Posts tagged: zawody

Poznań Maraton czyli kolejny debiut Fabiana

By , 12 października 2014 18:04

Październikowy poranek, obserwując ostatnie lata można powiedzieć, że jak zwykle ładna pogoda, wyjątkowo ciepło (15-17 stopni), największa coroczna impreza biegowa w Poznaniu – 15 Poznań Maraton.

21 kilometr mijają koleni zawodnicy, w tym zające na 4h, następnie 4:15, mijają długie minunuty -na horyzoncie majaczą baloniki na 4:30. Tuż przed nimi pojawia się debiutujący na królewskim dystansie Fabian, jest 5.340-ty. Nie jest specjalnie zmęczony, wręcz przeciwnie, ma dużo energii i woli dalszej rywalizacji. Pierwszą połowę pokonał w 2h i 13 minut – czyli zgodnie z planem, który przewidywał, że dalej będzie już tylko szybciej – pomimo tego, że trasa będzie zdecydowanie trudniejsza.

Jak mówił tak też zaczął robić. Mijają kolejne kilometry, pomimo paru długich podbiegów wyprzedza kolejnych zawodników – i żeby było jasne nie kilku czy kilkunastu kolejnych zawodników – wyprzedza kilkuset innych, którzy po prostu nie dają sobie rady z trudami drugiej połowy trasy.

Po drodze jak zawsze w Poznaniu – mnóstwo kibiców, przeróżne kapele – doskonała atmosfera, która zdecydowanie zachęca do biegania i rywalizacji. I tak jest przez kolejne kilometry.

Przy punkcie żywieniowym na 40tym km mały kryzys – ale i tak to nic w porównaniu z tym co przeżywają inni. Fabian ciągle wyprzedza, kolejni biegacze zostają w tyle. Na ostatnich dwóch kilometrach znów przyspiesza i wpada na metę po 4 godzinach i 24 minutach (drugą połowę pomimo zdecydowanie trudniejszej trasy biegnie szybciej) i ostatecznie jest 4.471-szym zawodnikiem.

Tym samym na ostatnich 21km wyprzedza prawie dziewięćset osób – niesamowity rezultat, który jest wynikiem dobrego przygotowania i przyjęcia zdecydowanie właściwej strategii na dzisiejszy dzień.

Skąd to wszystko wiem? Kupiłem sobie pakiet startowy i na 21km dołączyłem do Fabiana będąc jego zającem przez kolejne 2h i 11minut. Przyznam, że nigdy w życiu nie miałem okazji wyprzedzić tylu zawodników – Fabian ogromne brawa dla Ciebie za siłę i wolę walki – zrobiłeś to w wielkim stylu. Ogromne gratulacje za determinację, wytrzymałość i przyłączenie się do grona maratończyków. Po raz kolejny pokazałeś dzisiaj że stać Cię na wiele :-)

PS. Ten weekend był dla mnie wyjątkowy – miałem okazję bezpośrednio uczestniczyć w dwóch historycznych wydarzeniach:

  1. w sobotę na żywo oglądałem na stadionie narodowym zwycięstwo Polski nad Niemcami
  2. w niedzielę bezpośrednio przyglądałem się walce Fabiana, który we wspaniałym stylu dołączył do grona maratończyków.

Było wybornie!

ks

D’ESPAGNAC FABIAN 4:24:14 4.471/6.315

PS Chłopaki jakie plany na 2015? Może Challange Family?

Patagonian Marathon 2014

By , 9 października 2014 10:18

Już ponad trzynaście godzin w samolocie z Frankfurtu, zaraz mamy lądować w Buenos Aires ale z głośników rozlega się głos kapitana informującego, że właśnie skręcamy i lecimy do Montevideo w Urugwaju z powodu mgły w boskim Buenos. No cóż – byłem kiedyś w Paragwaju ale nie zachwyciło mnie, może w Urugwaju będzie fajniej. Problem tylko w tym, że za 7 godzin mamy kolejny samolot (na oddzielnej rezerwacji więc nikt nie będzie na nas czekał) z oddalonego o 40km innego lotniska do El Calafate na południu Argentyny.

Spokojnie lądujemy w Montevideo – ponieważ prognozy są optymistyczne przez kolejne trzy godziny siedzimy w samolocie na lotnisku w oczekiwaniu na komunikat, który się w końcu pojawia – lecimy dalej. Po kolejnej (osiemnastej) godzinie lądujemy bezpiecznie w Buenos. Szybko przechodzimy kontrolę graniczną, odbieramy plecaki i taksówką zasuwamy na przeciwległą stronę miasta aby lecieć dalej- niestety nie mamy czasu nawet na krótkie tango w Buenos. Rzutem na taśmę się odprawiamy i siadamy w kolejnym samolocie aby po następnych 3,5 godzinach lądować 3 tyś. km „niżej” w argentyńskim El Calafate – bramie do lodowców Patagonii.

Już z samolotu widać, że ta kraina powinna nas oczarować, góry, jeziora, rozległe pastwiska, całkowity brak jakichkolwiek miast, wsi, dróg itp. – zapowiada się naprawdę dobrze.

Samo lotnisko (małe ale b.nowoczesne) położone bezpośrednio nad największym w Argentynie jeziorem Argentino robi wrażenie. Już idąc rękawem podziwiamy przepiękny widok na jezioro i ośnieżone Andy.

