Posts tagged: Kris

45-ty, 5-ty i 1-wszy Engadin SkiMarathon 2013

By , 16 marca 2013 18:45

Poraz 45-ty, 10-tego Marca, odbył się w dolinie Engadin marathon narciarski z Maloji do S-chanf. Dla mnie był to już 5-ty raz, a dla Marlona, Chrissie Wellington, Pipy Middleton i Batmana – debiut.
Jakoże słońce Batmanowi nie służy, a w zeszłą niedzielę było go aż za wiele, mocno się biedak pod maską spocił. Dodatkowo przy zjazdach, w pozycji pochylonej  maska nachodziła mu na oczy i musiał w tych momentach rezygnować z widzenia i zdawać się na inne zmysły. Batman udzielił dwóch wywiadów dla telewizji SuperHero Channel i po 2h 25minutach dotarł do mety. Na trasie nadzwyczaj entuzjastycznie pozdrawiały go tysiące kibiców.

Już na mecie udało się nam zamienić kilka słów z roześmianą Chrissie, która dotarła do mety kilka sekund przed Marlonem. Pipa Middleton z czasem 2h 48m wymknęła się nam niezauważona.

Jak zwykle marathon w Engadin był niezapomnianym przeżyciem, jednocześnie końcem sezonu zimowego i zwiastunem wiosny. Teraz czas na biegi i rower! Hurpa!

Relacja Marlona:

W ostatnia niedziele razem z Krzychem wzialem udzial w maratonie narciarskim Engadin. Bylo to moje pierwsze starcie na tym dystansie i w dodatku na nartach biegowych. O godzinie 9.30 w pieknych okolicznosciach przyrody i wiosennym juz sloncu rozpoczal sie bieg mojej grupy. Plan nie mogl byc prostszy- dobiec do mety.  Udalo mi sie go wykonac z czasem 3h20min i tym samym zostalem zakwalifikowany na przyszly rok do lepszej grupy. W tym roku na lini startu stanelo ponad 11 tysiecy narciarzy, a mi udalo sie przybiec gdzies w polowie tej stawki.

Start w Engadin to niezwykla impreza w wyjatkowym miejscu. Przy odrobinie szczescia mozna zamienic slowko i zrobic sobie zdjecie z mistrzynia swiata w triatlonie. Polecam wszystkim hurpaguns i wielkie dzieki Krzyskowi za pokazanie mi jak sie nie zabic nart biegowych i wyprawe do St.Moritz. ;)
Hurpa,
Marlon

Zdjęcia:
Telewizyjne podsumowanie Engadin SkiMarathon z wywiadem z Batman’em:

;) Hurpa

Ironman Zürich 2012 cz.2.

