Posts tagged: Krzysztof Stępień

HurpaBulls 2015 – Zdjęcia – Photos

By , 8 czerwca 2015 18:24

Patagonian Marathon 2014

By , 9 października 2014 10:18

Już ponad trzynaście godzin w samolocie z Frankfurtu, zaraz mamy lądować w Buenos Aires ale z głośników rozlega się głos kapitana informującego, że właśnie skręcamy i lecimy do Montevideo w Urugwaju z powodu mgły w boskim Buenos. No cóż – byłem kiedyś w Paragwaju ale nie zachwyciło mnie, może w Urugwaju będzie fajniej. Problem tylko w tym, że za 7 godzin mamy kolejny samolot (na oddzielnej rezerwacji więc nikt nie będzie na nas czekał) z oddalonego o 40km innego lotniska do El Calafate na południu Argentyny.

Spokojnie lądujemy w Montevideo – ponieważ prognozy są optymistyczne przez kolejne trzy godziny siedzimy w samolocie na lotnisku w oczekiwaniu na komunikat, który się w końcu pojawia – lecimy dalej. Po kolejnej (osiemnastej) godzinie lądujemy bezpiecznie w Buenos. Szybko przechodzimy kontrolę graniczną, odbieramy plecaki i taksówką zasuwamy na przeciwległą stronę miasta aby lecieć dalej- niestety nie mamy czasu nawet na krótkie tango w Buenos. Rzutem na taśmę się odprawiamy i siadamy w kolejnym samolocie aby po następnych 3,5 godzinach lądować 3 tyś. km „niżej” w argentyńskim El Calafate – bramie do lodowców Patagonii.

Już z samolotu widać, że ta kraina powinna nas oczarować, góry, jeziora, rozległe pastwiska, całkowity brak jakichkolwiek miast, wsi, dróg itp. – zapowiada się naprawdę dobrze.

Samo lotnisko (małe ale b.nowoczesne) położone bezpośrednio nad największym w Argentynie jeziorem Argentino robi wrażenie. Już idąc rękawem podziwiamy przepiękny widok na jezioro i ośnieżone Andy.

Hotel, który mamy na najbliższe trzy dni położony jest na wzgórzu z bezpośrednim widokiem na jezioro, po którym pływają samotne góry lodowe, będące zapowiedzią niezliczonej masy lodu, którą zobaczymy w ciągu następnych dni.

Od razu organizujemy wyjazd wraz z trekkingiem na lodowiec Perito Moreno – tak na wszelki wypadek, żeby nie okazało się np. że jest za dużo chętnych albo lodowiec stopniał. Na szczęście jesteśmy w off season i turystów praktycznie brak co stanowi solidną podstawę do zadowolenia ☺

Następnego ranka po pokonaniu 70km stajemy na tarasie przed czołem lodowca i … stoimy tak z rozdziabionymi gębami długie chwile. To co widzimy jest po prostu niesamowite, oczarowujące, wprost nie do uwierzenia, warte przezwyciężenia trudów każdej podróży. Masy lodu spływające z gór o wysokości ponad 70m powodują dreszcze na skórze i debilne latanie w tę i we tę, żeby zobaczyć lodowiec z każdej strony i zrobić kolejne zdjęcie. Jest to dopiero preludium do naszej „epoki lodowcowej”.

Małym stateczkiem przedostajemy się na drugą stroną jeziora bezpośrednio pod czoło lodu. Po godzinnym marszu w górę (razem z przewodnikiem) docieramy do „leśnej bazy” gdzie zakładamy na buty raki i uprząż alpinistyczną (bynajmniej nie będziemy się nigdzie wspinać – jest to tylko ułatwienie na wypadek gdyby jakiś delikwent wpadł w lodową szczelinę i trzeba by go jakoś z niej wyłuskać). Wchodzimy na lodowiec! Pokonując różnego rodzaju przeszkody, oczka wodne, szpary, zaglądając w różne dziury maszerujemy gęsiego przez ponad 4 godziny oglądając z bliska to w co cały czas nie do końca wierzymy – jest obłędnie.

