcem i delikatnie chłodzącą morską bryzą. Bufet na trasie co kilka kilometrów i znaczniki odległości na każdym kilometrze. Kameralnie i komfortowo, 170 biegaczy, którzy stali się częścią pierwszego maratonu w Kołobrzegu. Wspaniałe pamiątkowe medale i koszulki oraz bardzo przyjazna atmosfera na starcie, na trasie i na mecie. Czego więcej trzeba, aby o maratonie powiedzieć wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju?

Może dołożę, że 100 metrów od mety było morze, w którym można było schłodzić obolałe nogi, a na mecie przepyszna zupa łososiowa, do której podszedłem sceptycznie (za co bardzo przepraszam), ale była tak smaczna że zjadłem trzy miski. Na mecie świetny komentator, prysznice z ciepłą wodą i darmowy masaż – wielkie dzięki. Do tego napoje i piwo dla wszystkich biegaczy na uczczenie perfekcyjnego dnia.

To nie był maraton, to był wspaniały sen! Sen, w którym biegnąc po plaży przy światłach morskich latarni znalazłem 42 kilogramowy bursztyn. Proszę nie mówcie o nim nikomu! Niech zostanie tam gdzie go zastałem! ;)

W moim przypadku dodatkową motywacją była również czekająca na mecie rodzina i najbardziej oddany sprawie zespół pomocników na trasie w postaci moich rodziców. Wielkie dzięki Wam wszystkim!

Szczególne podziękowania dla organizatorów, którzy najwyraźniej włożyli w tą imprezę nie tylko swoją kompetencję i doświadczenie, ale również zapał, pasję i serce. Wszystko było perfekcyjne! Ogromne gratulacje!!!

Gratulacje dla Marlona, za udany debiut!

Mariusz Sowiński (Marlon) 3:44:53

Krzysztof Tomczak (Kris) 3:20:06, GPS

Zdjęcia wkrótce.

Hurpa!

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com