By , 16 lutego 2013 11:50

…IM Zurich cz. 1

Jak to zwykle bywa w triathlonach, po pływaniu był rower. Wskoczyłem na swojego Felta i ruszyłem w trasę. Już po pierwszych 300 metrach powitał mnie widok zakrwawionego gościa i obsługi ściągającej rozwalony rower z trasy. Krew na asfalcie, bolesna kontuzja, zniszczony sprzęt i koniec zawodów dla nieszczęśnika. Najprawdopodobniej, chciał oszczędzić kilka sekund i próbował założyć buty w czasie jazdy. Na tych pierwszych metrach trzeba bardzo uważać – część zawodników naśladując profesjonalistów robi głupie błędy, które często drogo kosztują i dodatkowo narażają innych. Ludzie zakładają buty, próbują wpiąć się w pedały, zmieniają przeżutki, wyciągają żarcie, zatrzymują się żeby coś poprawić, jeżdżą po całej szerokości drogi, nie patrzą na drogę, wpadają na siebie, itp. Wszystko to po pływaniu, które trochę zakłóca poczucie równowagi, i aby zaoszczędzić kilka sekund, które i tak wśród amatorów nie mają żadnego znaczenia.
Po pierwszym kilometrze już było spokojniej i mogłem przejść na tri bary i wejść pomału w rytm. Pierwsze trzy dychy były płaskie i generalnie na płaskim wszystkich wyprzedzałem. Na podjazdach postanowiłem nie cisnąć zbyt mocno, oszczędzać energię i plecy, które ostatnio wysiadały mi po jeździe po górkach i w związku z tym generalnie byłem wyprzedzany. Już teraz nie pamiętam, czy na pierwszym czy na drugim okrążeniu, pogoda załamała się kompletnie i zaczął lać ciężki, mroźny deszcz. Byłem kompletnie przemoczony i zmarznięty. Niektórzy tego dnia załapali się również na grad. Mi na szczęście udało się obyć bez tej atrakcji.
Trzy razy przy zjazdach z górek opróżniłem pęcherz w trakcie jazdy, dzięki czemu podczas całych zawodów nie miałem żadnych fizjologicznych przestojów. Podczas roweru skorzystałem tylko dwa razy z podawanych bidonów z wodą i iso. Żarcie miałem swoje.
Pod koniec roweru miałem dość pedałowania a mój tyłek dość siodełka. Bez problemów porzuciłem Felta w strefie zmian, zmieniłem skarpetki i buty i ruszyłem w trasę biegową.
Pierwsza dycha była bardzo przyjemna. Pod koniec drugiej wiedziałem że nie będę w stanie złamać 11 godzin i postanowiłem trochę odpuścić. Przy trzeciej dyszce, zacząłem przechodzić przez stacje z napojami i jedzeniem. Jadłem generalnie kawałki pomarańczy, piłem colę i bulion, zjadłem też ze cztery żele. Po drodze nie miałem kryzysu który zmusiłby mnie do marszu – cały maraton (oprócz niektórych stacji posiłkowych) przebiegłem.
Pogoda podczas biegu również była w kratkę i załapałem się na lekki deszcz. Generalnie temperatura tego dnia mi podpasiła – nie było upalnie i nie odwodniłem się zbyt mocno.
Po niezliczonych godzinach treningów i ponad 11 godzinach zawodów mój cel zrobienia Ironman został osiągnięty.

Czy powtórze to wyzwanie i czy zrobie kolejne zawody na tym dystansie? Najprawdopodobniej tak. Czy będą to zawody pod znakiem Ironman? Najprawdopodobniej nie. Uważam, że to ile kosztuje Ironman nie ma nic wspólnego z ideą sportu amatorskiego. Dla niektórych wpisowe jest poza finansowym zasięgiem. Ironman to czysta komercja.

Na trasie dopingowali mnie Ania z Polą, Beata z Anią i Krzyśkiem, Marlon, Vreni z teściami, Mathijas i tysiące widzów – wszystkim ogromnie dziękuje.

GPS rower, GPS bieg, Zdjęcia, Hurpa

Surselva Marathon 2013

By , 28 stycznia 2013 20:43

Zawody na nartach biegowych to sport dla masochistów – prawie zawsze dochodzę do takiego wniosku na pierwszych kilometrach. Przy łyżwie ponad 50% napędu pochodzi z górnej partii ciała, a trochę poniżej 50% z dolnej. Aby było to możliwe, serce i płuca muszą pracować na najwyższych obrotach. Dodatkowo mięśnie wspomagające równowagę angażowane są bezustannie. Zmęczenie dopada Cię „całkowicie”. Często, przez całe zawody moje ciało krzyczy: „Dość!”, „Zatrzymaj się!”. Jedyną metodą na stuprocentowe zaadresowanie tych ignorowanych przez kilometry żądań jest położenie się na śniegu i nie robienie absolutnie nic, absolutnie niczym. Widok upadających narciarzy tuż za linią mety jest dowodem na ich ogromne zmęczenie. Po niektórych zawodach na nartach biegowych, moje dotychczasowe szosowo-biegowe walki ze swoją wytrzymałością, lub na przykład treningi interwałowe wydają się być śmiesznie lekkie.

Myśląc o tym jak ciężkie są niektóre z tych zawodów i że generalnie to nie jest to nic łatwego i bezbolesnego, zadaję sobie pytanie – dlaczego ludzie biorą udział w tego typu zawodach i doprowadzają się do skrajnego zmęczenia? Pomijam czołówkę, która walczy o prestiż i nagrody. Mnie zastanawia, czym jest ukończenie zawodów dla tych z dalszych pozycji bez szans na wygraną? Takich jak ja. Jaka jest ich motywacja?

