Posts tagged: wyprawa

HURPA bulls 2015

By , 11 stycznia 2015 14:00

HurpaBulls2
HURPA bulls Espania 2015 – czyli tydzień w siodle roweru szosowego w Hiszpanii.
trasa:
Madryt (MAD) – Malaga (AGP)
>650km
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=fwzpnkgodfkwgqsh
(ew. jak damy radę to zahaczymy o Gibraltar)

termin:
29 maj 2015 – 6 czerwiec 2015

Format: Rowery szosowe + bagażnik + dwie torby na tyle. Noclegi: kampingi – namioty.

Jak jesteś zainteresowany – daj nam znać. Więcej aktualnych informacji na f/hurpaguns.

Hurpa!

HURPA Carlo 2013:
http://www.hurpaguns.com/?m=201308
http://www.hurpaguns.com/?p=2338
http://www.hurpaguns.com/?p=2340
http://www.hurpaguns.com/?p=2358
http://www.hurpaguns.com/?p=2370
http://www.hurpaguns.com/?p=2378
http://www.hurpaguns.com/?p=2388
http://www.hurpaguns.com/?p=2393
http://www.hurpaguns.com/?p=2406
http://www.hurpaguns.com/?p=2409
http://www.hurpaguns.com/?p=2426

 

Patagonian Marathon 2014

By , 9 października 2014 10:18

Już ponad trzynaście godzin w samolocie z Frankfurtu, zaraz mamy lądować w Buenos Aires ale z głośników rozlega się głos kapitana informującego, że właśnie skręcamy i lecimy do Montevideo w Urugwaju z powodu mgły w boskim Buenos. No cóż – byłem kiedyś w Paragwaju ale nie zachwyciło mnie, może w Urugwaju będzie fajniej. Problem tylko w tym, że za 7 godzin mamy kolejny samolot (na oddzielnej rezerwacji więc nikt nie będzie na nas czekał) z oddalonego o 40km innego lotniska do El Calafate na południu Argentyny.

Spokojnie lądujemy w Montevideo – ponieważ prognozy są optymistyczne przez kolejne trzy godziny siedzimy w samolocie na lotnisku w oczekiwaniu na komunikat, który się w końcu pojawia – lecimy dalej. Po kolejnej (osiemnastej) godzinie lądujemy bezpiecznie w Buenos. Szybko przechodzimy kontrolę graniczną, odbieramy plecaki i taksówką zasuwamy na przeciwległą stronę miasta aby lecieć dalej- niestety nie mamy czasu nawet na krótkie tango w Buenos. Rzutem na taśmę się odprawiamy i siadamy w kolejnym samolocie aby po następnych 3,5 godzinach lądować 3 tyś. km „niżej” w argentyńskim El Calafate – bramie do lodowców Patagonii.

Już z samolotu widać, że ta kraina powinna nas oczarować, góry, jeziora, rozległe pastwiska, całkowity brak jakichkolwiek miast, wsi, dróg itp. – zapowiada się naprawdę dobrze.

Samo lotnisko (małe ale b.nowoczesne) położone bezpośrednio nad największym w Argentynie jeziorem Argentino robi wrażenie. Już idąc rękawem podziwiamy przepiękny widok na jezioro i ośnieżone Andy.

Hotel, który mamy na najbliższe trzy dni położony jest na wzgórzu z bezpośrednim widokiem na jezioro, po którym pływają samotne góry lodowe, będące zapowiedzią niezliczonej masy lodu, którą zobaczymy w ciągu następnych dni.

Od razu organizujemy wyjazd wraz z trekkingiem na lodowiec Perito Moreno – tak na wszelki wypadek, żeby nie okazało się np. że jest za dużo chętnych albo lodowiec stopniał. Na szczęście jesteśmy w off season i turystów praktycznie brak co stanowi solidną podstawę do zadowolenia ☺

Następnego ranka po pokonaniu 70km stajemy na tarasie przed czołem lodowca i … stoimy tak z rozdziabionymi gębami długie chwile. To co widzimy jest po prostu niesamowite, oczarowujące, wprost nie do uwierzenia, warte przezwyciężenia trudów każdej podróży. Masy lodu spływające z gór o wysokości ponad 70m powodują dreszcze na skórze i debilne latanie w tę i we tę, żeby zobaczyć lodowiec z każdej strony i zrobić kolejne zdjęcie. Jest to dopiero preludium do naszej „epoki lodowcowej”.