Niestety wszystko co fajne się kończy. Następny dzień spędzamy w El Calafate (przy okazji odkrywam, że w Argentynie wcale nie jest tak drogo – są tylko dwa kursy dolara, oficjalny i czarnorynkowy – dwa razy wyższy) snując się po okolicy, podglądając mnóstwo różnych ptaków i podziwiając otaczające krajobrazy.

Kolejnego ranka wsiadamy w autobus do Chile i po 6 godzinach podróży po całkowitym odludziu (po drodze mijamy dosłownie kilka samochodów) „lądujemy” w chilijskim Puerto Natales. Kolacja, nocleg i następny autobus do Parku Narodowego Torres del Paine – droga zachwyca widokami gór, jezior, pagórków, lam, strusi, kondorów…

Wysiadamy „na pętli” skąd mamy ok. 20km marszu szutrową drogą do hotelu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy jakiegoś pick up’a i bez problemów dojeżdżamy do hotelu. I tu znów rozdziabione gęby na naszych twarzach – z tarasu jak również okien naszego pokoju, wylegując się z brzuchem do góry obserwujemy masyw Torres del Paine, wypełnione całą masą lodowych gór jezioro Grey i lodowiec – naprawdę nie możemy uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Nakładamy czapki i w drogę na kilkugodzinny spacer brzegiem jeziora „pomiędzy lodowymi skałami”.

Kolejne dni spędzamy na trekkingach po okolicy, wspinamy się na okoliczne góry, zdobywamy „podstawę” Torres del Paine. W międzyczasie zmieniamy hotel, który położony jest w równie malowniczym miejscu, otoczony meandrami rzeki, jeziorami, górami… Jest po prostu bajecznie, mamy dużo szczęścia – piękna pogoda i baaardzo mało turystów, ponadto jest to jedno z najmniej skomercjalizowanych turystycznych miejsc w jakich byłem na świecie- widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Wspaniała podróż, która niestety się kończy i zmusza do pokonania drogi powrotnej do Poznania wg tej samej marszruty co zajmuje nam cztery dni.

A cha i jeszcze jedno… w międzyczasie będąc w parku Torres del Paine biegniemy maraton ☺

Pogoda jest piękna – kilka stopni Celsjusza, słońce, tylko okropnie wieje nie zawsze w plecy– w porywach 70-80km/h. Trasę biegu już znamy, pokonaliśmy ją podróżując po parku – jest zachwycająca, w mojej opinii jeden z najpiękniejszy maratonów na świecie (osobiście nr 1 ex aequo z Everestem). Oczywiście jak na bieg górski trasa prowadzi po górach (plus 1.200m minus 1.100) – jest trudna ale nie zabójcza. Pierwszą połówkę pokonuję w miarę swobodnie w 2h i 15minut, druga trudniejsza (mocno w górę) zajmuje mi trochę ponad 2,5h. Dobiegam do mety po 4:53h – jestem 95 na 163 startujących w maratonie, zmęczony ale niesamowicie zadowolony, generalnie bez żadnych problemów, kontuzji, ponadprzeciętnego bólu. W trakcie biegu trudno skupić się na rywalizacji i biegu, oczy cięgle latają dookoła głowy nie mogąc nadążyć z przekazaniem wszystkich danych do mózgu, jeszcze długo po przekroczeniu mety wyobraźnia ciągle projektuje mi krajobrazy z trasy. Po drodze nie było żadnych kibiców, co w ogóle nie przeszkadzało (ostatnio się do tego przyzwyczaiłem ☺) jedynie stada lam i latające nad głowami kondory przyglądały nam się uważnie pewnie nie mogąc się nadziwić o co tym ludziom chodzi, żeby tak biegać bez większego celu…

Tomek ukończył bieg w 5:13 i dobiegł do mety równie rozentuzjazmowany jak ja co wieczorem uczciliśmy zimnym piwem.