I czy nie lepiej jest założyć narty zjazdowe, wjechać na szczyt góry wyciągiem i zjechać na dół, zamiast wjeżdżać na nartach pod górę?!

Czy to jest sport dla masochistów? Czy ja jestem jednym z nich?

Fakty z Surselva 2013:
– zatrzymaliśmy się w Sumvitg – w miejscu pierwszego rowerowego zgrupowania Hurpaguns – jest tam teraz nowa stodoła – reszta bez zmian
– zrobiłem te zawody po raz czwarty
– wynikowo zająłem mniej więcej to samo miejsce co w zeszłym roku
– pogoda i warunki były rewelacyjne
– organizacja super
– dzięki bardzo za wspólny wyjazd i kibicowanie: Ani, Poli, Grażynce i Maksiowi.

Wyniki Miejsce mężczyźni: 147/190, w grupie 25/32 GPS Hurpa!

Rothenthurmer 2013

By , 26 stycznia 2013 0:07

Przede wszystkim to ciężko mi uwierzyć, że jest rok 2013 i że na przykład jeżdże, a nie latam samochodem i że wogóle udało mi się dotrwać do tej daty. Świat się nie zakończył 21.12.12, meteoryt nie uderzył w planetę, wszystko wydaje się, łącznie z kryzysem finansowym, bez zmian. W sumie jest zajebiście. Złamała mi się narta – kupiłem sobie nowe. W dodatku spadło mnóstwo śniegu i mogłem na nich pojeździć, co jakby nie patrzeć w czasach globalnego ocieplenia jest dużym plusem.
W zeszłą sobotę odbyły się zawody klubowe LLG Lachen, w których wbrew założeniom, nie oszczędzałem się i dałem z siebie wszystko, dzięki czemu udało mi się utrzymać ranking klubowy, natomiast już zaraz po czułem się jak koń po Wielkiej Pardubickiej. Kilka godzin później, w niedzielę rano, w szarości mroźnego poranka wraz z Polą i Grażynką pojechaliśmy na Rothenthurmer. Zapisałem się na te zawody 14 miesięcy temu, ale w 2012 nie spadło wystarczająco śniegu, zawody się nie odbyły i zapisy przeniesiono na 2013.
W związku z tym, że zawody klubowe zamiast „przetarcia”, okazały się być lekkim „zatarciem” do sprawy zmuszony byłem podejść treningowo.
Szczerze mówiąc po 23km biegu czułem się znacznie lepiej niż przed – co tak prawdę mówiąc nie jest zbyt wielkim odkryciem, gdyż treningi po których czułem się źle jeszcze się nie zdarzyły.
Wyścig został ukończony bez rewelacyjnych lokat, natomiast z dużą satysfakcją.
W przeddzień oglądałem wywiad z Lancem Armstrong’iem i fakt że moja przygoda ze sportem i wszystkie osiągnięcia były bez EPO, transfuzji krwi, hormonów wzrostu, leków na astmę, itp., uważam za sukces sam w sobie.
Niech żyje sport, który jest dla mnie przede wszystkim rywalizacją z samym sobą, treningami, realizacją własnych sportowych celów i wyzwań. Metodą na bycie w wysokiej fizycznej i psychicznej formie. Sport profesjonalny niech sobie będzie – nie mam nic przeciwko – lepsze to jak big brother.

Btw: Książkę sprzedam – „It’s not about the bike” – Beletrystyka, cena wywoławcza 0,00Pln, pierwsza oferta wygrywa.