Hotel, który mamy na najbliższe trzy dni położony jest na wzgórzu z bezpośrednim widokiem na jezioro, po którym pływają samotne góry lodowe, będące zapowiedzią niezliczonej masy lodu, którą zobaczymy w ciągu następnych dni.

Od razu organizujemy wyjazd wraz z trekkingiem na lodowiec Perito Moreno – tak na wszelki wypadek, żeby nie okazało się np. że jest za dużo chętnych albo lodowiec stopniał. Na szczęście jesteśmy w off season i turystów praktycznie brak co stanowi solidną podstawę do zadowolenia ☺

Następnego ranka po pokonaniu 70km stajemy na tarasie przed czołem lodowca i … stoimy tak z rozdziabionymi gębami długie chwile. To co widzimy jest po prostu niesamowite, oczarowujące, wprost nie do uwierzenia, warte przezwyciężenia trudów każdej podróży. Masy lodu spływające z gór o wysokości ponad 70m powodują dreszcze na skórze i debilne latanie w tę i we tę, żeby zobaczyć lodowiec z każdej strony i zrobić kolejne zdjęcie. Jest to dopiero preludium do naszej „epoki lodowcowej”.

Małym stateczkiem przedostajemy się na drugą stroną jeziora bezpośrednio pod czoło lodu. Po godzinnym marszu w górę (razem z przewodnikiem) docieramy do „leśnej bazy” gdzie zakładamy na buty raki i uprząż alpinistyczną (bynajmniej nie będziemy się nigdzie wspinać – jest to tylko ułatwienie na wypadek gdyby jakiś delikwent wpadł w lodową szczelinę i trzeba by go jakoś z niej wyłuskać). Wchodzimy na lodowiec! Pokonując różnego rodzaju przeszkody, oczka wodne, szpary, zaglądając w różne dziury maszerujemy gęsiego przez ponad 4 godziny oglądając z bliska to w co cały czas nie do końca wierzymy – jest obłędnie.

Niestety wszystko co fajne się kończy. Następny dzień spędzamy w El Calafate (przy okazji odkrywam, że w Argentynie wcale nie jest tak drogo – są tylko dwa kursy dolara, oficjalny i czarnorynkowy – dwa razy wyższy) snując się po okolicy, podglądając mnóstwo różnych ptaków i podziwiając otaczające krajobrazy.

Kolejnego ranka wsiadamy w autobus do Chile i po 6 godzinach podróży po całkowitym odludziu (po drodze mijamy dosłownie kilka samochodów) „lądujemy” w chilijskim Puerto Natales. Kolacja, nocleg i następny autobus do Parku Narodowego Torres del Paine – droga zachwyca widokami gór, jezior, pagórków, lam, strusi, kondorów…

Wysiadamy „na pętli” skąd mamy ok. 20km marszu szutrową drogą do hotelu. Po kilku kilometrach zatrzymujemy jakiegoś pick up’a i bez problemów dojeżdżamy do hotelu. I tu znów rozdziabione gęby na naszych twarzach – z tarasu jak również okien naszego pokoju, wylegując się z brzuchem do góry obserwujemy masyw Torres del Paine, wypełnione całą masą lodowych gór jezioro Grey i lodowiec – naprawdę nie możemy uwierzyć że to się dzieje naprawdę. Nakładamy czapki i w drogę na kilkugodzinny spacer brzegiem jeziora „pomiędzy lodowymi skałami”.

Kolejne dni spędzamy na trekkingach po okolicy, wspinamy się na okoliczne góry, zdobywamy „podstawę” Torres del Paine. W międzyczasie zmieniamy hotel, który położony jest w równie malowniczym miejscu, otoczony meandrami rzeki, jeziorami, górami… Jest po prostu bajecznie, mamy dużo szczęścia – piękna pogoda i baaardzo mało turystów, ponadto jest to jedno z najmniej skomercjalizowanych turystycznych miejsc w jakich byłem na świecie- widoki po prostu zapierają dech w piersiach. Wspaniała podróż, która niestety się kończy i zmusza do pokonania drogi powrotnej do Poznania wg tej samej marszruty co zajmuje nam cztery dni.

A cha i jeszcze jedno… w międzyczasie będąc w parku Torres del Paine biegniemy maraton ☺

Pogoda jest piękna – kilka stopni Celsjusza, słońce, tylko okropnie wieje nie zawsze w plecy– w porywach 70-80km/h. Trasę biegu już znamy, pokonaliśmy ją podróżując po parku – jest zachwycająca, w mojej opinii jeden z najpiękniejszy maratonów na świecie (osobiście nr 1 ex aequo z Everestem). Oczywiście jak na bieg górski trasa prowadzi po górach (plus 1.200m minus 1.100) – jest trudna ale nie zabójcza. Pierwszą połówkę pokonuję w miarę swobodnie w 2h i 15minut, druga trudniejsza (mocno w górę) zajmuje mi trochę ponad 2,5h. Dobiegam do mety po 4:53h – jestem 95 na 163 startujących w maratonie, zmęczony ale niesamowicie zadowolony, generalnie bez żadnych problemów, kontuzji, ponadprzeciętnego bólu. W trakcie biegu trudno skupić się na rywalizacji i biegu, oczy cięgle latają dookoła głowy nie mogąc nadążyć z przekazaniem wszystkich danych do mózgu, jeszcze długo po przekroczeniu mety wyobraźnia ciągle projektuje mi krajobrazy z trasy. Po drodze nie było żadnych kibiców, co w ogóle nie przeszkadzało (ostatnio się do tego przyzwyczaiłem ☺) jedynie stada lam i latające nad głowami kondory przyglądały nam się uważnie pewnie nie mogąc się nadziwić o co tym ludziom chodzi, żeby tak biegać bez większego celu…

Tomek ukończył bieg w 5:13 i dobiegł do mety równie rozentuzjazmowany jak ja co wieczorem uczciliśmy zimnym piwem.