Udało się ☺ – wspaniała wyprawa, super maraton, piąty kontynent – uwielbiam to…

ks

Trochę zdjęć tutaj

Baikal Ice Marathon by Krzysztof Stępień.

By , 1 marca 2014 21:19

Korespondencja od KS z mroźnej Syberii:

„Udało sie :-)
Pozdrawiam z niesamowitego maratonu przez zamarznięty Bajkał. Po 4 godz i 32 minutach po lodzie i śniegu dotarłem do mety
Listwianka, Syberia, 1 marca 2014
KS”

Udało się dotrzeć do domu więc poniżej kilka zdań ode mnie:

Za oknem powoli zaczyna świtać, jesteśmy 7 tys km od domu po środku Syberii, dookoła las i … największe jezioro na świecie. Temperatura na zewnątrz w okolicach minus 30 stopni. Powoli wstajemy razem z Tomkiem i szykujemy się na śniadanie. Nie za bardzo mamy jakąkolwiek ochotę gdziekolwiek wychodzić – jet lag czyli zespół nagłej zmiany strefy czasowej od dwóch dni nie pozwala nam spać dłużej niż 3h na dobę – masakra, dawno tak źle nie zniosłem podróży. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Przecież nie znalazłem się tutaj, żeby marudzić, grymasić i udawać księżniczkę tylko żeby biegać.

Śniadanie w „domu wczasowym” gdzie próbowaliśmy zasnąć jest ok: naleśniki, omlet, bułka wszystkiego po trochę, do tego gorąca herbata i wracamy do pokoju aby powoli nakładać kolejne warstwy hiper-super-duper nowoczesnych wytworów dzisiejszego marketingu teoretycznie umożliwiających przeżycie kilku godzin wysiłku w wyjątkowo zimowych okolicznościach przyrody.

Jak już się uporałem z ultra lekkimi leginsami, wiatroodpornymi spodniami do biegania na nartach, golfem syntetyczno merynosowym, bluzą polarową podobno sprawiającą, że będę suchutki jak najbardziej wysuszony suchar, softshellem z membraną odprowadzającą hektolitry wody na minutę przyszedł czas na wydawało by się rzecz najistotniejszą – buty.

Przed wyjazdem długo zastanawiałem się jaką opcję wybrać – wiedziałem, że nawet w najlepszych butach terenowych nie da się przebiec 42km po lodzie, z drugiej strony kupowanie butów z kolcami tylko na jeden bieg nie przemawiało do mojego rozsądku – wybrałem opcję pośrednią: kupiłem nakładki z kolcami teoretycznie (jak się później okazało również praktycznie) wprost stworzone do biegania po lodowisku.

Tak więc przy akompaniamencie dźwięku kolców stukających po korytarzach z lastriko pochodzących od kilkudziesięciu innych pasjonatów ślizgania się na lodzie żwawo usadowiliśmy się w jednym z kilkunastu busów mających nas zawieźć 75km na linię startu tj. do wioski Tankhoy położonej na południowym brzegu Bajkału.

W międzyczasie słońce wyszło już na całego niestety nie za bardzo wpływając na wzrost temperatury otoczenia. Po wypiciu na brzegu jeziora kubka herbaty i rytuale pochlapania mlekiem czterech stron świata ruszyliśmy.

Bajkał Ice Maraton jest na pewno najbardziej płaskim maratonem na świecie, z oczywistych względów suma wzniesień na dystansie 42km wynosi 0m. Niewątpliwie jest to element znacznie ułatwiający pokonanie tej niesamowitej trasy.

Z uwagi na niewielką liczbę uczestników (stu kilkunastu) już po kilku pierwszych kilometrach stawka się znacznie rozrzedziła pozostawiając każdego samemu sobie. Przyznam, że samotne bieganie bardzo mi odpowiada i pozytywnie wpływa na nastrój umożliwiając spokojnie rozmyślania i zachłystywanie się otaczającymi krajobrazami. Ponadto z równie oczywistych względów jak ukształtowanie terenu na całej trasie nie było też kibiców – tak jest nie przebiegaliśmy przez żadną wioskę ☺.