2013 – Nowy Rok inaczej…

By , 1 stycznia 2013 13:49

Tym razem Nowy Rok powitałem inaczej. O wyjściu na imprezę nie było mowy, gdyż Maks nie rozstaje się z mamą, więc postanowiłem wystartować w Noworocznym biegu w Zurichu.
Punkt 00:00:00 1.1.2013 wraz z setkami innych zapaleńców-desperatów na strzał zwiastujący Nowy Rok wybiegliśmy z hali sportowej. Na zewnątrz przywitał nas huk petard i sztuczne ognie, które towarzyszyły nam do końca biegu. Życzenia noworoczne tym razem odbyły się bez uścisków i buziaków, gdyż na te nie było czasu, poza tym nikogo nie znałem.
Trasą biegową była 6-cio kilometrowa pętla biegnąca głównie nad rzeką o naturalnej nawierzchni i zaczynająca się i kończąca na hali sportowej. Do wyboru były cztery dystanse: 6,12,18,42 km. Ja wybrałem 18km, a więc trzy okrążenia.
Śmiesznie było biec w nocy z lampką na czole i widzieć po dugiej stronie rzeki setki światełek poruszających się w tym samym kierunku. Nie było widać sylwetek biegnących – tylko światełka.
Po 1 godzinie i 21 minutach Nowego Roku po raz trzeci wbiegłem na halę i przekroczyłem metę.
Niech żyje 2013 i niech będzie tak aktywny i satysfakcjonujący jak jego początek!

Wyniki GPS

IRONMAN Zürich 2012 cz.1.

By , 25 lipca 2012 19:54

Dla oglądających zawody triathlonowe, pływanie jest zdecydowanie najbardziej widowiskowe. Setki ludzi wbiegających jak opętani do wody, która po kilku sekundach wygląda jak kipiejący wrzątek, z której co chwila wynurzają się na przemian ręce i głowy w jednolicie kolorowych czepkach. Cała szeroka ławica triathlonistów wpada i kieruje się w szybkim tempie do pierwszej bojki, po kilkunastu minutach wydłuża się i staje się węższa, nie widać już głów, tylko setki czarnych rączek pojawia się nieustannie nad powierzchnią. Imponujący i zarazem zdecydownie niecodzienny widok. Warto zobaczyć!

Jak wygląda to z perspektywy zawodnika? Do czego można porównać pływanie w triathlonie żeby odzwierciedlić jego klimat?

Musi to być coś, co w naturalny sposób bezpośrednio zagraża życiu, wyzwala w niektórych agresję, panikę, strach i inne skrajne ludzkie emocje. To jakieś połączenie duszenia się z ucieczką przed dziką zwierzyną w ciemności, bez znajomości terenu i możliwości zatrzymania się oraz niezapowiedzianych kopnięć i ciosów w twarz, ręce, nogi, żebra, uszy, bez możliwości obrony. Po trzydziestu sekundach zaczyna Ci brakować powietrza – nie każdy oddech jest możliwy, przy niektórych zamiast powietrza wlewa Ci się do buzi i nosa woda. Po dwóch minutach Twoje nogi, a następnie ręce, robią się ciężkie, jakbyś finiszował w biegu na 400 metrów lub właśnie skończył przeprowadzkę do 10 piętrowego bloku z zepsutą windą – potrzebujesz tlenu, Twoje ciało ma go zdecydowanie za mało. Całe szczęście pracuje jeszcze mózg, ale wdzierają się już czarne myśli i strach przed tym co jeszcze przed Tobą. Woda jest tak skotłowana, że nie widzisz zbyt wiele, starasz sie unikać ciosów z boków, jednocześnie musisz uważać żeby nie nadziać się na kopiące nogi zawodników z przodu, gdyż to najbardziej niebezpieczne. Na ataki z tyłu w postaci przytrzymywania nóg, teoretycznie jesteś w stanie odpowiedzieć tylko mocniejszymi kopnięciami, ale to z kolei powoduje jeszcze większe zużycie tlenu i natychmiastowe wyczerpanie. Praktycznie nie możesz zrobić nic. Świadomość, że ktoś z tyłu przytrzymuje Ci nogę, bo przypadkowo na nią wpłynął, i chce obronić się przed kopnięciem w twarz jest pomocna w powstrzmaniu się od agresywnych zachowań. Niestety, przytrzymana noga powoduje, że gubisz kolejny oddech albo dwa i wypadasz z rytmu. Na tym etapie masz generalnie dość i chcesz stanąć. NIGDY NIE STAWAJ! Nie są to słowa w stylu: “Nigdy się nie poddawaj – jesteś w stanie to zrobić”. To są słowa w stylu: “Nie stawaj – to może być Twój ostatni przystanek”. Wyobraź sobie pędzący petelon, w którym znienacka ktoś w środku się przewraca. Albo autostradę pełną jadących samochodów, na której ktoś przyciska do deski gwałtownie hamulec. Twoje szanse wyjścia z Tego bez uszczerbku są znacznie niższe niż płynięcie dalej. Woda nie jest naturalnym środowiskiem człowieka i brak gruntu pod nogami dodatkowo powoduje nerwowość, strach, panikę. Stawanie naprzeciw pędzącego w panice tłumu nie jest najlepszym pomysłem. PŁYŃ DALEJ! To jedyna rozsądna opcja w tym momencie.