Małym stateczkiem przedostajemy się na drugą stroną jeziora bezpośrednio pod czoło lodu. Po godzinnym marszu w górę (razem z przewodnikiem) docieramy do „leśnej bazy” gdzie zakładamy na buty raki i uprząż alpinistyczną (bynajmniej nie będziemy się nigdzie wspinać – jest to tylko ułatwienie na wypadek gdyby jakiś delikwent wpadł w lodową szczelinę i trzeba by go jakoś z niej wyłuskać). Wchodzimy na lodowiec! Pokonując różnego rodzaju przeszkody, oczka wodne, szpary, zaglądając w różne dziury maszerujemy gęsiego przez ponad 4 godziny oglądając z bliska to w co cały czas nie do końca wierzymy – jest obłędnie.

Niestety wszystko co fajne się kończy. Następny dzień spędzamy w El Calafate (przy okazji odkrywam, że w Argentynie wcale nie jest tak drogo – są tylko dwa kursy dolara, oficjalny i czarnorynkowy – dwa razy wyższy) snując się po okolicy, podglądając mnóstwo różnych ptaków i podziwiając otaczające krajobrazy.

Kolejnego ranka wsiadamy w autobus do Chile i po 6 godzinach podróży po całkowitym odludziu (po drodze mijamy dosłownie kilka samochodów) „lądujemy” w chilijskim Puerto Natales. Kolacja, nocleg i następny autobus do Parku Narodowego Torres del Paine – droga zachwyca widokami gór, jezior, pagórków, lam, strusi, kondorów…

Wysiadamy „na pętli” skąd mamy ok. 20km marszu szutrową drogą do hotelu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy jakiegoś pick up’a i bez problemów dojeżdżamy do hotelu. I tu znów rozdziabione gęby na naszych twarzach – z tarasu jak również okien naszego pokoju, wylegując się z brzuchem do góry obserwujemy masyw Torres del Paine, wypełnione całą masą lodowych gór jezioro Grey i lodowiec – naprawdę nie możemy uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Nakładamy czapki i w drogę na kilkugodzinny spacer brzegiem jeziora „pomiędzy lodowymi skałami”.

Kolejne dni spędzamy na trekkingach po okolicy, wspinamy się na okoliczne góry, zdobywamy „podstawę” Torres del Paine. W międzyczasie zmieniamy hotel, który położony jest w równie malowniczym miejscu, otoczony meandrami rzeki, jeziorami, górami… Jest po prostu bajecznie, mamy dużo szczęścia – piękna pogoda i baaardzo mało turystów, ponadto jest to jedno z najmniej skomercjalizowanych turystycznych miejsc w jakich byłem na świecie- widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Wspaniała podróż, która niestety się kończy i zmusza do pokonania drogi powrotnej do Poznania wg tej samej marszruty co zajmuje nam cztery dni.

A cha i jeszcze jedno… w międzyczasie będąc w parku Torres del Paine biegniemy maraton ☺

Pogoda jest piękna – kilka stopni Celsjusza, słońce, tylko okropnie wieje nie zawsze w plecy– w porywach 70-80km/h. Trasę biegu już znamy, pokonaliśmy ją podróżując po parku – jest zachwycająca, w mojej opinii jeden z najpiękniejszy maratonów na świecie (osobiście nr 1 ex aequo z Everestem). Oczywiście jak na bieg górski trasa prowadzi po górach (plus 1.200m minus 1.100) – jest trudna ale nie zabójcza. Pierwszą połówkę pokonuję w miarę swobodnie w 2h i 15minut, druga trudniejsza (mocno w górę) zajmuje mi trochę ponad 2,5h. Dobiegam do mety po 4:53h – jestem 95 na 163 startujących w maratonie, zmęczony ale niesamowicie zadowolony, generalnie bez żadnych problemów, kontuzji, ponadprzeciętnego bólu. W trakcie biegu trudno skupić się na rywalizacji i biegu, oczy cięgle latają dookoła głowy nie mogąc nadążyć z przekazaniem wszystkich danych do mózgu, jeszcze długo po przekroczeniu mety wyobraźnia ciągle projektuje mi krajobrazy z trasy. Po drodze nie było żadnych kibiców, co w ogóle nie przeszkadzało (ostatnio się do tego przyzwyczaiłem ☺) jedynie stada lam i latające nad głowami kondory przyglądały nam się uważnie pewnie nie mogąc się nadziwić o co tym ludziom chodzi, żeby tak biegać bez większego celu…