Czas mijał a ja biegłem, wyjątkowo równo i spokojnie, miałem świadomość, że zaledwie 5 tygodni wcześniej skończyłem maraton, co prawda w temperaturze o prawie 50 stopni wyższej jednak bez wątpienia mocno obciążający mój organizm. Od początku utrzymywałem wolne tempo w okolicach 6 min/km. Wybór takiej strategii okazał się zbawienny. Idealnie wpasowałem się w swoje możliwości tego dnia, dodatkowo posilanie się lekko zmrożonymi suszonymi owocami na każdej spośród 6 stacji spowodowało że pełen optymizmu biegłem i rozmyślałem podziwiając lodowe pustkowie otaczające mnie po horyzont. Uczucie jest obłędne – dokoła biała pustka, na horyzoncie majaczą pasma górskie a pod nogami półtora kilometra wodnej otchłani od której oddziela mnie tylko kilkadziesiąt centymetrów lodu.

Jedynymi czynnikami zakłócającymi tą niesamowitą atmosferę jest stukot kolców i od czasu do czasu dochodzące, na szczęście z oddali, odgłosy pękającego lodu.

Jak to na maratonie bywa i tym razem z pokonaniem kolejnych kilometrów zmęczenie dawało się coraz bardziej odczuć, bardzo istotnym czynnikiem bezpośrednio wpływającym na organizm była temperatura, która cały czas oscylowała wokół minus kilkunastu stopni – ja jednak cały czas biegłem ☺

Dopiero po 37-38 km mina mi trochę zrzedła, a w zasadzie to zastygła – nasilił się wiatr, który w połączeniu z niską temperaturą i znacznym wyczerpaniem organizmu (za mną już 4 godziny biegu) spowodował, że powoli zacząłem zamarzać. Pomimo naciągnięcia wysoko kominiarki doznałem uczucia zamarznięcia jednego policzka i powieki – uczucie nie tyle dziwne co upierdliwe – spuchnięta powieka ograniczała sprawne widzenie. Na szczęście trasa nie była zbyt kręta i nie miała wielu przeszkód ☺ więc trochę na azymut, trochę obserwując jednym okiem zabudowania na zbliżającym się brzegu jeziora dotarłem cały do mety.

Zajęło mi to 4 godziny i 32 minuty co było wynikiem zdecydowanie lepszym od oczekiwanego, wprawiając mnie tym samy w stan euforii. Pokonałem kolejny niesamowity maraton z rodzaju adventure i chyba już nieuleczanie się od tego uzależniłem.

Tomek biegł razem ze mną do 27km, niestety skurcze nie pozwoliły mu utrzymać tempa wymuszając zdecydowanie zmniejszenie prędkości na końcowych 15km – z lekkim niedosytem dotarł na metę po 5 godzinach – niemniej jednak obaj będziemy wspominać wspólny wyjazd z ogromnym sentymentem.

tu kilka zdjęć z Irkucka i z nad Bajkału

a tu krótki film z samego biegu

Bahamas marathon by KS. Czwarty kontynent zaliczony.

By , 20 stycznia 2014 11:46

Krzysztof Stępień (KS) przebiegł marathon na Bahamas:

„Witam
Udało się przebiec maraton na czwartym kontynencie w 4:05
Trasa super, głownie wybrzeżem, widoki obłedne a maraton jak zwykle wyczerpujący ale dający ogrom satysfakcji :-)
Pozdrawiam”

Gratulacje KS! Mocny start na początek 2014!
Pozdrowienia.

Dzięki Szwagier za wpis, poniżej kilka zdań o maratonie, który pomimo 100 uczestników organizacyjnie w niczym nie odbiegał od naszych standardów.