Czego należy się spodziewać podczas pływania i jak powinno się do niego trenować, najlepiej obrazuje mój ulubiony clip ClifBar’a ;)

Kontuzje w postaci podbitych oczu, rozwalonych warg, przestawionych szczęk, przebitych bębenków (od uderzenia w ucho gdzie są zatyczki) nie są rzadkością. Na większości zawodów triathlonowych ilość zawodników jest ograniczona do 200-300. Jeśli zawody są większe, start pływania odbywa się w grupach wiekowych po 100-200 osób. Organizatorzy również rezygnują ze startu z wbiegiem “z plaży” i start odbywa się na sygnał “z wody”, do której zawodnicy wchodzą wcześniej bez pośpiechu. Takie rozwiązanie powoduje, że pływanie jest bardziej podobne do pływania, a nie do sportów esktremalnych czy też walki o przeżycie. Nie eliminuje to całkowicie możliwości dostania kopniaka w twarz, ale mocno je ogranicza.

Na zawodach IRONMAN w Zurichu wystartowalo naraz, z 60 metrowej plaży, 1800 zawodników!

Każdy stojący na lini startu zawodów na dystansie IRONMAN liczy się z tym, że w pewnym momencie zawodów przyjdzie moment załamania, z którym w jakiś sposób trzeba będzie sobie poradzić. To nie tylko 3.8km pływania, 180km roweru i maraton – 42.2km do przebiegnięcia, to również bardzo długi dzień, który zaczyna się w zasadzie w nocy, gdyż trzeba wstać o 4-5 rano, żeby być w strefie zmian o 6. Po kilku godzinach snu przerywanego myślami o starcie, rzadko kto czuje się w życiowej formie, z którą wszystkie wyzwania wydaja się lekkie, proste i przyjemne. Każda najmniejsza niedyspozycja, niezaleczona kontuzja czy generalnie “brak prądu” podczas tak długich zawodów prędzej czy później przeobraża się w potwora o imieniu “Kryzys”. Z tym potworem trzeba się zmierzyć i trzeba go pokonać. Może się on pojawić w różnych miejscach i przybierać różne kształty, może Cię atakować otwarcie lub z ukrycia. Może przypuszczać wielokrotne ataki, lub śledzić przez cały dzień z uporem maniaka i uderzyć tylko raz w końcówce, wtedy gdy jesteś już całkowicie wyczerpany. Może Ci ściągnąć okulary na początku pływania, przebić dętkę, przewrócić na rowerze, może się zamienić w deszcz, grad lub upalne słońce i wyssać z Ciebie wszystko podczas biegu. Obojętnie jaką formę ataku przyjmie, możesz być pewien, że w którymś momencie się pojawi. Będziesz musiał mu stawić czoła i podjąć walkę. Wygrana walka robi z Ciebie IronMan’a. ;)