Udało się ☺ – wspaniała wyprawa, super maraton, piąty kontynent – uwielbiam to…

ks

Trochę zdjęć tutaj

Bahamas marathon by KS. Czwarty kontynent zaliczony.

By , 20 stycznia 2014 11:46

Krzysztof Stępień (KS) przebiegł marathon na Bahamas:

„Witam
Udało się przebiec maraton na czwartym kontynencie w 4:05
Trasa super, głownie wybrzeżem, widoki obłedne a maraton jak zwykle wyczerpujący ale dający ogrom satysfakcji :-)
Pozdrawiam”

Gratulacje KS! Mocny start na początek 2014!
Pozdrowienia.

Dzięki Szwagier za wpis, poniżej kilka zdań o maratonie, który pomimo 100 uczestników organizacyjnie w niczym nie odbiegał od naszych standardów.

Czwarta rano, dzwoni budzik, dom przy plaży nad brzegiem oceanu, za oknem urocze palmy i piasek, właściwie to nastawiłem go zupełnie niepotrzebnie, od godziny przekręcam się z boku na bok z niecierpliwością oczekując wydarzeń nadchodzącego dnia. Po porannej toalecie i śniadaniu obfitym w węglowodany (na Bahama jest to bardzo łatwe – właściwe wszystko to węglowodany importowane z pobliskich Stanów) nałożeniu stroju startowego wychodzę do hotelu położonego 300m obok skąd zabiera mnie bus podstawiony przez organizatorów.

Po 10 minutach jesteśmy razem z innymi pasażerami – uczestnikami Bahama Race Weekend – na linii startu. Jest 5:15 temperatura ok. 16-17 stopni – trochę zimno, muszę się cały czas rozgrzewać, dokoła ok 300 uczestników trzech biegów: półmaratonu, sztafety 4×10,5km i maratonu, dodatkowo przynajmniej tyle samo wolontariuszy i organizatorów wydarzenia, którym żyje cała wyspa.

Tuż przed 6 rano spiker na żywo komentujący wydarzenia intonuje dziwną pieśń – po zamarciu w bezruchu prawie całego towarzystwa domyślam się, że to hymn Wspólnoty Bahamów – archipelagu 700 wysp ulokowanych na Oceanie Atlantyckim pomiędzy Florydą i Kubą.

Na starcie bardzo różnorodny „tłumek” zawodników o wszystkich kolorach skóry w każdej kategorii wagowej i wiekowej. Zadziwiający jest odsetek osób zdecydowanie przekraczających europejskie standardy kojarzone z sylwetką biegacza – jak się później okazuje są to głównie uczestnicy sztafety, którzy mają do pokonania 10,5km – nikt tu się nie przejmuje swoją wagą i próbuje podjąć wyzwanie jakim niewątpliwie jest przebiegnięcie nawet tych 10 kilometrów – szacunek za takie podejście.

Punktualnie o godzinie 6 strzał z pistoletu i wszyscy ruszamy – pierwsze 10 km przez centrum miasta – stolicy Nassau i po Tropical Island – po pokonaniu dwóch mostów o podbiegach niespotykanych w naszej okolicy.

Dookoła panują ciemności, organizatorzy na szczęście zadbali o nasze bezpieczeństwo i na skromnych latarniach miejskich porozwieszane są dodatkowe jupitery oświetlając drogę przez zaspane jeszcze miasto. Po ok. godzinie powoli zaczyna wstawać słońce a my wybiegamy z centrum i kierujemy się na promenadę wzdłuż wybrzeża, którą będziemy biegli już do mety.

Słońce powoli rozgrzewa atmosferę i otaczające powietrze do temperatury ok. 22-24 stopni, przy okazji ukazując przepiękne krajobrazy. Trzy czwarte trasy poprowadzone jest promenadą i drogą bezpośrednią przy plaży – przyznam, że pomimo tego iż widziałem kilka fajnych miejsc na świecie to bieganie maratonu nad oceanem, przy plaży, palmach, luksusowych apartamentach, willach i lazurowo niebieskim oceanie sprawia ogromną przyjemność. Tym bardziej, że na trasie jest sporo kibiców, mocno dopingujących i zagrzewających do walki z samym sobą i cudowną trasą, ponadto na końcu każdej mili jest stacja z wodą i izotonikami co bez problemu pozwala zaspokoić zapotrzebowanie na płyny. Generalnie wszystko jest super – niestety tylko do 33-34km, później następuje załamanie i pomimo cudownych okoliczności przyrody i pomocy tubylców siły mnie całkowicie opuszczają – oczywiście nie jest to zbytnie zaskoczenie – wydarzenia ostatnich tygodni na pewno nie były czynnikiem ułatwiającym poprawę kondycji – ale co tam przecież nie chodzi o wynik – ważne żeby ukończyć bez kontuzji (znam ten slogan na pamięć) i tak też się dzieje, po 4 godzinach i 5 minutach dobiegam do mety na której czeka Beata z Anią, słodkie pomarańcze i ogromny medal – udało się cel osiągnięty – jestem na mecie maratonu na czwartym kontynencie, jest piękna pogoda, plaża, ocean, najbliższe osoby – jednym słowem super – było warto.

