Posts tagged: opowieść

Zürich Marathon 2011

By , 17 kwietnia 2011 11:43

To była spontaniczna, ryzykowna decyzja – zapisałem się na Zürich Marathon w ostatni dzień zapisów, na 10 dni przed biegiem. W związku z tym na specjalne przygotowania nie było czasu. Przeprowadzka, przygotowania do remontu i inne obowiązki trochę podziurawiły plany treningowe. Dodatkowo w przeddzień zawodów postanowiliśmy zorganizować parapetówkę dla znajomych i ciężko było się ustrzec od pokus w postaci humburgerów, piwa i pysznych deserów. Chciałem przebiec ten maraton bo to jakby nie było już trzecia wiosna od kiedy się przenieśliśmy w okolice Zürich’u, a medalu w gablotce życiowych sportowych trofeów brak. Postanowiłem spróbować i założeniem, że gdy nie będę się czuł na siłach to po prostu zejdę z trasy, stawiłem się przed 8:30 na starcie…

Trochę zimno. Może jednak źle zrobiłem, że jestem tylko w tri-suit’cie. Mam nadzieję, że nie. W końcu ostatnie dni i tygodnie udowodniły że możliwe jest lato na początku kwietnia. Prognoza była taka jak na wczoraj, czyli słońce i temperatura rosnąca do 20 stopni. Poza tym się rozgrzeję… Może powinienem był założyć startówki zamiast Newton’ów – w końcu to po 100gram mniej na nodze. Czuję się trochę jak koń z kopytami, przy czym na każdym kopycie jest zamontowana nielekka podkowa. I właśnie dlatego mam te podkowy, żeby przypominały mi o tym że ten bieg jest biegiem treningowym, a maraton – maratonem do zaliczenia. Gość z nagłośnienia trąbi że jest ponad 6 tysięcy ludzi z różnych krajów. Wymienia kraje… Nie wymienił Polski. Już go nie lubie… Minuta do startu. Jak na maraton to mało ludzi. Stoje około 10 metrów od linii startu, za mną baloniki na 3.15, a przede mną baloniki na 3h. Super że są baloniki na 3.15 bo w Poznaniu nie było. Podpadnięty gość mówi, że zostało 30 sekund – co zresztę widać na zegarze tuż nad linią startu. Uderza mnie brak podniosłej muzyki, co szczerze mówiąc mnie cieszy, gdyż trochę mi się już to przejadło. Szczególnie po Engadin XC Skiing Marathon, gdzie start jest partiami co 5 minut i przy starcie każdej grupy puszczają ten sam kawałek. W pierwszym roku zanim wystartowałem odsuchałem go, stojąc w temperaturze -20 stopni i lycr’ze, pięć razy. W drugim cztery razy, a w tym roku trzy. Mam nadzieję, że za dwa lata przesunę się do pierwszej grupy i usłyszę ten kawałek tylko raz, a mój poziom wzruszenia na starcie będzie adekwatny do zamierzeń organizatorów i z przymarzającymi łzami w oczach ruszę w dal. 10 sekund. Ludzie zaczynają bić brawo! No tego to się nie spodziewałem. Przypomniały mi się szkolne wycieczki do kina, gdzie wszyscy byli tak podjarani tuż przed filmem że zaczynali bić brawo. Inna sytuacja: rodacy w samolocie przy lądowaniu – fenomen na skalę światową. Przed oczami mam też apel z czasów ogólniaka, gdzie dyrektor szkoły postanowił dać po raz pierwszy, i ostatni w takich okolicznościach, wykład o astronomii. Tak się niefortunnie złożyło, że publiczność zupełnie spontanicznie postanowiła bić brawo co drugie zdanie z narastającą częstotliwością. Wykład zakończył się wcześniej niż planowano, jedną ciągłą owacją. Cała rada pedagogiczna była bezsilna… Bach!- wypalił pistolet. Jedziemy… Na 3.15 tempo jest 4.37 na km. Nie jestem w stanie pobiec na 3.15, więc super będzie jak będę poniżej 5. Czuję, że nogi mam trochę ciężkie. Pewnie się rozkręcą. Pierwszy kilometr, garmin mówi 4:32. Hmm, nie jest źle. Drugi kilometr, garmin mówi 4:25. Super. Za szybko. Nie będę w stanie wytrzymać 42km z takim tempem. Zdechnę przy trzydziestce. Zwolnij. Trzeci kilometr, garmin mówi 4:26. Przypomina mi się jeden z Hurpguns przed maratonem w Poznaniu, gdzie mówił że zaczyna po 6:30 na kilometr, a biegł po 5 na kilometr. ;) Widocznie to jeden z tych dni, gdzie założenia taktyczne zostają na linii startu. Czwarty kilometr, garmin mówi 4:26. Ok, więc oficjalnie, zaczynam olewać to co sobie obiecałem. Zbiliżam się do stacji z napojami. Rewelacja! Zamiast beznadziejnych plastykowych