Ja swoją pierwszą walkę musiałem stoczyć w wodzie już po kilku sekundach. Na starcie ustawiłem się z przodu i po chwili znalazłem się w samym centrum piekła. W zasadzie przez całe pierwsze okrążenie było bardzo ciasno i nerwowo. Moje oczekiwania, że pływanie będzie najprzyjemniejszą częścią przy której powoli wejdę w rytm zawodów, nie mogły być dalsze od prawdy. Już po pierwszych minutach żałowałem, że nie ustawiłem się całkowicie z boku, gdzie dystans do przebycia byłby trochę dłuższy ale nie byłby tak zatłoczony. Pod koniec pierwszego okrążenia czyli po około 1.8km, rozluźniło się, ale przed wyjściem na wyspę zaczął mnie łapać skurcz w prawym dwugłowym, który najprawdopodobniej był rezultatem powoli odpuszczjącego stresu i nadmiernego „spięcia” w pierwszej części. Na wyspie szybki skłon aby rozciągnąć mięsień, szybka rada na przyszłość dla fotografującego szwagra KS – „Don’t do it”, szybkie spojrzenie na pozostałą do przebycia odległość z szybką decyzją o obraniu strategii płynięcia po zewnętrznej i powtórny wskok do wody. Druga pętla była już znacznie przyjemniejsza i bardziej podobna do pływania i do moich przedstartowych założeń i wyobrażeń. Po godzinie i 19-stu minutach, czyli po prawie 10 minutach dłużej niż planowałem, zakończyłem pierwsze wyzwanie dnia. Gdybym musiał wskazać moment najbardziej kryzysowy podczas całych zawodów, to zdecydowanie byłoby to pływanie – czego się zupełnie niespodziewałem. Być może dobrze się stało, że początek był trudny, gdyż to sprawiło, że ostrożniej podszedłem do kolejnych dyscyplin. Z perspektywy czasu, muszę również stwierdzić, że bycie podczas pływania w najgorszym piekle przez pół godziny, choć niekorzystnie czasowo, już w momencie wyjścia z wody przyniosło mi ogromną satysfakcję. To chyba coś na zasadzie wyjścia z jakiejś traumatycznej sytuacji bez szwanku, która w pewnien sposób pozwala poczuć się o to doświadczenie bogatszym.

Tak czy owak moja rada to, na swoich pierwszych zawodach triathlonowych, czy też zawodach IRONMAN, gdzie minuta czy dwie nie są aż tak ważne jak ukończenie, nie pchaj się do wody w głównej stawce, chyba że masz na imię Micheal, a na nazwisko Phelps.

Po pływaniu, był rower… cdn wkrótce…

Zdjęcia

Międzyczasy:

Rank: 104 of 334

Overall Rank: 494 of 1749

BIB: 1550
Division: 35-39
Age: 36
State: Siebnen
Country: POL
Profession:
Swim: 1:19:25
Bike: 5:52:17
Run: 3:58:05
Overall: 11:16:48
Swim Details Division Rank: 177
Split Name Distance Split Time Race Time Pace Div. Rank Overall Rank Gender Rank
1.8 km 1.8 km 37:43 37:43 2:05/100m
3.8 km 2 km 41:42 1:19:25 2:05/100m
Total 3.8 km 1:19:25 1:19:25 3:58/100m 177 826 745
Bike Details Division Rank: 130
Split Name Distance Split Time Race Time Pace Div. Rank Overall Rank Gender Rank
35 km 35 km 1:02:17 2:25:51 33.72 km/h
63 km 28 km 1:00:07 3:25:58 27.95 km/h
85 km 22 km 37:39 4:03:37 35.06 km/h
125 km 40 km 1:15:21 5:18:58 31.85 km/h
153 km 28 km 1:06:17 6:25:15 25.35 km/h
175 km 22 km 39:41 7:04:56 33.26 km/h
180.1 km 5.1 km 10:55 7:15:51 28.03 km/h
Total 180.1 km 5:52:17 7:15:51 30.67 km/h 130 630 586
Run Details Division Rank: 104
Split Name Distance Split Time Race Time Pace Div. Rank Overall Rank Gender Rank
3.3 km 3.3 km 15:51 7:34:34 4:48/km
5 km 1.7 km 8:38 7:43:12 5:04/km
7.1 km 2.1 km 11:15 7:54:27 5:21/km
10.5 km 3.4 km 17:35 8:12:02 5:10/km
13.8 km 3.3 km 16:45 8:28:47 5:04/km
15.5 km 1.7 km 9:04 8:37:51 5:20/km
17.6 km 2.1 km 11:21 8:49:12 5:24/km
21.1 km 3.5 km 17:56 9:07:08 5:07/km
24.4 km 3.3 km 18:08 9:25:16 5:29/km
26.1 km 1.7 km 9:45 9:35:01 5:44/km
28.2 km 2.1 km 13:00 9:48:01 6:11/km
31.6 km 3.4 km 20:21 10:08:22 5:59/km
34.9 km 3.3 km 20:40 10:29:02 6:15/km
36.6 km 1.7 km 12:08 10:41:10 7:08/km
38.7 km 2.1 km 14:42 10:55:52 6:59/km
42.2 km 3.5 km 20:56 11:16:48 5:58/km
Total 42.2 km 3:58:05 11:16:48 5:38/km 104 494 457
Transition
T1: SWIM-TO-BIKE 4:09
T2: BIKE-TO-RUN 2:52