Krzysztof Stępień netto 4:05:51 (miejsce 35/112, 5 w kategorii 40-45)

ps. po drodze na Bahamy zahaczyliśmy o Nowy York – tutaj kilka fotek

Maratona Ticino

By , 12 listopada 2013 0:44

10.11.13 8:45 – Po raz kolejny, w drodze z hotelu na start maratonu zatrzymujemy się, tym razem na stacji benzynowej. Wcześniej próbowaliśmy kiosków z gazetami. Niestety, nie mają kleju. Jak to możliwe, że w tutejszym „kiosku ruchu” nie mają tzw. „kropelki”. Jesteśmy we włoskiej części Szwajcarii, a po włosku to umiem tylko poprosić, podziękować i przekląć, co generalnie pozwala na przetrwanie, ale gdy chodzi o zakup „kropelki” jest niewystarczające. Próbuję więc, po angielsku – brak reakcji, po niemiecku – pudło, na migi – jest, jest jakaś pozytywna reakcja, pani się uśmiecha i wygląda na to że wie o co mi chodzi, prowadzi mnie do półki i podaje naklejkę CH. Zrezygnowany dziękuję i biegnę z powrotem do samochodu. Nawet, na tzw. „CPN-ie” nie mają kropelki. Jak to jest możliwe, że nie mają kleju, którym można wszystko naprawić i wszystko skleić – np. buta, kolczyk z odpadającą perełką, …, i przede wszystkim dwa palce. Chwila refleksji i dochodzę do wniosku, że chyba niezaprzeczalnie  jestem dzieckiem komuny i wychowankiem Adama Słodowego. „Zrób to sam” – chyba na stałe zakodowane jest w moją podświadomość. Kolejny wniosek to to, że w tym wysoko rozwiniętym kapitalistycznym kraju o wszystko prosi się wysoko wyspecjalizowanych specjalistów, i nikt nie zniży się do sklejenia czegoś samemu, stąd brak „kropelek” w obiegu. Wniosek numer trzy to, że „kropelkę” należy mieć zawsze przy sobie. Postanawiam, podnieść jej rangę i nieoficjalnie wozić jeden egzemplarz w samochodzie.
Niestety, dzisiaj, jest duża szansa, że częściowo odklejona podeszwa w moich „startówkach” (który to defekt odkryłem tuż przed wyjazdem z domu) całkowicie odklei się od góry buta i bez podeszw, w dziurawych od asfaltu skarpetach, dobiegnę do mety.
8:55 – dojeżdżamy do miejsca startu. Od rana pada deszcz. Szybko przebieram się pod kawałkiem dachu pobliskiego centrum sklepowego. Wciągam banana. Buziaki dla rodzinnej draki i biegnę w kierunku startu.
9:05 – jestem niedaleko startu. Pee-stop. Wciągam żel.
9:07 – miejsce startu jest przy hali sportowej przy krórej jest hotel. Wchodzę, pytam się o kropelkę. Facet mówi, że „moment” i przynosi skrzynkę pierwszej pomocy. Otwiera skrzynkę i oczywiście „kropelki” nie ma. Wyjaśniam mu, że chodzi mi o „kropelkę”. Mówi, że ma i daje mi klej biurowy do papieru. Przepraszam, dziękuję i wychodzę. Nie ma czasu. Co za kraj! Adam byłby rozczarowany.
9:09 – jestem na starcie. Na rozgrzewkę nie ma już czasu. Rozciągam delikatnie łydki i czwórki. Rozgrzeję się po drodze. Muszę zacząć delikatnie. Pada deszcz. Temperatura około 5 – 7 stopni.
9:10 – Strzał! Zaczynamy. Pierwsze kroki mocno zwolnione przez tłok. Po chwili jest już luźniej. Czuję, że opada mi pasek mierzący tętno. Podciągam go, a on dalej spada. Poddaję się i opada mi całkowicie na biodra. Zapomniałem, że go ostatnio poluzowałem… No cóż będę miał zmierzone tętno brzucha. Nie chcę mi się kombinować z jego podciąganiem. Mam na górze ortalion i sprawa jest utrudniona. Gdybym się rozgrzał, problem wyszedłby podczas rozgrzewki. Niestety…
9:12 – Coś jest nie tak. Nie wiem ile na starcie było ludzi za mną, ale przede mną jest dużo. Zbyt dużo. Czy większość biegnie tutaj poniżej 3h? O co chodzi?
1km – Zegarek pokazuje 4:18. Hmm… trochę szybko jak na początek bez rozgrzewki. Czuję, że banan i żel podchodzą mi do gardła. Powinienem go zjeść 20-30 minut przed startem.
3km – Duża grupa zdecydowanie oddala się ode mnie. Czuję się ciężko – jakbym ważył 10kg więcej. Banan i żel jest zdecydowanie zbyt wysoko. Chyba to nie jest mój dzień. Jest szaro, zimno, pada deszcz. Chyba ostatnie trzy tygodnie bez normalnego trenowania i leczenia kontuzji miało wpływ na to jak się czuję.