Tomek ukończył bieg w 5:13 i dobiegł do mety równie rozentuzjazmowany jak ja co wieczorem uczciliśmy zimnym piwem.

Udało się ☺ – wspaniała wyprawa, super maraton, piąty kontynent – uwielbiam to…

ks

Trochę zdjęć tutaj

Hurpa Carlo – podsumowanie

By , 25 sierpnia 2013 19:09

Na początek kilka danych:
Termin: 9 sierpień – 18 sierpień 2013 (9 dni jazdy i 1 dzień na powrót)
Trasa: ponad 930km po najpiękniejszych drogach Alp, ze Szwajcarii do Francji, Włoch i Monaco
Przewyższenie: 16km czyli średnio 1.8km pionowo w górę dziennie
Format: rowery szosowe z dwoma torbami na tyle
Noclegi: gdziebądź w namiotach
Pogoda: 1 dzień deszczu, wszystkie kolejne – pełna lampa
Skład: 3 hurpaguns: Marlon, Przemo, Kris

W sumie – Było super!
Trochę obawialiśmy się o to jak rowery szosowe z bagażami sprawdzą się podczas wyprawy. Jakby nie patrzeć nie są zaprojektowane do tego żeby obciążać je dodatkowymi 15kg i nawet zakup bagażnika nie jest sprawą prostą, gdyż tylko niektóre firmy produkują bagażniki do szos. Nasze obawy były na wyrost. Sprzęt sprawdził się znakomicie i nawet na najtrudniejszych przełęczach nie było problemów. Jednymi usterkami technicznymi były dwie „gumy”, które przy tych obciażeniach nie były niczym nadzwyczajnym. W sumie format szosa + bagaże z namiotami jest rewelacyjny, gdy celem jest przejechanie długich odcinków po normalnych drogach i bycie jednocześnie niezależnym od hoteli, rezerwacji, itp.
Sama trasa była spontanicznie planowana w trakcie wyprawy, a jedynym celem znanym od początku, było dojechanie do Monte Carlo (Monaco).
Już w trakcie jazdy we Francji okazało się, że większa jej część pokrywa się ze znaną trasą Route des Grandes Alpes z jeziora Genewskiego na Lazurowe wybrzeże. Map of route des grandes Aples.
Wjechaliśmy na nią za Chamonix i dojechaliśmy do Susa, w której odbiliśmy na Turyn. Po jednodniowym płaskim etapie przez Włochy wjechaliśmy na nią ponownie, tuż przed Sospel i Menton.
Po tygodniu jazdy, luźniejszy dzień w Menton na plaży i na koniec etap wzdłuż wybrzeża do Savony. Z Savony pociągiem do bazy w Szwajcarii.