Zdjęcia, Hurpa

IM Zurich cz.2…

Zürich Marathon 2012

By , 27 kwietnia 2012 23:17

start temperatura 5 stopni; świeci słońce
1-4km dobre tempo; wszystko jest ok; może ubrałem się za ciepło
4km tempo nadal ok; delikatny podbieg; tętno trochę wzrasta; zaczyna kropić deszcz
5 – 9km leje deszcz; słońce się schowało; jest zimno; ubrałem się ok; tempo ok; samopoczucie ok; tętno w granicach 145-147 – trochę za wysokie jak dla mnie na tą część; staram się rozluźnić i zejść z niżej z tętnem; czuje lekki dyskomfort w prawym udzie
10km leje deszcz; komentator mówi że mięczaki zostały w domu i w taką pogodę biegną tylko twardziele; nie wiem jaki mam czas bo na garminie mam ustawione tylko dwa parametry tętno i tempo, ale jest pewnie w granicach 44-45minuty; czuję że coś jest nie tak z prawym udem; jakby mały kamień wpadł do środka; mam nadzieję że przejdzie na następnych kilometrach
11 – 14km leje deszcz i zimny wiatr wieje w twarz; tempo jest ok i czuję się dobrze – tylko to udo coraz bardziej mi dokucza; cały czas czekam aż się rozgrzeję na tyle że ten skurcz zmieni się w uczucie rozlewającego się ciepła i zniknie;
15 – 19km leje deszcz i zimny wiatr dalej wieje w twarz; moje skamielina jest coraz większa; cały czas staram się jak najbardzie rozluźnić; moje tempo w związku z tym nieznacznie spada; spada też tętno – super; czuję że kondycyjnie jestem w stanie w tym tempie dotrwać do końca, tylko to udo zaczyna być bardzo bolesne;
20km deszcz ustaje; co nie ma wielkiego znaczenia bo i tak już jestem całkowicie mokry; ból prawego uda jest coraz gorszy, a moja skamielina rozrosła się do rozmiarów bochenka chleba;
20,5km pękam i staję na chodniku; przez niecałą minutę rozciągam udo; czuję że jest już za późno na tego typu zabiegi; jest zimno
21-22km powracam do biegu; staram się myśleć pozytywnie ale czuję że to ekspresowe rozciąganie nic nie pomogło; jest bardzo zimno
23km staję po raz kolejny; tym razem na dłużej i staram się rozciągnąć i rozmasować udo; mijają mnie baloniki na 3:15; jest bardzo zimno; zaczynam biec z dwóch powodów jestem zmarznięty, a poza tym nie ma innych opcji; zdaję sobie sprawę że to będzie dłuuugi dzień;
24km – 25km biegnę bardzo powoli; załączam muzę na podbudowę nastroju; po minucie mój przemoczony ipod się wyłącza na amen; jak pech to pech; nawrót w Meilen i w końcu wiatr jest teraz w plecy;
26km – 31km powoli się rozgrzewam; biegnę wolnym tempem i zastanawiam się kiedy dojdą mnie baloniki na 3:30
32km – 33km staję i rozciągam udo; dochodzą mnie baloniki na 3:30
34km – 38km zabieram się z balonikami; wychodzi słońce i jest całkiem przyjemnie; powoli się rozkręcam; zaczyna padać
39km – 42km nie na długo wystarczyło mi sił; staję rozciągam się i czuję że jestem już bardzo zmęczony; nie opłaca się biegać maratonów wolno, gdyż biega się je znacznie dłużej; przechodzę w tryb bieg marsz; przestaje padać
meta dobiegam; przed metą Ania, Pola, Asia, Misiek, Tymek, Lukasz i Cyli; czas 3:42 – najgorszy w historii; czuję się jakby przejechał po mnie czołg i zaparkował na prawym udzie; mimo wszystko czuję satysfakcję; kolejnym razem będzie lepiej; hurpa

GPS; Czas: 3:42:02; Wyniki; Miejsce mężczyźni 1206/2492; w kat. 285/587

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com