4km – Wbiegamy między pola i biegniemy po betonowych płytach. Kałuża za kałużą. Zimny wiatr w twarz. I na dodatek ten pierdolony banan…
5km – Ogromna kałuża. Nie ma jak jej ominąć. Wszyscy zmuszeni są biec przez nią. Wbiegam i ja, trzy kroki, przy których za każym razem zanurzam się po kostki. Jak w rów z wodą podczas biegu z przeszkodami. Brakuje tylko przeszkody. Zimna woda zalewa mi stopy. Cała wagowa przewaga startówek, właśnie została zniwelowana.
To chyba zdecydowanie nie jest mój dzień. Chyba podziękuję po pierwszym okrążeniu i zaliczę tylko połówkę. Szczerze mówiąc, to nie lubię okrążeń podczas zawodów. Przychodzą głupie myśli żeby dać sobie spokój w trakcie. Dodatkowo, świadomość tego trzeba to przebiec jeszcze raz…
Staram się zagłuszyć negatywne myśli pozytywnymi i skupić na technice biegu.
Stacja z napojami. Do tej pory banan i żel się nie przelały ale momentami było blisko. Łapię kubek z wodą i biorę dwa, trzy łyki.
6km-8km – Nie jest łatwo. Nie pada, tylko leje deszcz. Szczerze mówiąc, nie robi to już żadnej różnicy. Biegnę i gdy zegarek sygnalizuję kolejny kilometr, sprawdzam czy mieszczę się 4:30 na kilometr.
9km – ostatni kilometr był wolny, ale przyjął się banan. Skupiam się nad kadencją. Kończę 9-ty 4:20.
10km – wciągam żel. Dobiegam do stacji i biorę wodę. Kończę 10-ty i rzucam okiem na zegarek – 45 z hakiem. Jest ok.
11km – czuję, że wchodzę w rytm.
12km-14km – dobiegam do tzw. biustonosza. Przede mną kilometr pod górkę, później pół w dół, znowu pół pod górę i kilometr w dół. Przy podbiegu skupiam się na utrzymaniu kadencji i pracy ramion, skracam krok.
14-15km – Wciągam żel i popijam wodą. Lecę w dół. Wyprzedzam dużą grupę biegaczy. Dobiegam do centrum Locarno i przebiegam koło hotelu w którym spaliśmy.
16-20km – czuję że wpadłem w swój rytm.  Ciągle pada, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Biegnę przy jeziorze. Widok jest fantastyczny, a dodatkowo jest dużo tzw. motywatorów, czyli tych co wyprzedzam i zupełny brak demotywatorów czyli tych co mnie wyprzedzają. Jest sympatycznie.
21,1km – półmetek. 1h32 z hakiem. Rozglądam się za rodzinką, ale ich nie widzę. Nie był to najłatwiejszy początek, ale zaczynam drugie okrążenie w niezłej formie. Ciągle pada.
21,1-26km – mało ludzi, bardzo mało. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że większość biegła połówkę. W promieniu 400m nie ma nikogo. Dobiegam do rowu z wodą… chlup, chlup, chlup. Podeszwy się trzymają. Wciągam żel i popijam wodą.
27-32km – dobiegam do biustonosza. Przede mną kilometr pod górę. Przestaje padać.
33km – włączam muzę na podtrzymanie tempa. Wspomaga mnie Prodigy. Staram się utrzymać kadencję, skracam krok, pracuję ramionami. Wbiegam na pierwszą górkę.
34km – Prodigy jest fantastyczne. Mówią „Let’s go, everybody is in the place!”. Przerabiam trochę tekst na „Everything is in the place” – ani śladu po kontuzji, czuję się dobrze, podeszwy się trzymają, a więc: Let’s go….
35-38km – Druga górka. Wciagam żel i popijam wodą. Czuję, że jest ok. Kryzysu brak. Lecę w dół.
38-41km – Biegnę w zasadzie sam. Było tylko trzech motywatorów. Widzę że mają już chłopaki dość i nogi mają sztywne. Moje też są mocno zmęczone, ale jakoś mniej niż zawsze na tym etapie. Dodatkowo staram się trzymać się wysoko i utrzymać kadencję, nawet kosztem krótszego kroku. Wyprzedzam kolejnego.
42-42,2km – Ok, nie zostało mi nic innego, jak finiszować. Dochodzę motywatora, ale zaczyna przyspieszać i mi ucieka. Przyspieszam, ale on też przyspiesza. Odpuszczam na 30metrów przed metą, ale dochodzę babkę i widzę, że nagle rowijają taśmę na mecie. Domyślam się, że taśma to raczej nie dla mnie. Zwalniam i wpadam na metę sekundę po pierwszej kobiecie. Zegar pokazuje 3h05 z hakiem. Życiówka!
Na mecie moi najwspanialsi kibice: Ania, Pola i Maksiu.