Widzieliśmy wspaniałe miejsca i zdobyliśmy masę sportowych i życiowych doświadczeń. Przekroczyliśmy dotychczasowe granice tego co możemy dokonać i przejechać na rowerach. Przeżyliśmy wiele niezapomnianych chwil jak:
– narada w kwaterze głównej przy gorzkiej żołądkowej i pierwszy poranek z przełęczą Furka w tle,
– pobudka w sadzie przy nadjeżdżającym traktorze na długich światłach w oparach pryskanych chemikalii,
– kąpiel w rezerwacie żubrów w Szwajcarii,
– kąpiel w lagunie we Francji,
– widok nagle wyłaniających się, przepięknych górskich jezior,
– zalewający oczy pot w drodze na szczyt kolejnej przełęczy,
– ludzi z linami i rakami udających się w Chamonix w góry,
– niesamowity pod względem długości, szybkości i okoliczności, wieczorny wyjazd z Alp do Włoch,
– obstawę policyjną w stylu Tour de France w drodze na kamping we Włoszech,
– rozśpiewanego Włocha, który pilotował nas po włoskim wybrzeżu łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe,
– przepych Monte Carlo,
– wszechobecny dźwięk świerszczy na kampingu w Menton,
– smak zimnego piwa po całym dniu jazdy w upale,
– fantastyczną promenadę z drogą rowerową w okolicach San Remo,
– i setki innych, które pozostaną w nas.

Happy days! Dzięki chłopaki! Hurpa!

Szczególne podziękowania dla Ani, Basi i Agnieszki za opiekę nad dziećmi i umożliwienie nam oderwania się od wszelkich zajęć i trosk dnia codziennego. Wielkie dzięki!

Zdjęcia

Etap 1, Etap 2, Etap 3, Etap 4, Etap 5, Etap 6, Etap 7, Etap 8, Etap 9

Hurpagun na Everest Marathon

By , 15 maja 2013 20:49


Krzysztof Stępień wyleciał dzisiaj z Poznania na Everest Marathon. Jest to środek do celu osiągnięcia jego osobistej amibicji przebiegnięcia marathonu na każdym kontynencie, jednocześnie możliwość na wykorzystanie talentu fotograficznego i zrobienia niepowtarzalnych fot. Europa i Afryka już zaliczone. Teraz czas na Azję.
Powodzenia Ks! Trzymamy kciuki! Hurpa!!!
Everest Marathon

http://www.youtube.com/watch?v=oCgB7Wbiw08

Plan:

May 16 Land in Kathmandu
May 17 Half-day morning sightseeing in Kathmandu
May 18 Fly Kathmandu to Lukla
Time:  35 min
Altitude: 2860mTrek to Phakding
Distance: 8 km approximately
Time: 2-3 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 2652m
May 19 Trek to Namche Bazaar
Distance: 15 km approximately
Time: 5-6 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 3446m
May 20 Acclimatization halt at Namche Bazaar
Altitude: 3446 m
May 21 Trek to Thyangboche Monastery
Distance: 10 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 3867m
May 22 Trek to Dingboche
Distance: 12 km approximately
Time: 5-6 hrs
Difficulty: Moderate to Strenuous
Altitude: 4358m
May 23 Acclimatization halt at Dingboche
Altitude: 4358m
May 24 Trek to Lobuje
Distance: 9 km approximately 
Time: 5 hrs
Difficulty: Moderate to Strenous
Altitude: 4928m
May 25 Trek to Gorakshep
Distance: 6 km approximately
Time: 5 hrs
Difficulty: Moderate to Adventurous
Altitude: 5160m
May 26 Acclimatization halt at Gorakshep.
Early morning hike up to Kalapatthar View point
Distance: 2 km
Time: 2-3 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 5545m (highest point of the trek)
May 27 Trek to Everest Base Camp
Distance: 6 km approximately
Time: 3-4 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 5364m
May 28 Rest day at Everest Base Camp
Altitude: 5364m
May 29 MARATHON DAY: Everest Base Camp to Namche Bazaar
Distance: 42.195 km (FULL MARATHON)
Time: Depends on you
Difficulty: Adventurous
Altitude: 5364m-3446m
May 30 Rest in morning. Afternoon trek to Monjo
Distance: 8 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Moderate
Altitude: 2850m
May 31 Trek back to Lukla
Distance: 10 km approximately
Time: 4-5 hrs
Difficulty: Leisurely pace
Altitude: 2860m
June 01 Morning flight to Kathmandu
Time: 35 minute
Altitude: 1336m
Afternoon at leisure
June 02 Free day in Kathmandu.
Options available:
i. Mountain Flight (Advance booking required)
ii. Sightseeing Tour
June 03 International departure.