kubeczków, z których ciężko się napić, dostałem wodę w małej butelce. Po raz pierwszy w życiu wody było więcej we mnie, niż na mnie. Tylko przez te buteleczki, mogę stwierdzić, że było warto. Piąty kilometr 4:26. Tento – niskie. Ok, będę jechał tym tempem i zobaczymy co się stanie po 30 kilometrach. Wciągam żelka GO porzeczkowego. Mniam. Jestem ubrany w sam raz. Pogoda jest fantastyczna. Słoneczko świeci z przodu i jest chłodny wiatr. Widzę, że jest dużo gości w długich rękawach. Przesadzili. Jest coraz cieplej, za godzinę zaczną się gotować. Biegniemy przy jeziorze. Piękne widoki. Ludzie wynurzają się z domów i stają przy drodze. Jakiś starszy pan gra na saksofonie, całkiem nieźle brzmi. Kolejne kilometry, a garmin mówi to samo 4:3x. Już się boję co będzie po trzydziestce, ale coś nie pozwala mi zwolnić. Objechałem to jezioro na rowerze kilkanaście razy, także wiem co mnie czeka – długa droga do nawrotu. Jakiś gość w białej czapeczce, cały czas się mnie trzyma, a ja jego. Zawsze się jakiś znajdzie. Fajna kapela między 12/13km. Żelek lemonowy Isostar i trochę wody. Ble. Wziąłem, bo wiem że ma dużo cukru – przyda się. Gość w czapeczce zaczyna mi odjeżdżać przy dwudziestym kilometrze. Postanawiam zostać w tyle. Niech odjeżdża… Po kilometrze cieszę się, że chociaż to odpuściłem i mogę biec zupełnie własnym tempem. Połówka. 1.35. Super, z tymże wiem że nie jestem w stanie przebiec drugiej w tym samym tempie. Widzę ludzi, wracających po nawrocie. Biegną na poniżej 3h. Trochę im zazdroszczę. Nawrót przy 25km z podbiegiem. Po nawrocie na podbudowanie ducha, zarzucam muzę. Bronsky Beat pytają się „dlaczego” a ja im odpowiadam „dlatego”. Cold play zapodaje uspokajające tony, słońce świeci w plecy coraz mocniej, a chłodna bryza wieje w twarz. Eminem mówi, że mam tylko jedną szansę, więc się rozkręcam. Tempo rośnie. Dochodzę gościa w czapeczce przy 30km i zostawiam go w tyle. Żelek GO porzeczkowy. Mniam. Jakaś kapela mówi mi że, telewizja rządzi narodem, chyba się z nią zgadzam. Pewnie miliony ludzi w tym momencie oglądaja maraton londyński, a tylko tysiące biegną. Coś w tym musi być. Za kilka dni w UK królewski ślub, ciekawe jaka będzie oglądalność. Z niezliczonej ilości gadżetów na tą okoliczność najbardziej spodobał mi się ten i ten. Zaczyna mnie boleć prawa czwórka (to nie jest termin dentystyczny) – nie dobrze. Kilometr 35, Prodigy mówi mi że to są ludzie Voodoo i też się z tym zgadzam. Większość pokracznie stawia każdy krok i widać, że wszyscy już mają dość. Jeden pacjent staje – nie ten dzień. Cieszy mnie, że ja się jakoś trzymam, ale martwi mnie prawa czwórka zaczyna boleć coraz bardziej. Żelek GO porzeczkowy. Mniam. Kilometr 38, zaczyna boleć lewa czwórka. Super, to znaczy, że to tylko zmęczenie, a nie kontuzja. Kilometr 40, gość leży na chodniku, nogi oparte o mur – chyba mu słabo. 500m dalej kolejny pacjent leży, wokół niego medycy. Chyba przesadził. Obie nogi mam już bardzo obolałe, biegnę bo już nie pamiętam jak się chodzi. Ostatnia prosta. Widać metę. Piękny widok. Na to czekałem ponad 3 godziny. Wpadam na metę 3:13. Życiówka!. Na mecie czeka na mnie Ania i Pola. Fantastycznie!

GPS; Wyniki; 3h:13:04 miejsce 451/2687 wśród mężczyzn; Zdjęcia wkrótce

Triathlon by Bartosz Warwas

By , 2 lipca 2009 8:05

Natknąłem się na film Bartosza Warwasa (studenta PWSFTViT w Łodzi), który otrzymał kilka prestiżowych nagród (2008 San Francisco Festiwal Filmowy Nagroda Specjalna Jury; 2008 Monterrey Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nagroda za najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny; 2008 Warszawa Festiwal Młodego Kina SKOFFKA -nagroda specjalna za zdjęcia).

Warto sobie obejrzeć pomiędzy treningami :-)  – super zdjęcia (Marcin Władyniak). Jest to opowieść o człowieku, który znalazł w triathlonie sens życia. Bohater jest autentyczny – Marek Jurowski, który regularnie bierze udział w imprezach triathlonowych i kolarskich.

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com