GPS, Wyniki, HURPA

Glarnerstadtlauf 2013

By , 26 października 2013 21:15

Moja żona jest niesamowita!
Załapałem kontuzję i mówię do niej, że planowałem pobiec ten lokalny bieg jako ostatni szlif przed maratonem w Ticino.
Mówię, że jestem zaniepokojony, bo czuję że jestem w niezłej formie, a wygląda na to, że nie pobiegnę i mój start w Ticino jest pod dużym znakiem zapytania.
Wychodzę dzisiaj rano przed zawodami na rozruch, po trzech dniach przerwy od treningów w ramach leczenia kontuzji, i wracam do domu załamany. Nie jestem w stanie pobiec. Czuję, że będzie tylko gorzej.
Więc mówię do niej, że jestem załamany.
A ona: „O mój biedaku, nie przejmuj się – Pobiegnę za Ciebie.”
No i wstała, wbiła się w spodenki, koszulkę, buty, i pobiegła – pierwsze zawody w życiu i jednocześnie pierwszy trening. Oczywiście zrobiła życiówkę!
Nie żartuję – tu jest dowód.

Marlon jest Ironman’em!!!

By , 6 sierpnia 2013 22:11

Mariusz Sowinski
Rank: 107
Overall Rank: 593

BIB: 804
Division: AK M35
State: London
Country: POL
Profession:

Swim: 1:25:04
Bike: 6:33:13
Run: 4:35:29
Overall: 12:49:37

Swim Details Division Rank: 185
Split Name Distance Split Time Race Time Pace Div. Rank Overall Rank Gender Rank
1.9 km 1.9 km 39:12 39:12 2:03/100m
3.8 km 1.9 km 45:52 1:25:04 2:24/100m
Total 3.8 km 1:25:04 1:25:04 4:28/100m 185 1041 943

Bike Details Division Rank: 109
Split Name Distance Split Time Race Time Pace Div. Rank Overall Rank Gender Rank
23.7 km 23.7 km 50:24 2:24:25 28.21 km/h
54.9 km 31.2 km 1:00:19 3:24:44 31.04 km/h
74.2 km 19.3 km 46:18 4:11:02 25.01 km/h
105.4 km 31.2 km 1:03:40 5:14:42 29.40 km/h
124.7 km 19.3 km 50:24 6:05:06 22.98 km/h
155.9 km 31.2 km 1:06:43 7:11:49 28.06 km/h
175.9 km 20 km 49:23 8:01:12 24.30 km/h
180 km 4.1 km 6:02 8:07:14 40.77 km/h
Total 180 km 6:33:13 8:07:14 27.47 km/h 109 597 558

Run Details Division Rank: 107
Split Name Distance Split Time Race Time Pace Div. Rank Overall Rank Gender Rank
10 km 10 km 57:28 9:11:36 5:44/km
11.3 km 1.3 km 8:39 9:20:15 6:39/km
12.6 km 1.3 km 8:35 9:28:50 6:36/km
15.8 km 3.2 km 18:46 9:47:36 5:51/km
18.2 km 2.4 km 20:31 10:08:07 8:32/km
20.3 km 2.1 km 9:30 10:17:37 4:31/km
21.6 km 1.3 km 9:13 10:26:50 7:05/km
24.6 km 3 km 19:18 10:46:08 6:26/km
27.8 km 3.2 km 21:18 11:07:26 6:39/km
29.1 km 1.3 km 9:38 11:17:04 7:24/km
30.4 km 1.3 km 9:54 11:26:58 7:36/km
33.6 km 3.2 km 21:10 11:48:08 6:36/km
36.7 km 3.1 km 22:21 12:10:29 7:12/km
38 km 1.3 km 9:23 12:19:52 7:13/km
39.3 km 1.3 km 10:19 12:30:11 7:56/km
42.2 km 2.9 km 19:26 12:49:37 6:42/km
Total 42.2 km 4:35:29 12:49:37 6:31/km 107 593 553

Transition
T1: SWIM-TO-BIKE 8:57
T2: BIKE-TO-RUN 6:54

Kto nastepny?

Hurpa!

1-szy Kołobrzeg Maraton

By , 6 maja 2013 21:58

Cóż to był za dzień! Cóż to był za maraton! Urozmaicona, przepiękna trasa biegnąca wzdłuż wybrzeża z cudownymi widokami na morze i plażę. Do tego fantastyczna pogoda z pełnym słońcem i delikatnie chłodzącą morską bryzą. Bufet na trasie co kilka kilometrów i znaczniki odległości na każdym kilometrze. Kameralnie i komfortowo, 170 biegaczy, którzy stali się częścią pierwszego maratonu w Kołobrzegu. Wspaniałe pamiątkowe medale i koszulki oraz bardzo przyjazna atmosfera na starcie, na trasie i na mecie. Czego więcej trzeba, aby o maratonie powiedzieć wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju?

Może dołożę, że 100 metrów od mety było morze, w którym można było schłodzić obolałe nogi, a na mecie przepyszna zupa łososiowa, do której podszedłem sceptycznie (za co bardzo przepraszam), ale była tak smaczna że zjadłem trzy miski. Na mecie świetny komentator, prysznice z ciepłą wodą i darmowy masaż – wielkie dzięki. Do tego napoje i piwo dla wszystkich biegaczy na uczczenie perfekcyjnego dnia.