Gommerlauf 2011

By , 28 lutego 2011 23:05

W niedzielę, budzik zaczął dzwonić o 3:45 rano, a o 4:15 byłem już z chłopakami z klubu XC w samochodzie w drodze na zawody. Zastanawiałem się czy ja dalej jestem normalny, żeby o tej porze zrywać się z łóżka, żeby zmarznąć, żeby cierpieć przez prawie dwie godziny, żeby być potwornie zmęczonym, żeby zacząć kolejny tydzień w pracy z wyczerpaniem i niedospaniem. Patrzyłem na kolegów z klubu Friedrich 60, Ernst 53, Paul 51, którzy od wielu lat w sezonie zimowym robią to co tydzień, brali udział w tysiącach zawodów i w przypadku Friedrich’a, tegoroczny Engadin marathon będzie jego 34-tym. Patrzyłem na ich twarze i starałem się wyczytać ich wewnętrzną motywacje i rozszyfrować powody dla których to dalej robią.

Podczas biegu, będąc już sam ze sobą, myślałem o tym dalej. Moje myśli jednak, jak przez cały poprzedni tydzień, zdominowane były przez tragiczną wiadomość, która dotarła kilka dni wcześniej. Mój kolega z pracy Hamood Khan, z którym pracowałem od dwóch lat, wraz z narzeczoną i teściami, zginęli tragicznie na wyprawie narciarskiej. Hamood nie uprawiał czynnie sportu, natomiast corocznie wyjeżdżał na tydzień do Norwegii i codziennie na nartach chodził po kilka kilometrów, zatrzymując się w sieci domków specjalnie do tego celu przygotowanych. W fatalnym dniu, cała czwórka zaskoczona została przez nagłą zmianę pogody i zamieć śnieżną. Z relacji norwega, który spotał ich na szlaku wynika, że szli do kolejnego domku, natomiast musieli zmienić decyzję i starali się powrócić do poprzedniego. Niestety nie dotarli. Cała czwórka zamarzła. Zabrakło im 800 metrów. Do tej pory odnaleziono narzeczoną, i teściów, każde z nich w innym miejscu. To co musieli przeżyć w ostatnich godzinach swojego życia  spędza mi sen z powiek. Mojego kolegi nie odnaleziono, a poszukiwania zostały wstrzymane. To dodatkowa tragedia dla jego rodziny, która będzie musiała czekać do wiosny żeby przeżyć kolejny szok.
Hamood podzielił się kiedyś za mną swoim marzeniem, że gdy przestanie pracować, osiedli się w Norwegii. Jego marzenia w dużej części się spełniły… (Prasa)

Długo zastanawiałem się czy pisać o tej tragedii na stronie, gdyż niewiele ma to wspólnego z triathlonem czy ogólnie ze sportem.
Postanowiłem jednak, że to zrobię, bo Hurpaguns dla mnie to nie jest sport. To cieszenie się życiem i korzystanie z jego uroków tak, jak można najlepiej – po prostu Hurpa. Niestety śmierć jest częścią życia i bycie tego świadomym, chyba pełniej pozwala nam się nim cieszyć i je doceniać.

Czy żałuje że zamiast spać wstałem rano i przebiegłem na nartach 30km? NIE
Czy zrobię to jeszcze raz? TAK

Hurpa! GPS Wyniki Miejsce kat. 77/134, ogółem mężczyźni 345/705

Friedrich

Hurpagun w Himalajach

By , 14 listopada 2010 20:57

-> 6 Listopad 2010
Sezon triathlonowy dawno juz zakonczony i kazdy z nas podsumowuje osiagniecia, leczy rany i przygotowuje plany na 2011. Tymczasem hurpagun Lukasz Marganski jest u szczytu, nie tylko ziemi, ale rowniez swojej formy i osiagniec zyciowych. Oto co nadeslal z wyprawy w Himalaje, na ktorej jest od dwoch tygodni:

„Island peak opieral sie duzo mocniej niz myslalem, ale poleg! Teraz 2 dni odpoczynku, potrzebuje ich bo mnie troche… przewialo :) Ama juz czeka. W tym roku duzo wypraw narodowych, my nie z takim rozmachem ale uparci. Trzymajcie kciuki za 7-10dni. Pozdrowienia dla wszystkich. Himalajskie Hurpaaaaa;) L.”