Czwarta rano, dzwoni budzik, dom przy plaży nad brzegiem oceanu, za oknem urocze palmy i piasek, właściwie to nastawiłem go zupełnie niepotrzebnie, od godziny przekręcam się z boku na bok z niecierpliwością oczekując wydarzeń nadchodzącego dnia. Po porannej toalecie i śniadaniu obfitym w węglowodany (na Bahama jest to bardzo łatwe – właściwe wszystko to węglowodany importowane z pobliskich Stanów) nałożeniu stroju startowego wychodzę do hotelu położonego 300m obok skąd zabiera mnie bus podstawiony przez organizatorów.

Po 10 minutach jesteśmy razem z innymi pasażerami – uczestnikami Bahama Race Weekend – na linii startu. Jest 5:15 temperatura ok. 16-17 stopni – trochę zimno, muszę się cały czas rozgrzewać, dokoła ok 300 uczestników trzech biegów: półmaratonu, sztafety 4×10,5km i maratonu, dodatkowo przynajmniej tyle samo wolontariuszy i organizatorów wydarzenia, którym żyje cała wyspa.

Tuż przed 6 rano spiker na żywo komentujący wydarzenia intonuje dziwną pieśń – po zamarciu w bezruchu prawie całego towarzystwa domyślam się, że to hymn Wspólnoty Bahamów – archipelagu 700 wysp ulokowanych na Oceanie Atlantyckim pomiędzy Florydą i Kubą.

Na starcie bardzo różnorodny „tłumek” zawodników o wszystkich kolorach skóry w każdej kategorii wagowej i wiekowej. Zadziwiający jest odsetek osób zdecydowanie przekraczających europejskie standardy kojarzone z sylwetką biegacza – jak się później okazuje są to głównie uczestnicy sztafety, którzy mają do pokonania 10,5km – nikt tu się nie przejmuje swoją wagą i próbuje podjąć wyzwanie jakim niewątpliwie jest przebiegnięcie nawet tych 10 kilometrów – szacunek za takie podejście.

Punktualnie o godzinie 6 strzał z pistoletu i wszyscy ruszamy – pierwsze 10 km przez centrum miasta – stolicy Nassau i po Tropical Island – po pokonaniu dwóch mostów o podbiegach niespotykanych w naszej okolicy.

Dookoła panują ciemności, organizatorzy na szczęście zadbali o nasze bezpieczeństwo i na skromnych latarniach miejskich porozwieszane są dodatkowe jupitery oświetlając drogę przez zaspane jeszcze miasto. Po ok. godzinie powoli zaczyna wstawać słońce a my wybiegamy z centrum i kierujemy się na promenadę wzdłuż wybrzeża, którą będziemy biegli już do mety.

Słońce powoli rozgrzewa atmosferę i otaczające powietrze do temperatury ok. 22-24 stopni, przy okazji ukazując przepiękne krajobrazy. Trzy czwarte trasy poprowadzone jest promenadą i drogą bezpośrednią przy plaży – przyznam, że pomimo tego iż widziałem kilka fajnych miejsc na świecie to bieganie maratonu nad oceanem, przy plaży, palmach, luksusowych apartamentach, willach i lazurowo niebieskim oceanie sprawia ogromną przyjemność. Tym bardziej, że na trasie jest sporo kibiców, mocno dopingujących i zagrzewających do walki z samym sobą i cudowną trasą, ponadto na końcu każdej mili jest stacja z wodą i izotonikami co bez problemu pozwala zaspokoić zapotrzebowanie na płyny. Generalnie wszystko jest super – niestety tylko do 33-34km, później następuje załamanie i pomimo cudownych okoliczności przyrody i pomocy tubylców siły mnie całkowicie opuszczają – oczywiście nie jest to zbytnie zaskoczenie – wydarzenia ostatnich tygodni na pewno nie były czynnikiem ułatwiającym poprawę kondycji – ale co tam przecież nie chodzi o wynik – ważne żeby ukończyć bez kontuzji (znam ten slogan na pamięć) i tak też się dzieje, po 4 godzinach i 5 minutach dobiegam do mety na której czeka Beata z Anią, słodkie pomarańcze i ogromny medal – udało się cel osiągnięty – jestem na mecie maratonu na czwartym kontynencie, jest piękna pogoda, plaża, ocean, najbliższe osoby – jednym słowem super – było warto.