To nie był maraton, to był wspaniały sen! Sen, w którym biegnąc po plaży przy światłach morskich latarni znalazłem 42 kilogramowy bursztyn. Proszę nie mówcie o nim nikomu! Niech zostanie tam gdzie go zastałem! ;)

W moim przypadku dodatkową motywacją była również czekająca na mecie rodzina i najbardziej oddany sprawie zespół pomocników na trasie w postaci moich rodziców. Wielkie dzięki Wam wszystkim!

Szczególne podziękowania dla organizatorów, którzy najwyraźniej włożyli w tą imprezę nie tylko swoją kompetencję i doświadczenie, ale również zapał, pasję i serce. Wszystko było perfekcyjne! Ogromne gratulacje!!!

Gratulacje dla Marlona, za udany debiut!

Mariusz Sowiński (Marlon) 3:44:53

Krzysztof Tomczak (Kris) 3:20:06, GPS

Zdjęcia wkrótce.

Hurpa!

Ironman Zürich 2012 cz.2.

By , 16 lutego 2013 11:50

…IM Zurich cz. 1

Jak to zwykle bywa w triathlonach, po pływaniu był rower. Wskoczyłem na swojego Felta i ruszyłem w trasę. Już po pierwszych 300 metrach powitał mnie widok zakrwawionego gościa i obsługi ściągającej rozwalony rower z trasy. Krew na asfalcie, bolesna kontuzja, zniszczony sprzęt i koniec zawodów dla nieszczęśnika. Najprawdopodobniej, chciał oszczędzić kilka sekund i próbował założyć buty w czasie jazdy. Na tych pierwszych metrach trzeba bardzo uważać – część zawodników naśladując profesjonalistów robi głupie błędy, które często drogo kosztują i dodatkowo narażają innych. Ludzie zakładają buty, próbują wpiąć się w pedały, zmieniają przeżutki, wyciągają żarcie, zatrzymują się żeby coś poprawić, jeżdżą po całej szerokości drogi, nie patrzą na drogę, wpadają na siebie, itp. Wszystko to po pływaniu, które trochę zakłóca poczucie równowagi, i aby zaoszczędzić kilka sekund, które i tak wśród amatorów nie mają żadnego znaczenia.
Po pierwszym kilometrze już było spokojniej i mogłem przejść na tri bary i wejść pomału w rytm. Pierwsze trzy dychy były płaskie i generalnie na płaskim wszystkich wyprzedzałem. Na podjazdach postanowiłem nie cisnąć zbyt mocno, oszczędzać energię i plecy, które ostatnio wysiadały mi po jeździe po górkach i w związku z tym generalnie byłem wyprzedzany. Już teraz nie pamiętam, czy na pierwszym czy na drugim okrążeniu, pogoda załamała się kompletnie i zaczął lać ciężki, mroźny deszcz. Byłem kompletnie przemoczony i zmarznięty. Niektórzy tego dnia załapali się również na grad. Mi na szczęście udało się obyć bez tej atrakcji.
Trzy razy przy zjazdach z górek opróżniłem pęcherz w trakcie jazdy, dzięki czemu podczas całych zawodów nie miałem żadnych fizjologicznych przestojów. Podczas roweru skorzystałem tylko dwa razy z podawanych bidonów z wodą i iso. Żarcie miałem swoje.
Pod koniec roweru miałem dość pedałowania a mój tyłek dość siodełka. Bez problemów porzuciłem Felta w strefie zmian, zmieniłem skarpetki i buty i ruszyłem w trasę biegową.
Pierwsza dycha była bardzo przyjemna. Pod koniec drugiej wiedziałem że nie będę w stanie złamać 11 godzin i postanowiłem trochę odpuścić. Przy trzeciej dyszce, zacząłem przechodzić przez stacje z napojami i jedzeniem. Jadłem generalnie kawałki pomarańczy, piłem colę i bulion, zjadłem też ze cztery żele. Po drodze nie miałem kryzysu który zmusiłby mnie do marszu – cały maraton (oprócz niektórych stacji posiłkowych) przebiegłem.
Pogoda podczas biegu również była w kratkę i załapałem się na lekki deszcz. Generalnie temperatura tego dnia mi podpasiła – nie było upalnie i nie odwodniłem się zbyt mocno.
Po niezliczonych godzinach treningów i ponad 11 godzinach zawodów mój cel zrobienia Ironman został osiągnięty.

Czy powtórze to wyzwanie i czy zrobie kolejne zawody na tym dystansie? Najprawdopodobniej tak. Czy będą to zawody pod znakiem Ironman? Najprawdopodobniej nie. Uważam, że to ile kosztuje Ironman nie ma nic wspólnego z ideą sportu amatorskiego. Dla niektórych wpisowe jest poza finansowym zasięgiem. Ironman to czysta komercja.

Na trasie dopingowali mnie Ania z Polą, Beata z Anią i Krzyśkiem, Marlon, Vreni z teściami, Mathijas i tysiące widzów – wszystkim ogromnie dziękuje.