Wyprawa, ktorej Lukasz jest uczestnikiem ma w planach zdobycie dwoch szczytow w Hilamajach: Island Peak i Ama Dablam. Przewodnikiem jest Ryszard Pawlowski, ktory z tego co wiem nie spelnil oczekiwan Lukasza na poprzedniej wyprawie na Aconcagua 6962, Argentyna. Mam nadzieje ze tym razem bedzie inaczej. Trzymamy kciuki. Powodzenia i wracaj caly Margani!!! (na zdjeciu Ama Dablam)

-> 14 Listopad 2010

Zona Lukasza Vreni otrzymala wiadomosc, ze Lukasz wdrapal sie na szczyt Ama Dablam. Wielkie gratulacje! Wracaj caly Margani i czekamy na relacje…

Splyw Walensee –> Obersee 2010

By , 22 sierpnia 2010 21:59

W ramach regeneracji sil po sobotnim treningu udalem sie z kolegami z pracy na slyw 20 kilometrowym kanalem laczacym dwa pobliskie jeziora. Woda w kanale pomiedzy 15-19 stopni. Pogoda, widoki i humory dopisaly nadzwyczaj.
Po prostu perfekcyjny Hurpa dzien!
Zdjecia GPS

Sumvitg 05.2010 – czyli co to znaczy rower

By , 9 maja 2010 23:12

Pierwszego maja zamiast udziału w obchodach z okazji święta pracy stawiliśmy się (niestety w ograniczonym składzie – wszyscy nieobecni niech ogromnie żałują!!!!!) w uroczej alpejskiej wiosce Sumvitg – nadzieje na podbój Alp były całkiem spore lecz pogoda jaka nas przywitała zdecydowanie ograniczyła nasz entuzjazm. Było zimno, pochmurno, mglisto i padał deszcz.

Tak więc w niedzielę wyruszyliśmy tylko na rekonesans potencjalnych tras samochodem i krótki rozbieg po okolicznych górkach. Kolejne dni były już bardziej ambitne ale i tak nic nie zapowiadało spektakularnego zakończenia. Tak więc trenowaliśmy w deszczu i zimnie testując nasze wodo i mrozo odporne ubrania – które jak się okazało nie zawsze spełniały pokładane w nich nadzieje i za każdym razem wracaliśmy z przemoczonymi butami. Mimo tego nie poddawaliśmy się i twardo pokonywaliśmy kolejne kilometry zastanawiając się jak człowiek może wdrapać się tak wysoko rowerem. W tzw międzyczasie regenerowaliśmy się w saunie i biegając po okolicy. W naszych wyczynach wspomagały nas dzielnie Ania i Beata własnoręcznie przygotowując doskonałe posiłki regeneracyjne, które spokojnie moglibyśmy sprzedawać na lokalnym targu (pierogi, chałki, makowce, jabłeczniki, bułki maślane – wszystko było the best)

Pogoda nas nie rozpieszczała – jednej nocy spadło ok. 15cm śniegu – mimo tego nie odpuściliśmy i również wybraliśmy się w góry. Do powrotu zmusiły nas koleiny w śniegu na wysokości ok. 1800 mnpm, o które zahaczały pedały naszych rowerów – w przypadku szosówek dalsza jazda w takiej sytuacji w zasadzie jest niemożliwa. Pomimo niesprzyjającej aury apetyty mieliśmy mocno wyostrzone na jedną z okolicznych przełęczy o wysokości powyżej 2000m – niestety warunki były na tyle złe, że przejazd był niemożliwy – drogi na wysokości ponad 1.900 m były zasypane śniegiem – do czwartku :-)

I stało się – wyszło do nas słońce odsłaniając uroki szwajcarskich Alp. Wybraliśmy się na cały dzień nad Zervleilasee (ogromna tama i elektrownia wodna) 1.850mnpm – było fantastycznie. Drogi malownicze, ruch minimalny a ostatnie naście kilometrów tylko my, nasze rowery i Alpy. Zmęczeni ale pod ogromnym urokiem tego miejsca na drugi dzień wybraliśmy się tam wszyscy razem jeszcze raz samochodami.