Krzysztof Stępień netto 4:05:51 (miejsce 35/112, 5 w kategorii 40-45)

ps. po drodze na Bahamy zahaczyliśmy o Nowy York – tutaj kilka fotek

Krzysztof Stępień na mecie Everest Marathon

By , 29 maja 2013 15:32

Sms od Krzyśka:

Po 9 godzinach i 5 minutach, walce z gorami, wysokoscia i samym soba wyczerpany ale szczesliwy dotarlem ma mete Everest Marathon – najwyzej polozonego maratonu na swiecie. Teraz tylko 2 dni marszu do najblizszego lotniska i powoli w kierunku domu. Pozdrawiam ks

Gratulacje! Szczęśliwego powrotu! Czekamy na relację i zdjęcia.
Hurpa!

 

Hurpagun na Everest Marathon

By , 15 maja 2013 20:49


Krzysztof Stępień wyleciał dzisiaj z Poznania na Everest Marathon. Jest to środek do celu osiągnięcia jego osobistej amibicji przebiegnięcia marathonu na każdym kontynencie, jednocześnie możliwość na wykorzystanie talentu fotograficznego i zrobienia niepowtarzalnych fot. Europa i Afryka już zaliczone. Teraz czas na Azję.
Powodzenia Ks! Trzymamy kciuki! Hurpa!!!
Everest Marathon

http://www.youtube.com/watch?v=oCgB7Wbiw08

Plan:

May 16 Land in Kathmandu
May 17 Half-day morning sightseeing in Kathmandu
May 18 Fly Kathmandu to Lukla
Time:  35 min
Altitude: 2860mTrek to Phakding
Distance: 8 km approximately
Time: 2-3 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 2652m
May 19 Trek to Namche Bazaar
Distance: 15 km approximately
Time: 5-6 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 3446m
May 20 Acclimatization halt at Namche Bazaar
Altitude: 3446 m
May 21 Trek to Thyangboche Monastery
Distance: 10 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 3867m
May 22 Trek to Dingboche
Distance: 12 km approximately
Time: 5-6 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 4358m
May 23 Acclimatization halt at Dingboche
Altitude: 4358m
May 24 Trek to Lobuje
Distance: 9 km approximately 
Time: 5 hrs
Difficulty: Moderate to Strenous
Altitude: 4928m
May 25 Trek to Gorakshep
Distance: 6 km approximately
Time: 5 hrs
Difficulty: Moderate to Adventurous
Altitude: 5160m
May 26 Acclimatization halt at Gorakshep.
Early morning hike up to Kalapatthar View point
Distance: 2 km
Time: 2-3 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 5545m (highest point of the trek)
May 27 Trek to Everest Base Camp
Distance: 6 km approximately
Time: 3-4 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 5364m
May 28 Rest day at Everest Base Camp
Altitude: 5364m
May 29 MARATHON DAY: Everest Base Camp to Namche Bazaar
Distance: 42.195 km (FULL MARATHON)
Time: Depends on you
Difficulty: Adventurous
Altitude: 5364m-3446m
May 30 Rest in morning. Afternoon trek to Monjo
Distance: 8 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 2850m
May 31 Trek back to Lukla
Distance: 10 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Leisurely pace
Altitude: 2860m
June 01 Morning flight to Kathmandu
Time: 35 minute
Altitude: 1336m
Afternoon at leisure
June 02 Free day in Kathmandu.
Options available:
i. Mountain Flight (Advance booking required)
ii. Sightseeing Tour
June 03 International departure.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com