GPS rower, GPS bieg, Zdjęcia, Hurpa

2013 – Nowy Rok inaczej…

By , 1 stycznia 2013 13:49

Tym razem Nowy Rok powitałem inaczej. O wyjściu na imprezę nie było mowy, gdyż Maks nie rozstaje się z mamą, więc postanowiłem wystartować w Noworocznym biegu w Zurichu.
Punkt 00:00:00 1.1.2013 wraz z setkami innych zapaleńców-desperatów na strzał zwiastujący Nowy Rok wybiegliśmy z hali sportowej. Na zewnątrz przywitał nas huk petard i sztuczne ognie, które towarzyszyły nam do końca biegu. Życzenia noworoczne tym razem odbyły się bez uścisków i buziaków, gdyż na te nie było czasu, poza tym nikogo nie znałem.
Trasą biegową była 6-cio kilometrowa pętla biegnąca głównie nad rzeką o naturalnej nawierzchni i zaczynająca się i kończąca na hali sportowej. Do wyboru były cztery dystanse: 6,12,18,42 km. Ja wybrałem 18km, a więc trzy okrążenia.
Śmiesznie było biec w nocy z lampką na czole i widzieć po dugiej stronie rzeki setki światełek poruszających się w tym samym kierunku. Nie było widać sylwetek biegnących – tylko światełka.
Po 1 godzinie i 21 minutach Nowego Roku po raz trzeci wbiegłem na halę i przekroczyłem metę.
Niech żyje 2013 i niech będzie tak aktywny i satysfakcjonujący jak jego początek!

Wyniki GPS

Richmond marathon – Ola i Tom

By , 12 listopada 2012 19:39

Ola nie pozostawiła złudzeń co do jej biegowego talentu i wykręciła super wynik w jej pierwszym pełnym maratonie. Trzy godziny i dwadzieścia osiem minut – fantastycznie. Była 103-cią kobietą i 8-smą w swojej kategorii wiekowej. Tym samym zakwalifikowała się do Boston marathon!!!
Tom również ukończył, ale nie mogłem znaleźć go w oficjalnych tabelach. Z tego co donoszą media internetowe na mecie pojawił się około 40 minut po Oli.

Rewelacyjny debiut. Serdeczne gratulacje!

Wywiad z Olą i Tomem:
1. Zdecydowala(e)m się przebiec maraton, bo…
Ola: zawsze chcialam to zrobic, bucket list
Tom:Dlatego ze Ola zadecydowala za mnie … serio tak odpowiedzial
2. Mój plan treningowy to…
O:Marathon Training Team, Sports Backers. Okolo 1000 plus ludzi podzieleni na grupy spotykaja sie na jeden dlugi bieg w ciagu weekendu a oprocz tego tworza sie male podgrupy ktore trenuja w pozostaych dniach tygodnia.
T: Try to keep up with my wife on Saturday mornings
3. Mój najdłuższy bieg treningowy to…20mil na 3 tygodnie przed maratonem.
O: mielismy 3 x 20 milowy bieg tzw Dress Rehearsal
T: the same just running in a different group
4. Mój niezapomniany bieg treningowy to….
O: te ktore nie bolaly… i te ktore sie konczyly super sniadaniem … jajka i boczek
T: the one that ended up in a dairy bar with a peanut butter and banana milk shake
5. Schudła(e)m… i ….
O:nic …bo wszystko co schodzilo jedna strona wchodzilo nastepna … do you think I’m fat ??!!!
T: 3 pounds of perspiration each run in 100 degree sun
6. Przed maratonem myślałam o ….
O: ile mam wziasc tabletek przeciwbolowych zeby nie bolalo…
T: Lance Armstrong and his drug regime
7. W czasie maratonu…
O: lalalalalala land
T: Lance Armstrong’s team of people who brought him drugs on the way
8. Kryzys…
O: od pierwszej mili … achillesy i kostki juz nawet nie wspominam o biodrach bo to sie szybko zapomina jak cos innego zaczyna bolec …
ale taki byl moj caly trening wiec nic nowego. Kryzysu jako takiego nie bylo bo jak tylko sie cos dzialo to polykalam zelki i tabletki przeciwbolowe
T: Pills softened the blow
9. Maraton nauczył mnie…
O: ze nie jest az taki straszny jak go maluja
T: one every 28 years is great (it was Bristol in 1984, barely trained )

10. Po maratonie czuję się/ jestem…
O:ze siadanie na toalecie jest bolesne a schodzenie po schodach tylko tylem, szacunek do ludzi starszych obolalych
T:Determined to beat my wife next year

11. Jestem (nie)zadowolona bo…
Ola: niezadowolona bo nie wygralam ;)
Tom: unhappy I didn’t beat my wife
12. Moim kolejnym celem jest…
O: Sharmrock Virginia Beach w marcu … ale jeszcze nie wiem ze caly czy pol… zalezy od wszystkich kontuzji
T: to beat my wife
13. A poza tym to…
O: bardzo bym chciala zobaczyc chloapkow z klubu na naszym terenie i moze zrobic NY, Chicago razem albo wyruszyc na rowerach w dluzsza podroz.
T: one day I will be the winner
14. Kocham Hurpaguns bo…
O: no bo HURPA !!!!
T: They really good with mustard and sauerkraut in the morning

O:Tom is on drugs don’t pay attention to what he says

O:Zapomnialam powiedziec jeszcze ze moj logbook zanotowal 628 mil treningu. Trzeba zaczac robic teraz cos innego …plywanie, rower bo kosci dostaly po garach.

Hurpa,

Ola i Tom

Panorama Theme by Themocracy

Facebook Auto Publish Powered By : XYZScripts.com