Po dniu odpoczynku sobotni ranek okazał się po prostu wymarzonym dniem na wyprawę rowerową. Piękne słońce temp. ok 10 stopni i informacje, że najbliższa przełęcz została otwarta. Decyzja była szybka – jedziemy.

Jak się okazało po powrocie dla mnie było to jedno z największych przeżyć podróżniczych w życiu. Było po prostu perfekcyjnie. W pierwszej kolejności wdrapaliśmy się na Oberalppass 2.046 mnpm. Słońce świeciło tak mocno i widoki były tak urocze, że po zdobyciu rowerem tej pierwszej w życiu przełęczy pow. 2 tys. postanowiliśmy jechać dalej. Zjechaliśmy na 1.500m do Andermatt i dalej w stronę przełęczy FurkaPass – co prawda wiedzieliśmy, że jest zamknięta ale zdecydowaliśmy brnąć tak długo jak się da. Po kolejnych 15km znaki i szlabany na drodze oznajmiły nam, że droga jest zamknięta. Ponieważ asfalt był całkowicie suchy oczywiście postanowiliśmy jechać dalej… aż dojechaliśmy na 2.289mnpm. Nie da się opisać wrażenia jakie towarzyszy jadącemu kolarzowi pośród absolutnej ciszy (droga zamknięta dla ruchu), ogromnych zasp śnieżnych i widoków zapierających dech w piersiach. Nawet spływający po twarzy pot, ogromne zmęczenie i odmawiające posłuszeństwa mięśnie nóg wydają się wtedy niezauważalne. To po prostu trzeba przeżyć. Do zdobycia samego szczytu przełęczy pozostało nam ok. 150 metrów przewyższenia (ok. 2km drogi) Niestety pomimo tego że doskonale widzieliśmy przełęcz droga była całkowicie zasypana i musieliśmy wrócić. Do domu zostało nam 60km i pokonanie po raz drugi w tym dniu Oberalppass. Wycieczka była niesamowita. Dla zobrazowania wysokości poniżej przekrój trasy:

Ale się rozpisałem :-). W podsumowaniu dodam jeszcze tylko trochę statystyk:

przez 7 dni przejechaliśmy na rowerze 350km (dodatkowo przebiegłem 18km, a Mariusz 9)

pokonaliśmy ok. 7.500m przewyższenia, straciliśmy ponad 15.000 kalorii. Wszystko to zajęło nam niespełna 21 godzin.

Oczywiście nie było by to możliwe gdyby nie doborowe towarzystwo – jeszcze raz ogromne podziękowania dla wszystkich w szczególności dla Krzyśka T. (mam nadzieję, że dopisze coś od siebie) za zorganizowanie zjazdu. Było po prostu doskonale – do następnego razu. Hurpa.

Trochę fotek w galerii.

Przez Afrykę na rowerach

By , 4 listopada 2009 15:25

afrykanowaka_400x60.pngNo, chłopaki czapki z głów. To się nazywa wyprawa. Dzisiaj – 4 listopada rusza z Boruszyna k/Poznania niesamowita ekspedycja rowerowa szlakiem Kazimierza Nowaka. Wszystkim, którzy nie wiedzą jeszcze kto to jest polecam książkę „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd” – pasjonujący opis 5-cio letniej podróży rowerem Kazimierza Nowaka przez całą Afrykę w latach 1931-1936. Dla mnie historia Kazika jest fascynująca i trudna do wyobrażenia – w obliczu jego wyprawy nasze wyjazdy choćby w najdalszy zakątek świata to jak triathlon na dystansie 0,1km-10km-1km z limitem 2h.

Gorąco polecam wszystkim lekturę, a biorącym udział w wyprawie życzę bezpiecznego dojechania do mety – było nie było to 40.000km. Szczerze przyznam, że sam bym sie chętnie wybrał na jakiś etap.

Sorry że trochę OT ale myślę, że wydarzenie warte odnotowania.

ks

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com